skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Po śląskiej nitce do polskiego kłębka Małgorzata Zuber

„Nie wierzę w miłość do własnej ojczyzny, która każe gardzić ojczyznami innych.”
Jacek Kurek, „Szukanie ojczyzny”

Tożsamość czyli wrastanie
Ponad trzy lata temu, zamiast przyzwoitego artykułu, którym powinnam zamknąć udział w sesji naukowej, przedłożyłam szacownym recenzentom esej, w którym, na własnym przykładzie, po raz pierwszy spróbowałam zmierzyć się ze skomplikowaną problematyką tożsamości. Zatytułowałam go: „Wrastanie. Podróż z Górnego Śląska do Polski i z powrotem”. Opatrzyłam go cytatem z książki mego mistrza i przyjaciela dra Jacka Kurka kończącym się zdaniem, jakie stanowi motto tekstu niniejszego.
I chociaż dzisiaj powracam do „Wrastania” z mieszanymi uczuciami, chociaż mam pewność, że ani teraz nie pojęłam do głębi istoty tożsamości, w tym własnej, ani też nie mam nadziei wyczerpać tego problemu w przyszłości, pierwotna intuicja leżąca u źródeł tamtego tekstu nadal pozostaje aktualna.
Właściwie powinnam napisać nie tyle, że nie mam nadziei na ostateczne zgłębienie tej kwestii, ile raczej mam nadzieję, że zawsze pozostanie ona otwartą. Bo jak długo taką będzie, tak długo będzie możliwe spotkanie z innymi.
Dla mnie tożsamość jest procesem wrastania w głąb i przyrastania wszerz, jak drzewo coraz głębiej zapuszcza swoje korzenie, które pod ziemią wędrują na dalekie metry i jednocześnie z biegiem lat grubieje, obrastając w słoje.
Tak pojmuję tożsamość, bo sama właśnie tak jej doświadczam. Metaforą wrastania określiłam w tamtym tekście proces oswajania polskości, rozumienia, szanowania i kochania jej. Bo ja się Polski uczyłam bardzo późno, chociaż o tym, że wiedza ta i miłość rozkwitną, zdecydowały zdarzenia z dzieciństwa – zachwyt albumem z fotografiami polskich krajobrazów i zakochanie w melodii polskiej mowy z „Ballad i romansów” Mickiewicza, tego polskiego poety z Białorusi, który pisał „Litwo! Ojczyzno moja”.
Przyrastałam w polskość jak drzewo w słoje, jednocześnie zapuszczając w głąb śląskiego podglebia korzenie własnej tożsamości, jej pierwociny. Aby tak się jednak mogło stać, musiałam doświadczyć radości i trudu spotkania z Innym.

Tożsamość jako efekt spotkania
Nim spotkałam Innego na swej drodze, nim wyruszyłam na owo spotkanie, byłam Ślązaczką nie wiedząc o tym, jak ów nieszczęśnik nie wiedzący, że mówi prozą. Oczywiście nie w tym sensie, że nie miałam pojęcia, skąd pochodzę i gdzie żyję, ani też nie dlatego bym nie miała orientacji w przeszłości rodziny, ale z tego powodu, że nie zdawałam sobie sprawy ze wszystkich konsekwencji tego faktu i z tego, czym może się on stać, a czym powinien się stać dla mnie. Innymi słowy wiedziałam, że tzw. losy historyczne Ślązaków są szczególne i nijak się mają do tzw. historii Polski oferowanej w podręcznikach, ale nie do końca czułam, co to w praktyce oznacza.
Spotkałam na swej drodze wiele różnych osób, które stały się moimi mistrzami, przyjaciółmi i powiernikami. Spotkałam takich także, z którymi normalną koleją rzeczy, zetknęłam się na chwilę. Pamiętam o tych, którzy stali się dla mnie fascynującym odkryciem – mniej więcej tymi tajemniczymi Polakami o pamięci historycznej zbliżonej do tego, co intelektualnie przyswoiłam z historii, zupełnie nieźle zresztą bo na 5+ na maturalnym świadectwie.
Z wieloma spośród nich uczyliśmy się siebie nawzajem, dzieląc pamięć, losy i kulturę. Uczyłam się od nich Polski, gdy tchnienie żywego doświadczenia wypełniło martwe formy historycznych faktów i tę ich Polskę, ale też moją Polskę, którą poznawałam w swych licznych wędrówkach, pokochałam.
Wreszcie zrozumiałam – tak jest z każdą autentyczną miłością: nie ma na nią wzoru, bo nie ma dwu jednakowych ludzi, ludzkich pamięci i emocji. Kochać można tylko po swojemu.
Tak się zdarzyło szczęśliwie, że zostały mi darowane w barwnej obfitości i rozmaitości polskie pogranicza. A wraz z nimi – spotkania jeszcze ważniejsze. To dzięki nim zaczęłam świadomie powracać na Śląsk i do swej śląskiej tożsamości, nie musząc i nie chcąc i nie mogąc wybierać pomiędzy nią a tym wszystkim, czego doświadczyłam i pokochałam.
Dzisiaj, gdy nie po raz pierwszy politycy chcą dzielić Polaków, kierując się albo żenującą ignorancją albo celowo podsycanym narodowym szowinizmem, chcę otwarcie napisać kilka zdań o Śląsku i Ślązakach. Słyszę bowiem, że mało kto rozumie specyfikę naszej historii i teraźniejszości.
Prezesa PiS nie przekonam – co do tego nie mam złudzeń. Nie oczekuję od niego przeprosin, bo jest ostatnią osobą, która mogłaby mnie obrazić. Do niego więc skieruję jeden tylko akapit:
Najpierw byłam Ślązaczką i nauczyłam się kochać Polskę po swojemu. Dzisiaj mówię, że jestem i Ślązaczką, i Polką. Tą pierwszą z urodzenia, w najgłębszych pokładach świadomości, a drugą z wyboru. Ślązakami są też Niemcy zrzeszeni w związku mniejszościowym, jeśli się nimi czują, i z jako takimi odczuwam więź. Jednak nie ma Pan prawa insynuować mi, ani tym wszystkim, którzy deklarują się wyłącznie Ślązakami jakiejkolwiek zakamuflowanej opcji narodowościowej. I nie zrobię Panu też tej przyjemności, by kiedykolwiek wyprzeć się dobrowolnie przyjętej polskości, w którą wrosłam dzięki wysiłkowi własnemu i moich przyjaciół i dzięki solidnej pracy, która pozwoliła mi znaleźć swoje miejsce w polskiej kulturze naukowej. Może Pan konstruować wzorce doskonałego Polaka, a ja i tak swą obecnością będę plugawić czystość narodu polskiego; nie wyrzuci mnie Pan poza jego nawias, bo nie Pan mnie zapraszał.

