skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Zagranica

Udało się podładować baterie Robert Więckowski

Z europosłem Platformy Obywatelskiej Rafałem Trzaskowskim, organizatorem konkursu dla dzieci niewidomych i niesłyszących „Magiczna Europa”, rozmawia Robert Więckowski

Robert Więckowski: Zauważył Pan stołeczne dzieci i młodzież z niepełnosprawnością, zorganizował dla nich konkurs. Jak do tego doszło?
Rafał Trzaskowski: - Zaczęło się od Internetu, od, jak się nam wydawało, ogromnego wyzwania, czyli próby dostosowania mojej strony internetowej do potrzeb osób niepełnosprawnych. Wymyśliliśmy to, zrobiliśmy, okazało się, że to nie jest wcale takie trudne, a we mnie zrodziło się przekonanie, że na tym nie mogę skończyć spotkania z niepełnosprawnymi, że warto zrobić coś jeszcze. Nawiązaliśmy więc kontakt z młodzieżą z dysfunkcjami wzroku i słuchu, zorganizowaliśmy spotkania poświęcone Unii Europejskiej odkrywając przy tej okazji, że Ci młodzi ludzie szalenie żywo reagują na takie propozycje, że ogromnie się angażują. A skoro tak, to ogłosiliśmy konkurs i postanowiliśmy zaprosić ich do Brukseli.

R.W.: - Zdecydował się Pan na dwie kategorie: fotografia i literatura. Zapamiętał Pan coś szczególnego z tych prac, coś Pana zafrapowało, urzekło, zaskoczyło?
R.T.: - Zdjęcia, najbardziej zapadły mi w pamięć zdjęcia. Niektóre były absolutnie, że tak powiem, powalające (śmiech). Ogromne wrażenie zrobiły na mnie na przykład fotografie gór, może dlatego, że sam jestem ich miłośnikiem, ale takie świeże spojrzenie na panujący w nich spokój, na ich majestat było zupełnie niezwykłe. Chcę jednak podkreślić, że wszystkie prace były warte uwagi, i że naprawdę nie spodziewałem się, iż odzew będzie aż tak duży.

R.W.: - Konkurs został nazwany „Magiczną Europą”. Dlaczego?
R.T.: Chciałem, żeby było to interesujące dla tych młodych ludzi, by Europa, o której miał opowiadać konkurs, została pokazana przez pryzmat ich wyobraźni, emocji, w sposób odpowiadający ich wrażliwości. Miało być trochę mito-magicznie, a nie prozaicznie, bo to jest po prostu ciekawsze, gdy ma się kilkanaście lat.

R.W.: - Organizując konkursy zwykle ma się jakiś cel, zazwyczaj nie chodzi tylko o rozdanie paru nagród. Co było ważne dla Pana?
R.T.: - Bardzo zależało mi na tym, żeby pokazać Zjednoczoną Europę w jej samym sercu, żeby zabrać na wycieczkę do Brukseli grupę niepełnosprawnej młodzieży, stworzyć jej możliwość osobistego zetknięcia z Unią, i przekonać, że hasło „Europa bez barier”, to nie tylko slogan, ale że wprowadza się je w życie. Oprócz pracy w Parlamencie Europejskim jestem też wykładowcą akademickim, i czasami organizuję wyprawy do Brukseli dla moich studentów. Tym razem zależało mi, aby stworzyć taką samą szansę dla młodzieży z dysfunkcjami wzroku i słuchu.

R.W.: - Skąd w ogóle ten pomysł, by zabierać dzieciaki do Brukseli?
R.T.: - Wykorzystuję możliwość, jaką daje sam Parlament Europejski. Każdy z posłów może zapraszać do Brukseli różnych ludzi, i to już od nas zależy, czy skorzystamy z tej możliwości, czy nie, gdyż cała organizacja takich przedsięwzięć leży po stronie parlamentarzysty i jego biura. Większość z posłów zaprasza swych gości do Europarlamentu, przy czym niektórzy skupiają się głównie na środowiskach politycznych czy samorządowych, a inni postanawiają dostrzec także inne grupy.

