skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Językowy kogiel mogiel i pierogi, czyli Hiszpanka z wizytą w Polsce Kamila Wiśniewska

O tym, że przyjaźnie z Erasmusa mają szansę przetrwać, przekonałam się niedługo po moim powrocie do Polski. Wcześniej blisko sześć miesięcy spędziłam, pracując w urzędzie hiszpańskiego miasta Murcja, gdzie wyjechałam dzięki Polskiemu Związkowi Niewidomych. Podczas pobytu i pracy w Hiszpanii poznałam kilka wspaniałych osób. Jedną z nich jest Ana Cristina. Ciekawa nowych miejsc i ludzi, pokazała mi najciekawsze miejsca w swoim rodzinnym mieście. Kilka lat temu spędziła 9 miesięcy na wolontariacie w belgijskim Liege, gdzie nauczyła się francuskiego na tyle dobrze, by teraz służyć pomocą francuskojęzycznym (ale nie tylko) wolontariuszom przyjeżdżającym do Murcji. Aktywnie działa w Stowarzyszeniu „Murcia Acoge” (z hiszp. „Murcja przygarnia, przyjmuje”), w ramach którego pomaga imigrantom integrować się z lokalnym społeczeństwem. Zaangażowana w działalność belgijskiego VIUWS i hiszpańskiego ONCE, oprócz Belgii odwiedziła też Rumunię i podróżowała po Hiszpanii. Teraz przyszła pora, by wybrać się do Polski.
Decyzja o podróży do naszego kraju była spontaniczna i została podjęta właściwie z dnia na dzień, chociaż jeszcze w Murcji gorąco zapraszałam Anę, by odwiedziła mnie w Krakowie. Nie sądziłam jednak, że stanie się to tak szybko. Zanim zdążyłam rozpakować się po powrocie i spotkać z polskimi znajomymi, moja hiszpańska przyjaciółka już była na miejscu!
W podjęciu tej decyzji i w całym pobycie Any w Polsce mieli swój udział moi przyjaciele z Fundacji „Brajlówka”, Dorota i Kornel Chmielowie, którzy w połowie maja w górskiej posiadłości w Poroninie zorganizowali międzykulturowe spotkanie dla młodzieży z różnych krajów, m.in. z Hiszpanii.
Ana przyleciała jednak na „własną rękę”, ponieważ bardzo chciałyśmy pojechać też do Warszawy, by odwiedzić naszych wspólnych znajomych. Zależało jej na zwiedzeniu Krakowa, Wieliczki i Auschwitz (tego ostatniego pomysłu nie udało się zrealizować). Przed przyjazdem wiele czytała o miejscach, które miałyśmy odwiedzić. Jak na tygodniowy pobyt, plan był więc bardzo intensywny.

Podróż pełna niespodzianek
Zacznijmy jednak od początku. Późnym wieczorem 15 maja odebrałam nieco zestresowaną podróżą, ale wciąż pełną entuzjazmu Anę z krakowskiego lotniska, na które przyleciała bezpośrednio z Alicante, położonego ok. 70 km od jej rodzinnej Murcji. Pierwsze zaskoczenie spotkało ją w samolocie, kiedy okazało się, że nikt z obsługi i asystentów nie mówił po hiszpańsku! (wydaje się to wręcz niewiarygodne w samolocie lecącym przecież z Hiszpanii). Kolejne zaskoczenie, tym razem pozytywne, spotkało nas po wyjściu z krakowskich Balic. Ana, która zapobiegawczo ubrała się na cebulkę, złożoną z kilku warstw zimowych ubrań, z ulgą stwierdziła, że nie jest tak zimno, jak się spodziewała, W tym momencie muszę dodać, że ci Hiszpanie, którzy nigdy nie odwiedzili Polski, mają przesadzone wyobrażenie na temat panującego tu – rzekomo – przez cały rok zimna. Jakkolwiek jednak początek maja był chłodny i deszczowy, czułam się w obowiązku uprzedzić mojego ciepłolubnego gościa, by przygotował się na pogodowy armageddon. Dobrze, że nie było zbyt zimno, bo do domu dotarłyśmy po północy.
