skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Słowo spętane w pomnikach Grzegorz Dudziński

Śmierć Papieża Jana Pawła II opłakiwała cała Polska. Dziś nie ma miasta bez ulicy czy szkoły nazwanej Jego imieniem. Bez mniej lub bardziej udanego pomnika czy choćby tablicy pamiątkowej. Albumy i kalendarze z Naszym Papieżem są dodawane zarówno do poważnych tytułów prasowych świeckich czy katolickich, jak i do bulwarowej prasy najpodlejszego gatunku. Co roku 2 kwietnia o godz. 21.37 wielu z nas zapala świeczkę w oknie dla Wielkiego Polaka. Czy jednak pamiętamy Jego słowa?
Rok 1978… Osiem lat po tym, jak komunistyczna władza strzelała na Wybrzeżu do stoczniowców. Dwa lata po słynnych „ścieżkach zdrowia” w Radomiu. Polacy tracą nadzieję na odzyskanie wolności, na pełną suwerenność kraju. Próbowali przecież już tyle razy. Niektórzy nie tracą nadziei – działa Komitet Obrony Robotników, okruchy wolności płyną z zagłuszanej przez władze „Wolnej Europy”. To jednak wciąż mało. Wierzą tylko ci najbardziej niezłomni. Naród jako całość traci wiarę w to, że jeszcze kiedyś staniemy się wolnym krajem. Że będziemy mieszkać w swoim własnym domu, bez stałego nadzoru Wielkiego Brata. Chyba tylko cud mógłby wyrwać ten naród z apatii i zniechęcenia.
I taki cud się dzieje. Dnia 16 października 1978 ze Stolicy Piotrowej płynie niesamowita wiadomość – po raz pierwszy w dziejach Kościoła Katolickiego Papieżem został Polak! Góral z Wadowic, Karol Wojtyła od tego dnia znany będzie światu jako Jan Paweł II! Przywódcą katolickiego świata staje się przedstawiciel narodu zza żelaznej kurtyny! Po prostu cud! Nigdy wcześniej i nigdy potem nie widziałem, żeby mój ojciec płakał. W ten październikowy dzień płakał i nie wstydził się swoich łez. Wtedy do wszystkich polskich domów wróciła nadzieja.
Niemal rok później Jan Paweł II odwiedza ojczyznę. 2 czerwca na Placu Zwycięstwa w Warszawie z Jego ust płyną pamiętne słowa: „Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi... tej ziemi!” To właśnie te słowa stały się ciałem w postaci pierwszej, niewinnej, idealistycznej „Solidarności”. To właśnie Jan Paweł II powtarzał „Nie ma wolności bez „Solidarności”. Na tym jednak nie kończył. „Nie ma solidarności bez miłości, bez przebaczenia”.
Przyjazdy Papieża do Polski w latach pierwszej „Solidarności” stawały się wielkimi manifestacjami. Były festiwalem wolności. Czy aby już wtedy nie zaczęliśmy traktować Jana Pawła II nieco przedmiotowo? Nawoływał do tego, aby iść pod prąd, a my płynęliśmy przed siebie wielką rzeką wolności. Papież nawoływał do burzenia murów – a my burzyliśmy tylko te mury na zewnątrz. Nie widzieliśmy murów, które zaczynały rosnąć w sercach, w umysłach...
Wtedy, w tamtych czasach, podział był oczywisty. Jak w klasycznym westernie byli źli – ludzie reżimu komunistycznego i dobrzy – ci związani z „Solidarnością”. Ci godni pogardy i ci rycerze w lśniącej zbroi. Czy właśnie w taki sposób miała nastąpić zmiana oblicza tej ziemi? Czy Papież, wypowiadając te słowa podczas swojej pierwszej pielgrzymki mówił tylko do garstki wybrańców, „obrońców królestwa bez kresu i miasta popiołów”? Nie – on mówił do nas wszystkich! Nikogo nie odrzucał, nikogo nie potępiał! Rozumując inaczej należałoby założyć, że adresatem słów Jana Pawła II byli tylko członkowie 10-milionowej „Solidarności”, podczas gdy trzy czwarte reszty narodu została wykluczona. Tak założyć nie wolno – a jednak tak chyba rozumieliśmy te słowa.
Jan Paweł II często wzywał do miłości bliźniego, do przebaczenia. Dał temu wyraz, kiedy sam wybaczył swojemu niedoszłemu zabójcy. Tymczasem w latach stanu wojennego podzieliła nas nienawiść. Nie była to niezgoda na złe czyny, złe decyzje, złe wybory. Była to nienawiść w czystej formie, adresowana do konkretnych osób. Takim znienawidzonym symbolem reżimu stał się generał Wojciech Jaruzelski. „Naród ginie, gdy znieprawia swojego ducha, naród rośnie, gdy duch jego coraz bardziej się oczyszcza i tego żadne siły zewnętrzne nie zdołają zniszczyć” – mówił Papież w homilii wygłoszonej na Jasnej Górze (19 czerwca 1983). Po latach spokojny emeryt rzucił kamieniem w głowę generała Jaruzelskiego. Czyż nie jest to widoczny skutek czerpania przez lata z zatrutej studni? Zamiast walczyć ze złem w sobie, wokół siebie praprzyczynę całego zła ten nieszczęsny człowiek spersonifikował w osobie znienawidzonego generała. Zupełnie inaczej, niż nauczał Jan Paweł II.