R.W.: - W trakcie spotkania w Brukseli, a z tego, co wiem, to także wcześniej, opowiadał Pan niewidomej i niesłyszącej młodzieży o Unii Europejskiej. Łatwo mówić o takich sprawach tak młodym ludziom?
R.T.: - Jak już wspomniałem, jestem wykładowcą akademickim, a oprócz tego prowadziłem także lekcje o Unii dla licealistów czy na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Jestem więc przyzwyczajony do różnorodnego audytorium i wiem, że do różnych grup trzeba mówić trochę inaczej. W trakcie spotkania w Brukseli miałem jednak pewien problem – oto na jednej sali znalazły się osoby niedowidzące, niedosłyszące, niewidome, głuchonieme, młode i całkiem dorosłe, a ja chciałem mówić tak, by dotrzeć do każdego. I, szczerze powiem, to nie było dla mnie łatwe, tym bardziej, że nie miałem wcześniej takiego spotkania, nie wiedziałem, czy mówić wolniej, czy szybciej, głośniej, ciszej i w sumie czułem się na początku nieco usztywniony. Aż w końcu zrozumiałem, że niepotrzebnie się martwię, bo nie ma żadnej różnicy, że jest to zupełnie zwyczajna grupa, musiałem się jednak tego nauczyć. Ten konkurs, ten cały projekt, jest więc też nauką dla nas, pełnosprawnych. Dzięki temu uczymy się swobody i naturalności w zetknięciu z niewidomymi czy niesłyszącymi, zdobywamy ważną wiedzę.

R.W.: - Potrafi się Pan już śmiać ze swych minionych obaw…
R.T.: - Ja w ogóle lubię się śmiać i robię to naprawdę często.

R.W.: - A co Pan najbardziej zapamiętał z tego wspólnego spotkania z niewidomą i głuchoniemą młodzieżą?
R.T.: - Entuzjazm tych młodych ludzi, ogromny entuzjazm. Zrozumiałem, że te dzieciaki niczym się nie różnią od swych pełnosprawnych rówieśników, że są tak samo otwarte i ciekawe. Wcześniej myślałem, że ten świat jest dużo bardziej zamknięty, że ta młodzież będzie dużo bardziej powściągliwa w swym zachowaniu, że będzie niespecjalnie zainteresowana tym, co dzieje się w Parlamencie Europejskim. A zobaczyłem niezwykle entuzjastycznych, zainteresowanych Europą ludzi i było to dla mnie szalenie pozytywne doświadczenie.

R.W.: - Czy będzie zatem druga odsłona konkursu?
R.T.: - Tak, z pewnością tak. Zastanawiamy się cały czas, jak podtrzymać nawiązany kontakt, bo wszyscy podładowaliśmy sobie baterie dzięki temu konkursowi i nie chcemy kończyć na jednej edycji. To naprawdę ważne, by nie tylko mówić sztampowo, że Europa otwiera się na niepełnosprawnych, ale zrobić coś, nawet najmniejszego, by dowieść prawdziwości tych słów. Będzie więc kolejna odsłona, a my znowu podładujemy sobie baterie.

R.W.: - To przejdźmy do spraw bardziej europejskich. Czy jest coś, o czym w związku z UE, powinny pamiętać osoby niepełnosprawne?
R.T.: - Chciałbym, żeby pamiętały o otwartości Unii Europejskiej, o tym, że jest w niej miejsce dla każdego, że rzeczywiście wprowadza się tu w życie hasła „Europy bez barier”. Chciałbym, żeby wiedziały, że głuchoniemi czy jeżdżący na wózkach inwalidzkich parlamentarzyści są w Brukseli traktowani tak samo, jak ich pełnosprawni koledzy, że wszędzie w Parlamencie Europejskim są udogodnienia dla niepełnosprawnych, jak na przykład podjazdy czy brajlowskie napisy w windach lub kontrastowe pasy przy schodach. Że robi się tu naprawdę dużo, by pomagać osobom niepełnosprawnym w wychodzeniu z niszy społecznej, w której niejednokrotnie tkwią.

R.W.: - I są na to pieniądze?
R.T.: - Dla Unii Europejskiej jest to jeden z priorytetów, są więc na to pieniądze i to naprawdę duże. To różni Unię od Polski. U nas, mam wrażenie, bariery mentalne udało się już wielokrotnie przełamać, często jest nawet wola, by wprowadzać te czy inne udogodnienia, ale brakuje pieniędzy, a jest to zauważalne szczególnie teraz, w trakcie kryzysu.

