skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Bawić się ciekawością świata Beata Dązbłaż

– Warto mieć poprzeczkę ustawioną wysoko, bo wtedy wygodnie pod nią przejść – mówi w rozmowie z „Pochodnią” Paweł Urbański, doradca biznesowy, a kiedyś podróżnik. Ciekawy świata, chętnie poznaje tajniki wiedzy, nie zawsze w pierwszej kolejności te przydatne w codziennym życiu. Jego hobby to m.in. golf. Jak w niego gra? Coraz lepiej – jak sam ze śmiechem mówi.

Poprzeczkę ustawiał sobie wysoko sam od wczesnej młodości, korzystając z nadarzających się okazji, spotkań z ludźmi i podejmując własne decyzje. Właśnie dlatego wyjechał ze szkoły w Laskach do Norwegii, gdzie ukończył jako jedyny niewidomy Polak jedną ze Szkół Zjednoczonego Świata United World Colleges, zdając międzynarodową maturę.
Wzrok stracił w wyniku retinopatii wcześniaczej w wieku 13 lat. – Stało się to w wakacje, najpierw to była stopniowa utrata wzroku, a na koniec poleciało w ciągu jednej doby. Przechodziłem różne etapy, najpierw heroiczna walka, nadzieja na operację, na to, że coś uda się zrobić, potem zderzenie z faktami – że nie da się nic zrobić. To na pewno potrafi emocjonalnie poturbować. Z perspektywy czasu uważam, że dobre było to, że wróciłem po wakacjach do swojej szkoły podstawowej w Białobrzegach i jakoś metodą partyzancką udało mi się ją skończyć – wspomina.

Pierwsze ważne decyzje
Jednak przed rozpoczęciem szkoły średniej przyszła decyzja o pójściu do szkoły w Laskach, a co za tym idzie nauce brajla. – Po pierwszej klasie, którą skończyłem z całkiem dobrym wynikiem, pojawiła się szansa wyjazdu do szkoły w Norwegii. Jest to przepustka do najlepszych uczelni, ale nie było tam dotąd osób niewidomych, więc było także ryzyko, że się nie uda – mówi Paweł. – Ostatecznie skończyło się gdzieś pośrodku, bo zabrakło mi punktów z matematyki, poprawiałem i finalnie wyszło całkiem dobrze.
Nauka i nadrabianie kilku rzeczy równocześnie nie było dla niego łatwe, czasami presja dawała o sobie znać. Np. chemii uczniowie uczyli się w laboratoriach, po każdych zajęciach trzeba było pisać dokładny raport. Jednak z drugiej strony Paweł wraz z niewidomym kolegą z Hiszpanii miał wpływ na dostosowanie tej szkoły do swoich potrzeb. – Tam były możliwości, o które byłoby trudno w Polsce, to tam zacząłem wspinać się na skałki, a jak przyszła zima wszyscy uczniowie pierwszych klas jechali na narty, więc nie „ma zmiłuj”, ja także. Nastawienie było takie, że oczywiście bierzemy poprawkę na to, że nie widzisz, ale myślimy o tym, co możemy zrobić, żebyś sobie pojeździł – opowiada Paweł.
Mało tego, że jeździł, to w 2000 r. wygrał najstarsze zawody dla osób z niepełnosprawnością w Norwegii, zdobywając złoto w biegu na 20 km, 10 km i srebro w biathlonie.

Ciekawość warta pielęgnacji
To pierwsze sportowe ziarno zasiane w Norwegii zaczęło się rozwijać i rosnąć pod koniec studiów już w Polsce. Paweł studiował ekonomię na Uniwersytecie Gdańskim, ponieważ uznał ją za dobrą dziedzinę, dzięki której można pójść w każdą stronę. Stawiał również na kapitał społeczny, który dają studia. Potem były jeszcze studia doktoranckie z informatyki w Polskiej Akademii Nauk, które ukończył, ale bez obrony tytułu doktora. – Dla mnie zawsze bardzo ważne jest praktyczne przełożenie tego, co robię, na pewno wiele się w tym czasie nauczyłem. Trzy lata temu wyjechałem na tygodniowy program New Ventures Leadership na MIT (Massachusetts Institute of Technology) – mówi Paweł. Był pierwszą niewidomą osobą w historii tego programu.
Lubi poznawać nowe dziedziny wiedzy, docenia praktyczne uczenie się, np. technik prowadzenia szkoleń, ale też lubi uczyć się, aby zaspokoić swoją ciekawość, chociażby na temat tego, jak się robi pianę gaśniczą. W jego opinii taką ciekawość warto pielęgnować, a dziś na pewno bardzo pomaga w tym Internet.

