skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Ważna i potrzebna praca Beata Dązbłaż

Rozmawiamy z Danutą Tomerską, emerytowanym redaktorem naczelnym wydawnictw nieperiodycznych PZN, która opowiada o początkach i tworzeniu się redakcji, książkach drukowanych w brajlu, o zaangażowaniu znanych polskich aktorów w nagrywanie książek mówionych, a także – satysfakcji płynącej z pracy z osobami niewidomymi i dla ich środowiska.

Beata Dązbłaż: Jak to się stało, że jako osoba widząca, trafiła Pani do pracy w wydawnictwie PZN?
Danuta Tomerska: Po studiach założyłam sobie, że będę pracowała w jakimś wydawnictwie. Rozważałam Państwowy Instytut Wydawniczy czy Instytut Wydawniczy PAX, ale koleżanka powiedziała mi, że PZN poszukuje kogoś do redakcji wydawnictw nieperiodycznych. Zostałam zatrudniona w 1955 r., przepracowałam ponad 40 lat, bo po przejściu na emeryturę w latach 90. jeszcze współpracowałam z PZN. Jednym z moich ostatnich egzaminów na studiach była historia literatury światowej, miałam więc dużą wiedzę na ten temat i ogromny zapał. Wydawało mi się, że wydawanie książek z kanonu literackiego będzie dobrym początkiem. PZN w tamtym czasie mieścił się na ul. Noakowskiego, a drukarnia, przeniesiona z Gdańska do Warszawy, najpierw była na Woli, a potem na obecnej ul. Twardej. Istniały już dwa wydawnictwa periodyczne dla dzieci – „Światełko” i „Promyczek”, a ich redaktorem naczelnym była Halina Banaś, z którą się zaprzyjaźniłam.

Na czym polegała Pani praca?
Wszystko się dopiero tworzyło, to było dla mnie bardzo interesujące. Niewidomi drukarze jeszcze sprzed wojny wydawali książki alfabetem brajla. Kierowałam wydawnictwem książkowym, czyli musiałam wybrać i przygotować książki do druku w brajlu, a później zajmowałam się także nagraniami książek na taśmie magnetofonowej. Wydawaliśmy również podręczniki dla niewidomych – wcześniej w ogóle nie pojawiały się tego typu publikacje. Redagowałam je, a także współpracowałam w tym zakresie z nauczycielami z Lasek i z redakcjami Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.

Czy ta praca przynosiła Pani satysfakcję, jak Pani patrzy na to już z perspektywy wielu lat, czy udawało się osiągać cele, które Pani sobie stawiała? Przecież ponad 40-letnia praca w tym samym miejscu jest swoistego rodzaju wyczynem w dzisiejszych standardach, to blisko pół stulecia.
Oczywiście, to była bardzo ciekawa praca. Nikt specjalnie nie narzucał mi, co mam wydawać. Przygotowywałam plany roczne dla Ministerstwa Oświaty i pilnowałam, by wszystko było wysyłane do Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Parę książek tam zatrzymali, miałam np. ciekawą przygodę z publikacją utworów Pawła Jasienicy. „Polskę Piastów” i „Polskę Jagiellonów” wydali bez problemu, ale zatrzymali „Rzeczpospolitą Obojga Narodów”, choć wcześniej została normalnie wydana i była dostępna w księgarniach. Nie rozumiałam więc, dlaczego nie może ukazać się w brajlu. Pamiętam, jak ktoś z cenzury powiedział, że niepotrzebnie tak o to walczę, „bo ten Jasienica to takie beztalencie” (śmiech – red.), ale ostatecznie się udało. Współpracowałam z różnymi wydawnictwami, wiedziałam wcześniej, co będzie wydawane w Polsce, jakie będą nowości. Bardzo dużo czytałam i cały czas miałam kontakt z książką. Czytanie nie sprawiało mi trudności, miałam pamięć fotograficzną, obejmowałam naraz ćwierć czy pół strony, bywało, że w ciągu dnia mogłam przeczytać jedną książkę. Zależało mi na tym, by wybierać dla niewidomych te same tytuły, które czytają widzący. Zdawałam sobie sprawę, że wielu rzeczy robić nie mogą, ale nie należało do nich czytanie. Korzystałam więc z całego kanonu literatury polskiej i obcej, ponieważ założyłam sobie, że będę wydawała dla nich dobrą literaturę. Pamiętam, jak kiedyś przygotowując wykaz książek do druku, wskazałam na jeden tytuł, mówiąc do koleżanki: „tego to na pewno prezes nie przeczyta”. Nie pamiętam teraz, o jaką książkę chodziło, ale była to trudna literatura. A potem spotkałam kiedyś tego samego prezesa, który powiedział, że czytał świetną książkę, i to była właśnie ta. Umocniło mnie to w przekonaniu, że moja praca jest ważna i potrzebna.