Późna pora nie powstrzymała mnie przed rzuceniem się na przywiezionego przez Anę turrona, mojego ulubionego hiszpańskiego słodkiego przysmaku. Chociaż tradycyjnie jedzony jest na Boże Narodzenie, naszą deszczową wiosną smakował równie wspaniale. Ana natomiast swoim zwyczajem poprosiła o kawę.

Moc atrakcji w Warszawie
Następnego dnia rano ruszyłyśmy do Warszawy, by spotkać się z Piotrkiem, wspólnym znajomym, który również był wolontariuszem w Murcji, a którego Ana uczyła hiszpańskiego. Podczas gdy ona ze zdumieniem przysłuchiwała się językowym postępom Piotra, ja nie mogłam wyjść z podziwu nad swobodą, z jaką nasz niewidomy kolega porusza się po stolicy. Tego popołudnia to on był przewodnikiem. Pod wieczór i po obowiązkowym zdjęciu pod Pałacem Kultury i Nauki, którego symbolikę i związane z nim kontrowersje tłumaczył naszemu gościowi niestrudzony Piotrek, dotarłyśmy do podwarszawskich Lasek. Tam spotkałyśmy się z Olą, kolejną wspólną znajomą, bo jak potwierdziło nasze doświadczenie, świat jest mały, a podróże łączą. Ana i Ola poznały się w Liege wiele lat temu i chociaż później nie miały już okazji się spotkać, pamiętały o sobie nawzajem i darzyły się dużą sympatią. To był językowy galimatias, ale mimo tego, że dosłownie nie miałyśmy wspólnego języka (bo Ana z Olą mówiły po francusku, Ana ze mną po hiszpańsku, a ja z Olą po polsku), metaforycznie, jak najbardziej tak. Miałyśmy sobie mnóstwo do opowiedzenia, a nasz językowy głuchy telefon sprawił, że nabrałam przekonania do nielubianego francuskiego. Kto wie, jeszcze kilka dni w tym towarzystwie, a może zaczęłabym się go uczyć. Na początek zaczęłam nadstawiać uszu.
Ana, miłośniczka długich spacerów, stroniąca od miejskiego zgiełku, świetnie czuła się w Laskach. W Hiszpanii nie ma tego typu ośrodków dla niewidomych. Dzieci i młodzież z niepełnosprawnością narządu wzroku czy każdą inną uczą się w ogólnodostępnych szkołach. Dlatego wizyta w tej pionierskiej placówce była dla niej niezwykle ciekawa. Dzięki uprzejmości wychowawców internatu zjadłyśmy kolację z grupą mieszkających tam dziewczynek. Anę bardzo zaskoczyły domowe warunki i rodzinna atmosfera tego miejsca. Wieczorem, chyba by potwierdzić stereotypy o kapryśnej polskiej pogodzie, rozpętała się ulewa. Jednak w miłym gronie nauczycielek zamieszkujących przytulny laskowski domek i przy imbirowej herbacie nie była nam straszna, a wręcz przeciwnie, zamieniła się w taki deszcz, który przyjemnie oglądać (i słuchać) z bezpiecznego miejsca.
Łyżką dziegciu tego miłego pobytu było poranne wstawanie następnego dnia. Zapach lasu po deszczu wynagrodził nam jednak tę niedogodność, a czekające w Warszawie atrakcje przynaglały. Dzięki uprzejmości Oli, która od wielu lat pracuje jako przewodnik na Niewidzialnej Wystawie, miałyśmy jedyną taką okazję, by odwiedzić to miejsce jeszcze przed otwarciem i tylko we trójkę! W Hiszpanii nie ma podobnej wystawy, chociaż od pewnego czasu organizuje się tam kolacje „w ciemności”. Bardzo nam zależało, by nasza hiszpańska koleżanka zapoznała się z tą inicjatywą i kto wie, być może wdrożyła ją na swoim lokalnym gruncie? Podczas gdy moje niewidome koleżanki poruszały się po pomieszczeniach jak przysłowiowe ryby w wodzie, ja, mimo że nie była to moja pierwsza wizyta, czułam się jak słoń w składzie porcelany. Cały czas towarzyszyła mi obawa, ze znajdę się poza zasięgiem głosu Oli i utknę na zawsze w jakimś kącie. Ana, która znacznie lepiej i pewniej radziła sobie z oswajaniem ciemności, z oczywistych względów nie mogła jednak wiedzieć, jak nazywa się tradycyjny polski samochód, który napotkała, „wychodząc na ulicę”. Mogła za to ze skupieniem przestudiować jego gabaryty, z niedowierzaniem wysłuchując naszych opowieści o tym, jak mieściła się tam cała polska rodzina i pies, oraz o 700- kilometrowych podróżach nad morze, które umożliwiał ten niepozorny symbol minionej epoki.