Pierwsze wyprawy
Pod koniec studiów ekonomicznych w 2007 r. Paweł wyjechał na swoją pierwszą wyprawę na najwyższy szczyt obu Ameryk – Aconcaguę (6962 m n.p.m.). Wcześniejsze doświadczenia ze wspinaczką dały mu wiedzę, że technicznie jest to dla niego możliwe. – Ekipa, z którą jechałem, była doświadczona. Doszedłem do wysokości 5600 m n.p.m., na drugi dzień wychodząc z bazy, poślizgnąłem się i skręciłem rzepkę. Skończyło się więc helikopterem. Na tę pierwszą wyprawę pojechałem bez zamysłu, że będzie ciąg dalszy, po prostu korciła mnie Ameryka Południowa. Ale po roku dzwoni do mnie Kuba Jakubczyk, który mnie tych wysokich gór nauczył, i mówi, że planują wyjazd na Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), najwyższą górę Afryki i pyta: „jedziesz?”. „No jadę” – odpowiedziałem. Ta wyprawa była już inna, byliśmy mądrzejsi o ten pierwszy wyjazd – wspomina Paweł.
Sposób na chodzenie także miał już opracowany. Do plecaka był przyczepiony kawałek kijka trekkingowego, Paweł miał bliski kontakt z przewodnikiem, więc mógł dobrze wyczuwać, kiedy jest skręt itp. – Wszystko dobrze działało, weszliśmy na szczyt. Potem mieliśmy trzydniowe wakacje na Zanzibarze i moment podsumowania wyprawy, ale też i decyzję, w takim razie róbmy to dalej. Wtedy pojawił się projekt zdobycia Korony Ziemi. Kolejna góra to był Elbrus (5642 m n.p.m.), który nie zakończył się dla mnie pełnym sukcesem, była bardzo zła pogoda, mieliśmy mało czasu na aklimatyzację i musiałem podjąć decyzję, czy iść dalej, czy wracać. Poszedłem w dół i wtedy pojawiło się bardzo dużo emocji, że może trzeba było iść, przeczekać kryzys, bo tak to działa, że czasami trzeba przedreptać przez jakiś czas, aż wrócą nowe siły – wspomina Paweł.

Kolejne podróżnicze doświadczenia
Te wydarzenia zbiegły się z końcem studiów, Paweł wrócił do Warszawy, musiał też pracować, bo środki sponsorskie z trudem zamykały wyprawę, a pozostawała jeszcze codzienność. Jednak potem były jeszcze kolejne ciekawe podróże – np. na Górę Kościuszki w Australii (2280 m n.p.m.). – Zdobyłem ją w komfortowych warunkach, w pełnym słońcu, to było właściwie symboliczne wejście.
– Potem Wojtek Ostrowski z Wojtkiem Moskalem wyciągnęli mnie na Spitsbergen, gdzie zrobiliśmy 50-kilometrowe przejście na nartach biegowych, z sankami, przez doliny i lodowce. Tam jest płasko, równo i śnieg, nie musiałem być bardzo blisko przewodnika, trochę szliśmy, gadaliśmy, rozkładaliśmy namiot, a następnego dnia kolejny etap przejścia. Byliśmy tam w drugiej połowie kwietnia, kiedy był dzień polarny. Wtedy trzeba iść maksymalnie długo, bo następny może być już ze śnieżycą, silnym wiatrem i można już nie pokonać dużych odległości – opowiada Paweł.
W jego opinii sport ma ogromną wartość, tak jak znalezienie sobie jakiegokolwiek hobby, czegoś, co robimy bez przymusu, co przynosi nam frajdę. – To pozwala nam mieć to doświadczenie, że warto wkładać wysiłek, tak jak w codziennym życiu. To buduje naszą wytrwałość – komentuje.