Kilka prostych prawd
Bardzo skrótowo odniosę się do różnych kwestii poruszanych w publicznej debacie, jaką możemy obserwować od kilku dni.
1. Ślązacy to tacy sami Polacy jak dowolnie inna grupa regionalna, nie ma więc sprzeczności przed deklarowaniem śląskości i polskości jednocześnie. – Fakt, sprzeczności nie ma, jednak Ślązacy są znacznie bardziej odrębną grupą etniczną/narodową (z wyjątkiem uznanych prawem mniejszości narodowych) niż jakakolwiek inna grupa regionalna. Ma to swe źródła w kilkusetletnim oddzielnym bycie polityczno-historycznym Śląska i reszty Polski. Nie można wymagać od nas, byśmy utożsamiali z automatu własną pamięć historyczną z pamięcią polską, która nie tyle inaczej zachowała te same wydarzenia, ale wręcz notuje diametralnie różne. Lecz pomimo tego nie ma sprzeczności między byciem Ślązakiem i Polakiem.
2. Twierdzenie (np. Grzegorza Napieralskiego w rozmowie z Moniką Olejnik w Radiu Zet 6 kwietnia), że Ruch Autonomii Śląska jest stowarzyszeniem garstki nawiedzonych separatystów przy jednoczesnym wytykaniu PO, że weszła z RAŚ w koalicję w śląskim sejmiku. – Na wstępie: Mój stosunek do RAŚ mogę określić mianem przychylnej neutralności. Uczestniczyłam w wykładach dra Jerzego Gorzelika z historii sztuki na Górnym Śląsku i uważam je za jeden z najlepszych kursów w UŚ. Co do dyskutowanego twierdzenia: jest wewnętrznie sprzeczne. I nie ma racji Pan Napieralski mówiąc, że bez nieszczęsnego „Raportu” PiS nie byłoby tematu śląskości i autonomii. Gdyby RAŚ był klubem fantastów z marginesu politycznego nie wszedłby do sejmiku śląskiego. Skoro wszedł, nie powinien dziwić fakt zawiązania z nim koalicji przez PO. To nie kuriozum, to demokracja.
3. RAŚ dąży do rozbicia integralności państwa polskiego, a w skrajnej formie: jest zakamuflowaną opcją niemiecką środowisk dążących do oderwania się od Polski. Nieprawda. I żeby to stwierdzić wystarczyłoby, by Pan Kaczyński, zamiast zapoznawać się z ofertą sklepiku z materiałami Ruchu (o czym wspomniał w „Faktach po Faktach” 6 kwietnia) przeczytał projekt Statutu Organicznego Śląskiego Województwa Autonomicznego, w którym w artykule 2. czytamy: „Śląskie Województwo Autonomiczne stanowi nieodłączną część terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”. Można nie zgadzać się z koncepcją federalizacji i decentralizacji Polski proponowanej przez RAŚ, ale nie można imputować nikomu nie wyznawanych poglądów. W tym miejscu przypomnę tylko, bo fakt ten umyka w debacie publicznej, że do 1939 roku istniało Autonomiczne Województwo Śląskie obejmujące ziemię przyznane Polsce decyzją Rady Ambasadorów w 1921 (bo nie w następstwie plebiscytu, który wypadł dla Polski fatalnie).

Zamiast zakończenia
Ten tekst jest bardzo niedoskonały, płacąc tym cenę za moją chęć jednoczesnego zareagowania na bieżące wypadki i uzasadnienia swoich sądów i wiele kwestii będzie musiało zostać poruszonych przy innej okazji. Esej sprzed kilku lat zawierał pogląd, że „Mamy sobie w Polsce wiele do powiedzenia, niesiemy różnorodne lecz komplementarne opowieści.”
Dzisiaj, wyraźnie ujawnia się paląca potrzeba wymiany tych opowieści. Przeszliśmy na wyższy poziom konfrontacji, już nie wyszukujemy dziadków z Wehrmachtu, lecz mierzymy narodową prawowierność. Jednak po XX wieku nikt nie ma prawa bagatelizować takich czynów, a choćby i samych słów. Od słów Hitlera w piwiarniach Monachium zaczął się nazizm.
Zacznijmy słuchać się nawzajem i odkrywać nieznane światy tuż za ścianą, w jednym kraju, zanim ktoś któregoś z nich nie wymaże z mapy. Dojdźmy razem, choć różnymi drogami, do Polski – kłębka różnobarwnych nici.