Uroki polskiej kuchni
Przed południem wznowiłyśmy poszukiwania idealnej kawy, a Ana niestrudzenie ćwiczyła wymowę słów, dzięki którym mogła raczyć się filiżanką ulubionego napoju: „kawa czarna”. Była ciekawa, jak smakuje w Polsce hiszpańskie „café solo”, które w jej mieście można kupić w każdym osiedlowym barze już za niecałe euro. W Polsce niestety kawa jest dużo droższa, choć równie chętnie popijana.
Jako że dotychczas, nie licząc kolacji w Laskach, żywiłyśmy się burgerami i turronem, stwierdziłam, że najwyższy czas, by zabrać naszego gościa na prawdziwie polski obiad, wszak każdy Hiszpan, który kiedykolwiek spróbował pierogów, staje się ambasadorem tej potrawy w swoim kraju. Z pomocą przyszła nam Ania Lemańczyk, kolejna wspólna znajoma z Liege i z Murcji, rodowita warszawianka, mówiąca po francusku, hiszpańsku i włosku (czasami jednocześnie!), okazała się niezastąpioną przewodniczką po kulinarnej mapie stolicy. A gdzie najlepiej pójść na prawdziwie domowy obiad? Taki, na który dostaniemy polską zupę, pierogi i kompot? W gąszczu alternatywnych, wegańskich i hipsterskich restauracji zachowały się jeszcze na szczęście poczciwe bary mleczne. Tam też za radą Ani się udałyśmy. Był to bardzo trafny wybór, a pierwsze spotkanie Any z polską kuchnią bardziej niż udane! Polski krupnik i pierogi (z mięsem) przypadły jej do gustu do tego stopnia, że podobne dania stały się naszym chlebem powszednim do końca jej pobytu w Polsce. Ana doceniła polską kuchnię za zupy (w Krakowie spróbowała jeszcze barszczu czerwonego i żurku), placki ziemniaczane i kopytka, potrawy bardzo egzotyczne dla hiszpańskiego podniebienia. Nie mogłam też nie uraczyć jej polskimi słodyczami. Okazało się jednak, że należy ona do tego wąskiego grona osób, które nie rozsmakowały się w ptasim mleczku. Ciemne czekolady z Wawelu poleciały natomiast hurtem do Hiszpanii.
Po powrocie nie zagrzałyśmy na długo miejsca w Krakowie, bo już następnego dnia pojechałyśmy do Poronina, by uczestniczyć w fantastycznym spotkaniu młodzieży zorganizowanym przez Dorotę i Kornela z „Brajlówki”. Poznałyśmy młodzież z Litwy, Łotwy i grupę Hiszpanów, dzięki którym Ana poczuła się przez chwilę jak u siebie.

Językowe trudności
Sama wiem, jak bardzo męcząca jest nieustanna komunikacja w obcym języku. Na początku mojego pobytu w Murcji dosłownie bolały mnie mięśnie twarzy z wysiłku wkładanego w mówienie i słuchanie! A przecież dobrze znałam hiszpański. Sytuacja Any w Polsce była nieco inna, bo znała jedynie kilka słów po polsku, których ją nauczyłam, ale ciągle starała się, z dużym zresztą powodzeniem, wychwytywać kolejne. Zaintrygowało ją często przez nas powtarzane „dobra, dobra”, „dobrze” i „no”, które musiało jej brzmieć znajomo, chociaż po hiszpańsku używa się go, by zaprzeczyć. Sama zarejestrowała te słowa i dopytywała mnie o ich znaczenie! To ciągłe nadstawianie uszu, by wyłapać jakiś znajomy wyraz z tego całego niezrozumiałego szumu, musi być bardzo męczące, zwłaszcza dla osoby niewidomej, która przecież większość informacji odbiera drogą słuchową. Z pewnym niepokojem obserwowałam więc zmęczenie mojej przyjaciółki, która, chociaż zachwycona górską przyrodą, powietrzem, zwierzętami (chyba pierwszy raz miała okazję dotknąć krowy!) i gościnnością gospodarzy, wydawała się nieco zestresowana. Myślę, że duży wpływ na to miało nagromadzenie ludzi i języków, samo w sobie interesujące, ale w tych okolicznościach pogłębiające jej niepokój. W Poroninie spędziłyśmy jednak wspaniałe popołudnie dzięki życzliwości Kornela i Doroty.
