skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Cywilizacja

Samodzielność kluczem do nowych wyzwań Rafał Kanarek

Często, gdy słyszę od swoich niewidomych znajomych, że ten lub tamten im nie pomógł, albo że pomógł niewłaściwie, złość mnie bierze. Prawdą nie do podważenia jest to, że wielu z nas pragnie żyć na równi ze zdrowymi osobami, że rehabilitacja, której w Polsce i tak jest za mało, otwiera przed nami nieznany wcześniej świat i poszerza nasze horyzonty. Prawdą też jest, że kurs orientacji przestrzennej, porównywany przeze mnie do kursu na prawo jazdy, pozwala uniezależnić się od innych i wreszcie żyć. A także, że wielu niewidomych nie chce otwierać się na świat, wygodniej jest im tkwić w areszcie domowym i czekać na cud lub pomocną dłoń.
Początek mojego tekstu nie brzmi optymistycznie. Myślę jednak, że warto odłożyć na bok polityczną poprawność i mówić wprost o trudnych, nawet bolesnych dla nas sprawach, dlatego pokrótce podzielę się z wami swoimi refleksjami na temat samodzielności.

Samodzielność prowadzi do sukcesu
Mimo niepełnosprawności osoby niewidome i słabowidzące chcą być niezależne, a kluczem do pełnego rozwoju jest dla nich rehabilitacja. Jedni korzystają z niej w trakcie edukacji w ośrodkach, inni na kursach lub w ramach projektów organizowanych przez fundacje i stowarzyszenia: do wyboru, do koloru, przynajmniej w Warszawie. Szkoda, że dobrego wychowania nikt na takich kursach nie uczy, kulturę osobistą lub jej brak często wynosimy z domu. Musimy jednak pamiętać, że nasze złe lub dobre zachowanie rzutuje później na ocenę nas samych, niewidomych i słabowidzących.

Przepraszam, czy mogę pomóc?
Takie pytanie słyszał pewnie każdy, kto porusza się z białą laską po znanych i nieznanych ścieżkach. Zazwyczaj nie odmawiamy, a wręcz korzystamy z takiej pomocy. Ale zdarzają się i tacy, którzy ofukną niewinną i chętną do pomocy osobę, że oni to sami sobie poradzą, albo, co gorsza, naubliżają jej. Inni zaciągną swoją ofiarę na koniec świata, obciążając ją wieloma mniej lub bardziej istotnymi obowiązkami. Te dwie skrajne, oczywiście, sytuacje z pewnością będą miały negatywny wpływ na postrzeganie naszego środowiska. Osoby, które poczują się „zużyte na maksa” przez niewidomych, będą ich unikać. Te, które dostaną od nas po głowie, również się ukryją i będą dla nas niewidzialne. Pamiętajmy, że widzący mają nad nami przewagę, bo widzą! I co zrobić, gdy nikt nam nie pomoże? Jedni zacisną pięści i pójdą dalej, inni wyleją swoje żale na forach internetowych, blogach lub we własnym środowisku – i tak opowieść o znieczulicy będzie się nieść. Z drugiej strony, widzę oczami wyobraźni tę widzącą, Bogu ducha winną osobę, która ofuknięta przez nieznanego nieszczęśnika lub wykorzystana w inny sposób odmówi pomocy innym lub, co gorsza, niechęcią do pomocy niewidomym będzie zarażać swoich znajomych. Jak to więc jest z naszą samodzielnością?
Od lat słyszymy, a nawet jesteśmy o tym przekonani, że choć wzrok nie ten, to chcemy żyć pełnią życia, poruszać się samodzielnie, a nawet zajmować się bardzo odpowiedzialnymi zadaniami. Chwała nam za to, bo wiele osób niewidomych boi się i tkwi w beznadziei swojego życia, bez perspektyw na lepsze jutro. Niektórzy tak bardzo uwierzyli w swoje możliwości, że aż zapominają, że czasem też mogą potrzebować pomocy. Na ulicy lub w innych sytuacjach powinniśmy jednak na chłodno przemyśleć swoje możliwości, znać swoją wartość, ale też mieć świadomość swoich ograniczeń. Oczywiście poprzeczka, zamiast w dół, powinna iść w górę, abyśmy mogli doskonalić swoje umiejętności i odczuwać zadowolenie z siebie. Co jednak zrobić, gdy ktoś nas zaczepi i zaoferuje swój czas i pomoc? Łatwiej powiedzieć, choć trudniej wykonać, ale powinniśmy ją przyjąć. Sami wiemy, ile potrafimy, jak i czy dobrze posługujemy się białą laską. Są jednak sytuacje, w których skorzystanie z czyjegoś ramienia wcale nas nie ogranicza, a może mieć pozytywne skutki. Nadal jesteśmy samodzielni, ale nie jesteśmy „Zosią samosią”, której chyba, poza nią samą, nikt nie lubił. Znamy swoją wartość i możliwości, ale też pokazujemy, że warto pomagać. Być może za rok lub dwa na ulicy znajdzie się kolejna osoba niewidoma, która będzie potrzebowała wsparcia. Gdy pozwolimy się przez chwilę poprowadzić, to ten „dobry uczynek” wyda znów swój owoc, a osoba, która nigdy wcześniej nie miała możliwości pomagania, z pewnością na długo zapamięta tę krótką lekcję.

Czy można góry przenosić?
Słyszałem o wielu niewidomych, którzy pewnie są bardziej aktywni niż osoby widzące, samodzielnie jadą w nieznane miejsca, licząc na to, co przyniesie los. Wielu z nich będzie mieć tzw. farta, bo zawsze znajdą pomocną dłoń albo wybawienie z kryzysowej sytuacji. Warto może przez chwilę się zastanowić, czy tą samodzielnością na wyrost nie obciążamy innych, i czy to rzeczywiście jest samodzielność, gdy w nieznanym miejscu jesteśmy skazani na obecność innych. Nie widzę nic złego w odkrywaniu nowych i ciekawych miejsc, bo tego, co zobaczymy, nikt nam nie odbierze. Dobrze mieć gdzieś z tyłu głowy myśl, jak poradzimy sobie w trudnych sytuacjach oraz, czy korzystając z czyjeś pomocy, nie staniemy się dla kogoś obciążeniem. Musimy jednak również uświadomić sobie, że są i z pewnością będą sytuacje, w których oko będzie nam potrzebne, oraz z tej niezastąpionej pomocy korzystać z rozwagą.

A może jednak nie
Oczywiście, jak często mówimy w trakcie warsztatów „Laboratorium ciemności”, na których uczymy, jak pomagać osobom z dysfunkcją wzroku, osoby niewidome to ludzie świadomi swoich praw, ograniczeń i… wymieniać można wiele. Mamy też prawo do zachowania swojej prywatności, a nawet odmowy skorzystania z pomocy. Możemy też ją odrzucić, gdy dobrze znamy drogę lub z innych powodów, a nasz rozmówca powinien nas zrozumieć, bo natarczywość powoduje napięcia, które wiadomo jak się później rozładowują. Dlatego pamiętajmy, że samodzielność to nie tylko zdolność do wykonania miliona mniej lub bardziej potrzebnych czynności. Samodzielność to również umiejętność normalnego funkcjonowania między ludźmi, dawania dobrego świadectwa innym. Pamiętajmy, że jak nas widzą, tak nas piszą.