Jak odnalazła się Pani w środowisku osób niewidomych?
Wcześniej, przed rozpoczęciem pracy w PZN, nie miałam do czynienia z osobami niewidomymi. Bardzo się z nimi zaprzyjaźniłam, spotkałam w tym środowisku wielu inteligentnych ludzi. Cenię w nich to, że są bardzo normalni, zawsze traktowałam ich tak, jak wszystkich innych, i oni to także cenili we mnie. Nigdy nie miałam poczucia, że mam do czynienia z ludźmi nieszczęśliwymi, którzy użalają się nad sobą. Są bardzo dowcipni, sami żartują z siebie i ze swojej niepełnosprawności. Zawsze byli bardzo samodzielni, wielu rzeczy nie mogli robić, ale to, co mogli, zawsze robili sami, nie trzeba było im usługiwać. Bardzo ceniłam sobie skromność i wrażliwość korektora Makowskiego. Feliks Woźniak, który czytał tak szybko jak widzący, często brał udział w konkursach czytelniczych i zawsze zdobywał pierwsze miejsce. Pamiętam, jak kiedyś wychodziłam ze swojego pokoju i zamykałam drzwi, wpadł na mnie mój niewidomy kolega, redaktor naczelny „Niewidomego Spółdzielcy”, Jerzy Szczygieł. Zganiłam go wtedy, mówiąc: „idziesz jak ślepy!”, i on był bardzo wdzięczny, że nie traktuję go ulgowo. Niewidomi, z którymi współpracowałam, byli świetnymi brajlistami, korektorami. Nie lubili użalać się nad sobą i kiedy ktoś się nad nimi litował.

W 1962 r. w PZN została nagrana pierwsza książka mówiona, w przygotowaniu której Pani uczestniczyła. Był to początek wielu udanych nagrań, także m.in. dzięki współpracy z dobrymi lektorami. Czy trudno było zachęcić znanych i cenionych aktorów do zaangażowania się w tworzenie książek mówionych?
Nie, pozyskiwanie lektorów było bardzo proste. Gdy ówczesny prezes PZN Mieczysław Michalak pojechał na delegację do Szwecji, spotkał się tam z „książką mówioną” – tak ją nazwaliśmy i tak się przyjęło. Za tym poszły odgórne decyzje, żeby się tym zająć. Pierwszych lektorów przyprowadził pracujący w radiu jeszcze przed wojną inż. Adolf Rode, i to były najlepsze głosy Polskiego Radia, jak np. Ksawery Jasieński, Jerzy Bokiewicz, Stella Weber, Józef Małgorzewski i Mirosław Utta. Ksawery Jasieński był zresztą ulubieńcem czytelników i nagrał najwięcej książek. Początkowo nagrywaliśmy w bardzo prymitywnym studiu, to były dwa pokoje oddzielone szybą, w jednym siedział lektor, w drugim technik. Kasety powielaliśmy na sprzężonych magnetofonach „Melodia”. Politechnika Warszawska podarowała nam starą kopiarkę, która pozwalała jednocześnie kopiować 4 egzemplarze. Dopiero potem na ul. Konwiktorskiej powstały dwa profesjonalne studia, mniejsze i większe. Przychodzili do nas nagrywać studenci wyższych lat w szkole aktorskiej, np. Wojciech Adamczyk, i on też przyprowadził kolegów i koleżanki. Sam zresztą bardzo się sprawdził i dużo czytał. Kiedyś w telewizji zobaczyłam, jak Zdzisław Wardejn czyta „Pałac” Myśliwskiego, i bardzo mi się spodobało, jak to robi. Napisałam więc, i to było pierwsze takie wydarzenie, do niego do teatru, że chciałabym, aby czytał dla osób niewidomych. Zgodził się i bardzo dużo nagrywał. Zresztą utrwalaliśmy na taśmach coraz więcej książek, także te wydane wcześniej w brajlu, bo było już wiadomo, jaki miały odbiór. W bibliotekach ustawiały się bardzo długie kolejki po książki mówione, bo w ogóle nie leżały na półkach. Otwierano także punkty biblioteczne dla osób niewidomych.