Widzieć inaczej
Dla niego samego najważniejsze w przygodzie z wyprawami górskimi było to, że nie był to słomiany zapał, nie zakończył się po pierwszej podróży. Pomimo niepowodzenia nawet w pierwszej wyprawie dostrzega wiele plusów, chociażby naukę samej organizacji takiego wyjazdu. – Wyprawy są specyficzne, nie zwiedza się, po prostu jedziesz, przepakowujesz i idziesz na górę. Ale każdy sam podejmuje taką decyzję – konkluduje.
Siła – to pierwsze skojarzenie z Pawłem, które przychodzi do głowy Marcinowi Koziołowi, z którym znają się od dwóch dekad. Poznali się na zjazdach stypendystów Szkół Zjednoczonego Świata. – Paweł potrafi przenosić góry, nie tylko na nie wchodzić. Nie boi się wyzwań i naprawdę widzi inaczej, potrafi dotrzeć tam, gdzie widzący tego nie zrobią. To wyjątkowy talent – mówi przyjaciel podróżnika.

Inne pasje
Jego inną pasją jest gra w golfa. – Gram coraz lepiej – mówi żartobliwie. – W golfie największym przeciwnikiem jest rozkojarzenie, istotne jest skupienie. Darek Bobiński, trener golfa, stwierdził, że musi idealnie dopasować mnie do 2–3 kijów, nie muszę targać wszystkich 17. Mam tak to skalibrowane, że jak odchylę kij do odpowiedniej wysokości względem bioder, ramion i się nie rozproszę, to piłka powinna polecieć np. 60 m albo 120 m. Golf polega na tym, żeby wbić piłkę do dołka najmniejszą liczbą uderzeń, nie trzeba widzieć dołka. – Ostatnio znajomy mi powiedział, że na greenie [obszarze krótko przystrzyżonej trawy, na którym znajdują się dołki z flagami – przyp. red.] zaczął trenować z zawiązanymi oczami, na co odpowiedziałem: „Wielkie mi halo” – opowiada z uśmiechem. – Lubię też czasami pójść na siłownię, przy takiej pracy jak moja dobrze jest się nieraz po prostu skatować fizycznie. Staram się dbać o złoty środek w tym, co robię – dodaje.
– Paweł kiedyś się przyznał, że potrafi jeździć na rowerze i czasami to robi, jeśli ktoś jedzie przed nim z puszkami przyczepionymi do roweru, on potrafi zaskoczyć – mówi Marcin Kozioł. – Wciąż umawiamy się na golfa, żeby nauczył mnie grać, ale z powodu moich wielu wyjazdów na spotkania autorskie nam się to nie udaje. Chciałbym kiedyś zabrać Pawła na konie, bo to z kolei moja pasja – dodaje.
Ma też wobec przyjaciela inne plany. – Podczas spotkań autorskich dla dzieci często wspominam o Pawle. W jednej z moich książek [lektura szkolna – „Skrzynia Władcy Piorunów” – przyp. red.] główna bohaterka porusza się na wózku, a i tak realizuje swoje marzenia, zupełnie jak Paweł – mówi Marcin. – Od dawna chodzi mi po głowie pomysł, żeby jeden z moich bohaterów był niewidomy, a może stworzymy coś razem z Pawłem – dodaje.