W natłoku wydarzeń i spotkań zupełnie nie miałam czasu, by pokazać Anie Kraków! Na szczęście w naszych rękach (i nogach) było nadrobienie tego zaniedbania. Zwiedzanie królewskiego miasta zaczęłyśmy od przejażdżki turystycznym meleksem po dzielnicy żydowskiej. W tym momencie językowy galimatias sięgnął zenitu, ponieważ nasza polsko-litewsko-hiszpańska grupa, z którą przyjechałyśmy z Poronina, wybrała na język zwiedzania… rosyjski. Tym samym stanęłam przed wyzwaniem symultanicznego tłumaczenia z obcego na obcy, a Ana osłuchała się z kolejnym słowiańskim językiem. Potwierdziła to, co już słyszałam od innych jej rodaków – dla Hiszpanów rosyjski brzmi przystępniej niż polski, wydaje im się prostszy w wymowie. Polski słownik Any jednak stale się rozrastał, nawet o słowa obfitujące w łamiące język dźwięki jak: „bohaterzy getta”.

Fascynujący Kazimierz
Pożegnawszy Dorotę i naszych nowych znajomych, którzy odjechali w góry, wróciłyśmy na Kazimierz, by nadrobić moje braki w tłumaczeniu z rosyjskiego. W końcu się wypogodziło i prawdziwie wiosenna pogoda zachęcała, by spędzić wieczór w jednym z kawiarnianych ogródków czy nad Wisłą. Na kolejny ranek zaplanowałyśmy wizytę na Wawelu. Z Baszty Sandomierskiej zeszłyśmy do jamy smoka; wspinaczka pozwalająca poczuć rozmach budowli, jej warowny charakter i legendy. Niestety smok dumnie spoczywający na kamiennym podeście nad Wisłą, jak na potwora przystało, okazał się całkowicie niedostępny. Wysoki kamień, na który wspinały się nieustraszone dzieci, skutecznie bronił dostępu do niego. Ana musiała się więc zadowolić moim opisem albo polegać na określeniu francuskiej turystki, która nazwała smoka „wyjątkowo szkaradnym”. By nie dopuścić, by właśnie takim zapisał się w pamięci Any, a może też z powodu moich lekko urażonych tą inwektywą patriotycznych uczuć kupiłyśmy pluszowego zielonego smoka, zdecydowanie bardziej przyjaznego.
Chociaż mówią, że od przybytku głowa nie boli, miałyśmy niezły problem z zagospodarowaniem tych ostatnich godzin, które pozostały Anie w Krakowie. Spośród niezliczonych opcji zwiedzania i wypoczynku zdecydowałyśmy się na ponowne zwiedzania… Kazimierza, tym razem z hiszpańskojęzyczną grupą. Anę wyraźnie zafascynowała ta część Krakowa. Podczas kilkugodzinnego spaceru zwiedziłyśmy Starą Synagogę i inne znaczące dla krakowskich Żydów miejsca. Ana, która pierwszy raz odwiedziła żydowską świątynię, była żywo zainteresowana historią narodu, który zaznaczył się też swoją obecność w dziejach Hiszpanii. Żydzi sefardyjscy przez stulecia mieszkali na Półwyspie Iberyjskim, skąd zostali wygnani w XV w. mimo dużego wkładu w rozwój nauki, kultury i sztuki. Do dziś w wielu hiszpańskich miastach, zwłaszcza południowej Andaluzji (Sewilli, Granadzie, Kordobie), możemy odwiedzać bardzo klimatyczne dzielnice żydowskie (juderías), które zachwycają turystów średniowieczną zabudową stromych ulic i pobielanymi domami spowitymi zapachem kwiatu pomarańczy.