Kto jeszcze ze znanych aktorów czytał książki, jakie ma Pani wspomnienia z tamtych czasów?
Nikt mi nie odmawiał, aktorzy cieszyli się, że mogą nagrywać dla osób niewidomych. Zawsze dobierałam aktora, dany głos do konkretnej książki, to nie były przypadkowe wybory. Nie każdy nadawał się do czytania wszystkiego, choć były głosy uniwersalne, jak np. Zbigniewa Zapasiewicza czy Gustawa Holoubka. Wojciech Siemion nagrał „Konopielkę” Redlińskiego, Wacław Kowalski czytał „Ptasi gościniec” i „Babie lato” Auderskiej. Aleksandrę Śląską wybrałam do czytania Szymborskiej, i ona bardzo się z tego cieszyła. Andrzej Szczepkowski, kiedy nagrywał jedną z książek, był zaskoczony, że w ogóle istnieje taka świetna lektura, nie pamiętam już jej tytułu. W ogóle aktorzy cieszyli się, że wybieram im dobrą literaturę. Spotkałam kiedyś Zofię Kucównę i wspominała, jakie świetne książki u nas nagrywała. Irena Kwiatkowska czytała „Kubusia Puchatka” i „Mikołajka” dopiero po godzinie 22. Po występach w teatrze przyjeżdżała samochodem na Konwiktorską i nagrywaliśmy do północy. Na początku bał się jej nasz technik, bo mówił, że ona tak „strasznie” na niego patrzy przez szybę, pocił się, zmieniał koszulę (śmiech – red.), ale Irena Kwiatkowska była bardzo miła, bardzo się z nią zaprzyjaźniliśmy. Olgierd Łukaszewicz powiedział kiedyś, że spotkały go dwie miłe rzeczy – dostał mieszkanie w Warszawie, gdy chciał przeprowadzić się z Krakowa, i list ode mnie z propozycją czytania książki. Zazwyczaj byli to bardzo zajęci ludzie, ale mówili, że na taki cel muszą znaleźć czas. Kiedyś Holoubek opowiadał, że czytał wiersze Jana Pawła II w Watykanie, (czytał i nagrywał je też u nas), i bardzo się denerwował. Na co papież, gdy go zobaczył, mówi: „niech się pan tak nie denerwuje, przecież jakbym nie był papieżem, nikt by tego nie czytał”. Mieczysław Voit współpracował z nami przy nagrywaniu książek religijnych, wybieranych przez ks. Choinkę, duszpasterza osób niewidomych. Miał doskonałe poczucie humoru. „Pana Tadeusza” czytał Krzysztof Kolberger. W czasie przerw mieliśmy tzw. herbatki, były rozmowy, dowcipy, panowała wtedy bardzo miła atmosfera i aktorzy lubili do nas przychodzić.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Danuta Tomerska – ur. na Lubelszczyźnie, w 1955 r. rozpoczęła pracę jako kierownik, a wkrótce potem jako redaktor naczelny wydawnictw nieperiodycznych PZN, gdzie przepracowała ponad 40 lat. Absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, dziennikarka – autorka wielu artykułów m.in. o ludziach PZN, redaktorka, miłośniczka literatury. Wydała ponad 6 tys. książek mówionych i ponad 2 tys. tytułów w piśmie punktowym. Przez wiele lat redagowała w „Pochodni” rubrykę: „Zapowiedzi wydawnicze”, gdzie pisała o nowościach w brajlu, wychodzących spod igły drukarni. Zawsze była zaangażowana i związana z wydawnictwami PZN dla dzieci, współorganizowała np. konkursy czytelnicze dla najmłodszych. Za swoją pracę otrzymała liczne wyróżnienia m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal Edukacji Narodowej, Złotą Odznakę za Zasługi dla Kultury, Złotą Odznakę PZN, Nagrodę kpt. Jana Silhana. Matka dwóch córek, ma czterech wnuków.