skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Podróże

Camino okiem przyrodnika Przemysław Barszcz

Czym jest camino? To hiszpański wyraz oznaczający „drogę”. Jednocześnie to nazwa najsłynniejszego szlaku pielgrzymkowego, a raczej całego systemu szlaków, wiodących promieniście z różnych zakątków Europy przez góry, lesiste wzgórza, wzdłuż wybrzeży, przez wioski, miasteczka i winnice do miasta Santiago de Compostela, w którym pochowany jest św. Jakub Apostoł.

Wędrówka trasą Camino nie jest typową pielgrzymką. Nie podąża się zwartą kolumną w dużej grupie, nie jest zaplanowana i schematyczna. Jest indywidualna. To szlak, którym wędruje się podobnie jak np. w górach. Samotnie, w parach, w grupach przyjaciół lub znajomych, którzy poznali się po drodze. Wg własnego, wolnego wyboru.
Pielgrzymki do Santiago de Compostela zaczęły się już w średniowieczu wraz z odnalezieniem grobu św. Jakuba. Tę tradycję, tego dawnego, wciąż świeżego ducha, odczuwa się cały czas: ruszając wczesnym rankiem na kolejny odcinek, przystając w gorące południe przy źródle, przekraczając starożytnym, rzymskim jeszcze mostem przeźroczysty strumień, w którym wśród zielonych warkoczy jaskrów wodnych śmigają nakrapiane pstrągi potokowe, wymieniając pozdrowienia „hola!” i „buen camino!”, a na koniec dochodząc do schroniska w kamiennym budynku o grubych murach czy ustawiając plecak i zakurzone buty pośród innych. Camino ma wiele wymiarów, w które można się włączyć; najistotniejszym z nich jest wymiar duchowy, o którym pisał Dante, używając w stosunku do ludzi wędrujących do Santiago słowa „pellegrino” (po hiszpańsku „peregrino” – pielgrzym). Początkowo ten wyraz był zresztą używany tylko w odniesieniu do pielgrzymów zmierzających do Santiago de Compostela.
Camino ma również bardzo interesujący wymiar przyrodniczy – o nim za chwilę.

„Litoral” – esencja Portugalii
Pod pojęciem „camino” kryje się wiele możliwości. Najbardziej znany jest blisko ośmiusetkilometrowy szlak francuski, przekraczający Pireneje, a także szlak hiszpański i portugalski. Każdy z nich ma kilka wariantów, każdy można rozpocząć na dowolnym etapie: można wędrować przez całą Hiszpanię aż od południowej, andaluzyjskiej Sewilli, można od królewskiego Madrytu, lub też krótkim szlakiem wzdłuż Zatoki Biskajskiej, nazywanym „angielskim”. Wszystkie kończą się w pięknej katedrze św. Jakuba w Santiago de Compostela.
Ja wszedłem na trasę w portugalskim Porto, kierując się następnie na północ, wzdłuż wybrzeża drogą „camino portugués litoral” – czyli portugalską drogą nadbrzeżną, podążającą wzdłuż linii łączącej ląd z oceanem (której nie należy mylić z idącym nieco w głębi lądu wariantem „costal”). Po kilku dniach przekroczyłem szeroko rozlewającą się graniczną rzekę rio Miño i wszedłem do hiszpańskiej Galicji.
Mój szlak liczył około 250 portugalsko-hiszpańskich kilometrów: zaskakujące Porto, senne Marinhas, zjawiskowe Viana do Castelo, przygraniczne Caminha, dalej pierwsze w Hiszpanii Tui, rozprażone słońcem Porriño, niewielka Redondela, Caldas de Reyes z kościołem obsadzonym palmami, Pontevedra, papryczkowe zagłębie Padrón, i wreszcie Santiago de Compostela z katedrą i placem, pełnym siedzących lub wręcz leżących na nim pielgrzymów z całego świata.
Trasa „litoral” prowadzi przez Portugalię samym wybrzeżem Atlantyku, chwilami jest bardziej morska niż lądowa. Nazywanie jej drogą jest nieco na wyrost, ponieważ niejednokrotnie na próżno szukać oznaczeń, czyli żółtych strzałek, wyznaczających inne szlaki. Ich brak nie jest przeszkodą, bo drogę wskazuje linia łącząca ocean z lądem. Na „camino portugués litoral” najczęściej wędruje się grzbietem wydm, a jeszcze częściej plażą wzdłuż oceanu – plażą cudownie pustą. Piaszczysty pas nie jest opanowany przez plażowiczów, lecz przez żywioł oceanu: słony, silny wiatr i wielkie fale, uderzające o czarne, bazaltowe skały, nie ułatwiają rozłożenia parasola lub kocyka albo pluskania się w wodzie. Nie, to miejsce dla wędrowca – i trudno wyobrazić sobie bardziej romantyczną i inspirującą scenerię kolejnych dni marszu.