Niesamowite muzeum
W Krakowie w powietrzu czuć było deszcz, a pod koniec naszego spaceru, kiedy dotarłyśmy na Plac Bohaterów Getta z jego „bezdomnymi meblami”, rozpętała się prawdziwa ulewa. Przemoczone do suchej nitki, chciałyśmy natychmiast wracać do domu najbliższym tramwajem, okazało się jednak, że grupa będzie kontynuować zwiedzanie Fabryki Emalii Oskara Schindlera. Ana, która oglądała „Listę Schindlera”, bardzo chciała odwiedzić to miejsce. Nasza ciekawość walczyła wiec przez chwilę ze zdrowym rozsądkiem i chęcią schronienia się w jakiejś przytulnej knajpce, ale ostatecznie wzięła górę. Tak oto, głodne i zziębnięte, dotarłyśmy do muzeum, które zrobiło na nas ogromne wrażenie. Ekspozycja nie ogranicza się jedynie do przedstawienia filmowej postaci Schindlera, nawiasem mówiąc, bardziej niejednoznacznej, niż zostało to pokazane w hollywoodzkiej produkcji. Niezwykle nowoczesne, interaktywne muzeum przenosi nas do Krakowa w przededniu wybuchu drugiej wojny. Na ścianach mnóstwo fotografii i plakatów oddających klimat epoki. Niewątpliwie jest to bardzo interesujący zabieg, ale jak w takim, nastawionym na przekaz wizualny wnętrzu ma się odnaleźć osoba niewidoma? Obawiałam się, czy Ana będzie mogła w pełni skorzystać z wizyty, na której tak jej zależało. Wybrałyśmy opcję zwiedzania w języku hiszpańskim i miałyśmy szczęście trafić na pełną pasji i zaangażowania przewodniczkę, panią Elę, której perfekcyjny hiszpański zdumiał Anę, a mnie zawstydził. Dołożyła wszelkich starań, by moja koleżanka nie straciła niczego z tej wizyty, bardzo szczegółowo opisując zdjęcia i plakaty. Szalenie spodobała mi się taka świadoma postawa przewodniczki, czasami naprawdę nie potrzeba jakichś specjalnych adaptacji, wystarczy odrobina dobrej woli i zaangażowania. Dla porównania dzień wcześniej odwiedziłyśmy Kopalnię Soli w Wieliczce i mimo niezwykłości miejsca nie byłyśmy do końca zadowolone ze zwiedzania, gdyż przewodnik zupełnie nie zadał sobie trudu, by ułatwić osobie niewidomej oswojenie tej niecodziennej przestrzeni. Rozumiem, że wielu eksponatów nie można dotykać, ale mam wrażenie, że odrobina elastyczności w tej sprawie, wcale nie zaszkodziłaby złożom soli, które przetrwały wieki.
Wizyta Any minęła w szalonym tempie, czasami miałam wręcz wrażenie, że nie pozwalam jej złapać oddechu, ale czasu było niewiele, a tak dużo do odwiedzenia! Wniosek jest jeden – Ana musi jeszcze tu wrócić, do czego ochoczo się zobowiązała. W pociągu na lotnisko zapytałam ją o to, co najbardziej zaskoczyło ją w naszym kraju. Powiedziała, że sprawna komunikacja miejska. Musiałam się zgodzić, przynajmniej co do Krakowa. Tym bardziej że na lotnisko dojechałyśmy podmiejskim pociągiem w jakieś 20 minut, prosto na terminal. Zaskoczył ją też fakt, że autobusy i tramwaje zatrzymują się „na żądanie” i „zapowiadają przystanki”. Ana bardzo też polubiła polską kuchnię! Teraz jest jej większą fanką niż ja. Jeszcze przed jej wylotem miałyśmy się wybrać po mrożone pierogi, które mogłaby zabrać ze sobą (obstawiłyśmy, że przetrwają 3-godzinny lot), ale nie zdążyłyśmy, bo podczas drukowania karty pokładowej na dworcu okazało się, że samolot odlatuje godzinę wcześniej, niż myślałyśmy! Na szczęście dzięki zachwalanej, sprawnej komunikacji dotarłyśmy na czas.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że pobyt Any w Polsce był tak bogaty i obfitujący w przemiłe spotkania. Dorota, Kornel, Ola, Ania i Piotrek ¡muchas gracias!