Praca i doświadczenie
Często na spotkaniach z młodzieżą, gdy ktoś mówi, że czegoś nie potrafi, przywołuje swojego przyjaciela, który nie widzi ograniczeń. Niezmiernie ceni go przede wszystkim za optymizm. – Paweł cieszy się drobiazgami, potrafi dostrzec szansę, możliwość, tam, gdzie nikt jej nie widzi.
Pracuje dużo, bardzo ważna jest dla niego niezależność, ale też stały kontrakt, który daje bezpieczeństwo. Czasami jest tych rzeczy za dużo i sam przyznaje, że okazyjnie z tego powodu zdarza mu się być chaotycznym. Jest konsultantem, doradcą biznesowym, coachem, pomaga firmom m.in. lepiej zaplanować procesy i zarządzanie, wprowadzić nową usługę. Prowadzi warsztaty i prelekcje, jak np. tę dla 16 startupów w Martin Trust Center for MIT Entrepreneurship w temacie spójnego zarządzania rozwojem w krótkim i długim czasie. Prezentował dla Young Presidents’ Organization, University of Oxford, University of Cambridge, na Światowym Tygodniu Przedsiębiorczości. Ma również własną stronę internetową www.pawelurbanski.com.
O jego pracowitości wspominają też przyjaciele. – Paweł jest bardzo pracowity, przedsiębiorczy, ma ogromną wiedzę i doświadczenie. Obserwując, jak funkcjonuje, mam wrażenie, że wielu ludzi ma nietrafione wyobrażenie o ludziach z niepełnosprawnością wzroku, nie mogą uwierzyć, że on ma wiedzę tak po prostu, to, że nie widzi, nie ma tu żadnego znaczenia – mówi Bogna J. Gladden-Obidzińska. Znają się od 2002 r. i także połączyły ich zjazdy stypendystów Szkół Zjednoczonego Świata.
Paweł obecnie mieszka w Pruszkowie, który bardzo sobie ceni, bo jest blisko Warszawy. Dużo tam się dzieje, a z drugiej strony, to spokojniejsze średniej wielkości miasto z bardzo bogatą historią. Często też odwiedza rodziców w rodzinnej wsi pod Białobrzegami.

Złoty środek
Brak wzroku nie jest dla niego kluczowym elementem przy poznawaniu ludzi i utożsamianiu się z osobami niewidzącymi. – Nie uważam, że jest to element wspólny, jeśli jest coś, w co mogę się zaangażować, to chętnie to zrobię, ale jeśli kogoś poznam i z charakterem nam nie po drodze, to nie ma większego znaczenia, czy ktoś widzi, czy nie. Oczywiście ludzie gromadzą się w mikrospołecznościach, swoich kręgach, ale potrzebny jest złoty środek – komentuje Paweł.
– To, co wyróżnia Pawła, to niezwykła lojalność i troskliwość. Rozumie problemy innych ludzi i pomaga im bardzo konkretnie, nie wiem, jak znajduje na to czas, ale to rzadkie, bo jego pomoc jest bardzo praktyczna – mówi Bogna J. Gladden-Obidzińska. – Jest też gadułą i czasami rozmowa z nim wymaga dyscypliny, choć to nigdy nie jest nudne. Bywa też marudny, ale sam o tym wie doskonale, przeżywa też mocno niepowodzenia – dodaje.
Przyjaciółka podziwia go też za styl. – Paweł jest koneserem, zna się na jakości i fakturze materiału. Gdy towarzyszyłam mu kiedyś w zakupach, ekspedientki były tym urzeczone. Lubi kolorowe, dobrej jakości ubrania, lubi dobrze się ubrać. Dla mnie to również była przyjemność towarzyszyć mu w zakupach, gdyż estetyka mi, jako filozofowi sztuki, jest także bardzo bliska.

Zdrowy dystans
W opinii Pawła bardzo ważne i praktyczne jest to, żeby mieć świadomość, że świat, który nas otacza, to setki naczyń połączonych, gdzie zawsze coś jest na plus, a coś na minus – i to pozwala mieć dystans. Ten zaś sprawia, że łatwiej jest mieć dobrą ambicję i plany na przyszłość, bo człowiek widzi, że do sukcesu trzeba trochę szczęścia, czasu, wytrwałości. – Czasami potknięcie wydaje się porażką, a za dwa tygodnie można się z tego śmiać. Ważne, by mieć możliwość wyboru, alternatywę. Ważna jest też akceptacja, że nasza codzienność będzie składała się z drobnych niedogodności, ale zawsze gdzieś z brzegu są rzeczy, które nam to zrekompensują. Oczywiście, fajnie jest pojechać na Kilimandżaro, ale nie da się robić tego co miesiąc. Ważne, by bawić się ciekawością świata, dbać o codzienność, która jest naszą bazą, bardzo potrzebną, żeby móc eksperymentować – dzieli się swoimi refleksjami Paweł.
– Moja droga była ewolucją, to nie był „Cud nad Wisłą”, pomogło szczęście i ludzie, ale były to też moje decyzje. Ważne, żeby się wysypiać i nie ma co być jak nakręcona wiewiórka w okresie godowym – konkluduje z przymrużeniem oka.