Camino w wymiarze przyrodniczym
Wyboru szlaku portugalskiego dokonałem świadomie, nie spodziewałem się jednak, jak wielkie zrobi na mnie wrażenie i jak zaskoczy mnie od strony przyrodniczej. Po pierwsze: rzeki. Powszechny obraz Półwyspu Iberyjskiego, jako ziemi niemal pustynnej, na atlantyckim wybrzeżu Portugalii ulega zmianie. Zaczynając od Porto, w którym ze stalowego, XIX-wiecznego mostu o stumetrowej chyba wysokości spogląda się na szeroką rzekę rio Douro, każdego dnia wędrówki przekraczałem rzeki, zarówno mniejsze, jak i duże, zasobne w wodę, bo zasilane przez deszcze, nadchodzące od oceanu. W lecie na wybrzeżu pada niewiele, lecz opady jesienne i zimowe dają sumę znacznie przewyższającą łączną, roczną liczbę opadów w Polsce.
Portugalskie rzeki są niezwykle malownicze i bogate w ryby, na przykład w stada buszujących pod powierzchnią cefali, a także dorastające niebywałych rozmiarów sumy. Ujścia rzek do oceanu są przeważnie szerokie, mają kształt pośredni pomiędzy rozległą, trójkątną deltą a obszerną zatoką, wcinającą się w ląd, co podkreśla jeszcze wrażenie obfitości mas wody.
Po drugie, a może przede wszystkim – ocean: wielki, stale obecny i wyczuwalny żywioł. Atlantyk objawia się mgłami, które obejmują pas wzdłuż wybrzeża od godzin przed wschodem do godziny 9–10 przed południem, kiedy przewagę zdobywa słońce, a temperatura zaczyna szybko rosnąć. Cały czas wyczuwalna jest morska bryza, będąca tuż przy linii rozbijających się fal stałą, słoną mgiełką i przechodząca czasem w porywisty wiatr. Plaże, jak wspominałem, dzikie i puste, piaszczyste lub dla odmiany usypane z okrąglutkich i gładkich otoczaków o wielkości od piłeczki pingpongowej do jabłka. W porze odpływu cofające się wody pozostawiają długie, taśmowate wstęgi sprężystych wodorostów, wśród których największą masę stanowią należące do brunatnic listownice. Pod wodą ich długie na kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt metrów plechy tworzą prawdziwe, przebogate w życie, fantastyczne lasy, sięgające od dna aż do powierzchni. Po wyrzuceniu na brzeg wysychają i rozkładają się, nasycając powietrze zapachem morszczyzny, stając się pożywieniem szeregu mieszkańców plaży, a także zasilając materią organiczną piaski wydm. Część wodorostów jest zbierana przez miejscowych rolników i użytkowana jako nawóz albo pokarm dla bydła.
Odpływ odsłania też przybrzeżne skały. W ich zagłębieniach, które stają się niewielkimi estuariami, gromadzą się morskie ślimaki – oczywiście poza czaszołkami, które wolą czekać na przypływ, przywarte czapeczkowatymi muszlami do skały; w małych zbiornikach gromadzą się także żarłoczne kraby. W niektórych takich oczkach wielkości miednicy naliczyłem po kilkanaście tych skorupiaków, poruszających szczypcami i łypiących na mnie osadzonymi na szypułkach oczyma. Kraby z kolei są zdobyczą dla licznych w tym rejonie ośmiornic i mew.
Kolejnym po oceanie, przybrzeżnych skałach i plażach, jest pas wydm. Wysokie i piaszczyste, porośnięte są specyficzną roślinnością o właściwej tylko sobie gamie barw. Tło nadają srebrzyste trawy wydmuchrzyce i mięsiste rozchodniki, gromadzące wodę w liściach i przybierające różne odcienie czerwieni, żółci i pomarańczu, podkreślone niekiedy dla kontrastu zielenią. Pomiędzy nimi rozkwitają kępy ciemnobłękitnego kurzyśladu, żółte jak siarka kwiatostany kocanek, sinoniebieskie, kolczaste mikołajki nadmorskie, malkolmie o różu delikatnym i lepnice o różu intensywnym.
Rośliny wydm muszą być odporne na wichry o huraganowej nawet sile, muszą być zdolne do przechwytywania wilgoci z powietrza i wykształcać rozległe systemy korzeniowe, dające oparcie i wysysające wodę z piaszczystego, sypkiego podłoża.
Sam ocean i pas przybrzeżny na odcinku portugalskim są fascynujące, nie można jednak nie wspomnieć o lasach hiszpańskiej Galicji, w które zagłębia się po przekroczeniu granicy portugalsko-hiszpańskiej. Są to drzewostany dębowo-sosnowe, z innymi niż u nas gatunkami sosen, o pniach obficie spowitych bluszczem, który w łagodniejszym klimacie znajduje znakomite warunki, w podszycie pełne wrzośców, mięty i paproci orlic, przetykanych rzadkim długoszem królewskim i podrzeniem żebrowcem. Częste są także mocno pachnące gaje eukaliptusowe, choć trzeba pamiętać, że eukaliptusy są w Europie drzewami obcymi, sprowadzonymi z Australii.
Tam, gdzie nie ma lasu, wędruje się pomiędzy plantacjami kiwi i winnicami, okolonymi kamiennymi murkami. Pędy winorośli puszczone są niekiedy ponad ścieżkami, po pergolach, tworzących wówczas zielone tunele. Wśród kamiennych ogrodzeń kryją się jaszczurki murowe i jaszczurki perłowe, wyglądające jak małe, zielone, niebiesko kropkowane smoki.