Nie jest to zresztą jedyny przykład na to, że nie byliśmy w stanie przeskoczyć poprzeczki ustawionej bardzo wysoko przez Naszego Papieża. To on podjął dialog z Judaizmem, modlił się w synagogach, podjął dialog z Żydami. Szanował ich religię, podobnie jak szanował inne wyznania i innych wyznawców. Cóż na to ultraprawicowe ugrupowania, które powstały już w wolnej Polsce? Jak się do tego mają antysemickie treści płynące z toruńskiej rozgłośni Ojca Rydzyka? W tych wypowiedziach Żydzi nie byli już „starszymi braćmi w wierze”, znowu byli powodem całego zła, które panowało wokół nas… Gdzie zniknęła miłość dla innego człowieka, szacunek, potrzeba samodoskonalenia się? Czyż nie o to apelował do nas Ojciec Święty? „Potrzeba nieustannej odnowy umysłów i serc, aby przepełniała je miłość i sprawiedliwość, uczciwość i ofiarność, szacunek dla innych i troska o dobro wspólne, szczególnie o to dobro, jakim jest wolna Ojczyzna.”
Od chwili przełomu w 1989 roku Jan Paweł II był nieustannie orędownikiem wolnej Polski. Podkreślał konieczność ciągłej pracy nad sobą, nad krajem, ale nigdy nie podważał suwerenności i autentycznej wolności Polski. „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie” śpiewają nadal ludzie związani ze skrajną prawicą. Sączona przez lata nienawiść sprawia, że wielu ludzi nie potrafi cieszyć się odzyskaną wolnością. Nadal wolą widzieć wokół siebie ten czarno-biały podział na złych i dobrych. „Tu stoimy my, a oni stoją tam, gdzie stało ZOMO”, prawda? My – obrońcy prawdziwej i jedynej wiary, prawdziwego i jedynego krzyża. Prawdziwi Polacy. Oni – ci, którzy nasz krzyż i naszego Boga chcą nam odebrać. Oni – ci gorsi i godni potępienia.
Wolność w słowach Jana Pawła II nikogo nie raniła. Była obowiązkiem, wyzwaniem, odpowiedzialnością. Miała swoje granice – chociażby w odniesieniu do życia i wolności innych ludzi. „Prawo do życia nie jest tylko kwestią światopoglądu, nie jest tylko prawem religijnym, ale jest prawem człowieka” - nauczał Jan Paweł II podczas pielgrzymki do Polski w 1987 roku. Nie tylko wtedy – przy wielu okazjach w sposób jednoznaczny i stanowczy bronił prawa do życia od chwili poczęcia. Był przeciwnikiem aborcji i niszczenia zarodków podczas zapładniania „in vitro”. Tymczasem najgorętsze spory polityczne w wolnej Polsce wybuchały właśnie wokół tych spraw! Liberałowie i środowiska lewicowe podkreślały prawa kobiety do rozporządzania swoim ciałem, swoim życiem. Prawa żyjących stawiały ponad prawami tych jeszcze nienarodzonych. Wszystkich przeciwników aborcji, in vitro (podobnie zresztą eutanazji) ci piewcy człowieczej wolności ustawiali na półeczce zatytułowanej: „Ciemnogród”. Na tą samą półeczkę, do tego samego pudełka podświadomie wstawiali też Jana Pawła II, choć nikt o tym głośno nie odważył się powiedzieć.
Dlaczego? Myślę, że zadziałał tutaj mechanizm z gombrowiczowskiej „Ferdydurke”. Tam nauczycielka pyta ucznia, za co kochamy Juliusza Słowackiego. Jedyna prawidłowa odpowiedź brzmiała – Kochamy Juliusza Słowackiego, bo wielkim poetą był. Nie za wiersze i poematy, nie za życie. Kochamy, bo wielkim poetą był. I tyle! Zaklętym w posąg symbolem, którego słów nie trzeba znać i rozumieć. Podobnie działo się i dzieje ze słowami naszego Wielkiego Rodaka. Nie musimy czytać Jego książek, wierszy, kazań. Starcza nam świadomość Jego wielkości. Zamiast coraz to nowych wyzwań, wysiłku, doskonalenia się - błoga, nieco jarmarczna odpustowość? Obrazek z Wielkim Polakiem na ścianie, zamiast przeczytanej Jego książki. Tak żyje się wygodniej, ale czy naprawdę „kochamy Jana Pawła II, bo wielkim papieżem był?” I na tym koniec?