R.W.: - To porozmawiajmy o tych udogodnieniach. W Europarlamencie powstał projekt dokumentu zobowiązującego producentów różnych towarów, nie tylko leków, do umieszczania napisów brajlowskich na opakowaniach. Czy można liczyć na Pańskie wsparcie w tej sprawie?
R.T.: - Już podpisałem tę deklarację, teraz czekamy na zebranie koniecznej liczby podpisów. Będą one zbierane przez trzy miesiące, tak jest to uregulowane w Parlamencie Europejskim i, miejmy nadzieję, uda się je zebrać. Jeśli się tak stanie, będzie to czytelny sygnał dla Komisji Europejskiej, że trzeba podjąć działania w tej sprawie.

R.W.: - A co z europarlamentarną intergrupą do spraw osób niepełnosprawnych? Czy pojawią się w niej polscy przedstawiciele?
R.T.: - Będziemy o tym rozmawiali zaraz po Świętach Wielkanocnych. To będzie czas planowania naszej pracy na drugą połowę roku i będziemy się zastanawiali, co zrobić, by trafił tam choć jeden Polak.

R.W.: - Europarlament to, wielu osobom tak się wydaje, już bardzo daleko i wysoko. Czy z tej perspektywy widać sprawy zwykłych ludzi?
R.T. – Zdecydowanie tak, my naprawdę staramy się być blisko naszych wyborców. To właśnie w Brukseli zapada przecież prawie 70 procent decyzji, które stają się później prawem krajowym; decyzji dotyczących nie tylko spraw, nazwijmy to tak „wielkich”, ale i tych dotyczących bezpośrednio pojedynczego człowieka. A poza tym europosłowie starają się utrzymywać kontakt ze swymi wyborcami. Jesteśmy przecież wybierani w wyborach bezpośrednich, jeśli więc się nie sprawdzimy, ludzie nas nie poprą w czasie kolejnej elekcji. Dlatego też na przykład ja połowę tygodnia pracuję w Brukseli, a drugą w swoim okręgu, w Warszawie.

R.W.: - Co jest najtrudniejsze w pracy europosła?
R.T.: - Chyba to ciągłe siedzenie na walizkach, te niekończące się przeloty na trasie Warszawa – Bruksela. Oczywiście wszyscy lubimy podróżować, poznawać nowe miejsca i ludzi, to jest szalenie fajne, ale z drugiej strony czasem łapię się na tym, że nie wiem, gdzie zostawiłem te czy inne dokumenty, notatki. Ta praca wymaga sporej odporności, nawet w mojej sytuacji, a ja przecież zajmuję się Unią Europejską od kilkunastu lat. Pięć lat wcześniej, zanim zostałem posłem, pracowałem w Brukseli jako doradca, znam tu mnóstwo ludzi, posługuję się kilkoma językami i nigdy nie czułem się zagubiony w Europarlamencie. Zbyt częste podróże nie ułatwiają jednak życia. Nie zawsze też, gdy przychodzi poniedziałek, łatwo jest wytłumaczyć wiszącym u nogawki dzieciom, że tata musi znowu wyjechać i że wróci dopiero za kilka dni.

R.W.: - A największy plus z bycia europosłem?
R.T.: - To, że nie ma nudy, że zawsze można znaleźć coś dla siebie. Nawet, gdy czujemy się zmęczeni jakimś tematem, to możemy od niego na trochę odpocząć i skupić się na innej sprawie, a potem wrócić do odsuniętej na bok kwestii. Poseł ma ten komfort, że jest panem swego czasu, że ma możliwość wyboru priorytetów, że osobiście decyduje na czym w danym czasie chce się skoncentrować. Oczywiście nie ma zupełnej samowolki, na samym początku w ramach grupy, dzielimy się sprawami, które będziemy nadzorować i z tego trzeba się wywiązać. Trzeba przy tym być pracowitym, bo oczywiście można się tu, w Brukseli, jak w każdym parlamencie, obijać, ale wówczas nikt się z taką osobą nie liczy, ona nie ma żadnego wpływu na pracę swojej grupy, nie mówiąc już o całym Europarlamencie.

R.W.: - Dla Pana Europa rzeczywiście jest magiczna?
R.T.: - Jest, naprawdę jest. Jest ciekawa, różnorodna i naprawdę otwarta i dobrze byłoby, żebyśmy wszyscy się tego uczyli, żebyśmy byli tak samo różnorodni i otwarci jak Europa.