Życie w drodze
Camino daje wyjątkową możliwość poznania kraju z perspektywy wędrowca. Nie jest to wycieczka, podczas której zataczamy pętlę i po południu wracamy w to samo miejsce, w którym czeka zaparkowany samochód. Każdego dnia zaczynamy nowy etap, mijając krajobrazy, wsie, miasteczka i ich mieszkańców, poznając je od środka, a jednocześnie trochę jakby z perspektywy czarodziejskiego, latającego dywanu, z pozycji widza, niesionego coraz dalej i dalej. Jest to doświadczenie nowe i świeże, któremu może dorównać niewiele form wędrowania.
Camino to także wyzwanie fizyczne. Nie trzeba jednak się go obawiać, etapy marszu można dzielić dowolnie, zależnie od swoich możliwości. Jest to trasa, którą poleciłbym każdemu.
Idąc w lecie, trasą portugalską, zdecydowałem się na jedną parę lekkich butów sportowych – na szlaku francuskim, górzystym, warto zapewne zastanowić się nad sprawdzonymi butami górskimi. Bardzo dobrze sprawdzają się lekkie, szybkoschnące koszulki. Oczywiście czapka lub kapelusz na głowę; dobrą opcją jest też „buff” (po hiszpańsku „bufanda”, czyli szalik), który można ubrać jako chustę na głowę, jako opaskę, szal, zasłonić nią twarz przed siekącym piaskiem, związać włosy, osłonić kark przed słońcem – w zasadzie pomysły na wykorzystanie tego elementu wydają się nie mieć końca. Koniecznie koszula lub bluza cienka i przewiewna, lecz z długim rękawem, oraz długie spodnie – na przykład legginsy lub spodnie sportowe, najlepiej z odpinanymi nogawkami.
Śpiwór lekki i cienki, ewentualnie, jeśli mowa o lecie, jedwabna poszwa dostępna w sklepach turystycznych. Podobnie lekki i szybko wysychający ręcznik. Plecak koniecznie wygodny, dopasowany, z dobrym pasem biodrowym. Doszedłem do wniosku, że nie warto nosić całodziennych zapasów jedzenia, jedynie butelkę z wodą – dużo wygodniej jest pożywiać się w gospodach i kafejkach, kiedy szlak przechodzi przez jakąś miejscowość. Wtedy też można uzupełnić zapas wody.
Cóż, nie da się opowiedzieć o przyrodzie camino w jednym tekście, tak jak nie da się opowiedzieć całej tej historii, którą jest i która trwa nieprzerwanie od setek lat. Niewątpliwie jednak camino da się przejść. Da się, a może raczej trzeba.