skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Sam to przeżyłem Sylwester Peryt

Moje wspomnienia związane z III Pielgrzymką do Polski (1987 r. – dop. red.) największego naszego rodaka są szczególne. Szczególne, bo też i wyjątkowo ten okres przeżywałem. Od dłuższego czasu marzyłem, aby „Niewidomy Spółdzielca”, w swoim jubileuszowym roku, miał akredytowanego dziennikarza przy obsłudze prasowej tego istotnego dla wszystkich Polaków wydarzenia. Niestety, tak się nie stało. Splot różnych wydarzeń okazał się dla nas jednak korzystny — zostałem akredytowany przez Zakład Wydawnictw i Nagrań PZN jako przedstawiciel wydawnictw dla niewidomych. (…)
Trudno jest mi opisać radość z otrzymania akredytacji przy Pielgrzymce. Jak największy talizman trzymałem przy sobie kartę akredytacyjną i torbę reklamową z napisami „Centrum Prasowe” po jednej stronie i „Agencja Interpres” po drugiej.
A w torbie miałem już pierwsze materiały dotyczące wizyty. W zasuwanej na zamek błyskawiczny kieszonce trzymałem swoje dokumenty i rzecz wyjątkowo cenną — zaproszenie na spotkanie twórców kultury z Ojcem Świętym w kościele Św. Krzyża w Warszawie. Na to spotkanie można było się dostać wyłącznie z tym zaproszeniem, sama karta nie uprawniała do wejścia. (…)
Po wysłuchaniu transmisji z powitania naszego Czcigodnego Gościa na lotnisku Okęcie, postanowiłem pójść w okolice kościoła Św. Anny i Placu Zamkowego, by nagrać trochę rozmów z ludźmi oczekującymi na przejazd Ojca Świętego. Zawiesiłem więc na szyi kartę akredytacyjną i magnetofon, na ramieniu swoją drogocenną torbę, w rękę wziąłem laskę i ruszyłem do działania. Zależało mi, by dostać się przed główne wejście do Zamku, bo tam oczekiwały Ojca Świętego dzieci z Lasek. Ciekawy byłem, jak też one będą witać Pielgrzyma. Gdy wysiadłem z tramwaju przy Starym Mieście okazało się, że muszę sforsować pierwsze służby porządkowe. Oblizałem się na myśl, jak to będą pierzchali na widok mojej karty. Skręciłem więc raźnym krokiem w prawo, ale przed schodami milicjant zaczął mnie legitymować. Długo oglądał kartę, poprosił o dowód osobisty, a na koniec powiedział, że nie przepuści i odesłał na drugą stronę, gdzie kłębił się ogromny tłum ludzki. W końcu dotarłem do barierki odgradzającej miejsce dla ludzi od trasy przejazdu przy Krakowskim Przedmieściu. Ludzie stale śpiewali pieśni religijne i modlili się. Udzieliło mi się to ogólne wzruszenie. Wydawało mi się czymś niewłaściwym w takim momencie nawiązywać rozmowę z pierwszymi napotkanymi. Mimo że nic nie widziałem, coś mocno ściskało mnie za gardło, gdy wzmagały się oklaski i jak przez mgłę słychać było warkot silników motocykli i samochodów. Nie miałem możliwości wydobycia z siebie pełnego głosu, by krzyknąć jak wszyscy: „Niech żyje papież!”. W chwilę po przejeździe papieskiej kolumny zacząłem przedzierać się przez kordon ludzi, gdyż byłem umówiony z moim przewodnikiem, redaktorem Jurkiem Kłosińskim, w centrum prasowym w Interpresie. Wydostałem się pod barierkami na ulicę. Tam wpadłem w ramiona porządkowego, tym razem miłego młodego człowieka, który zaoferował mi pomoc w dojściu. (…)
Miałem ogromne pragnienie szukania niewidomych podczas tej pielgrzymki, doznania z nimi bliskości. Interesowało mnie czy wezmą jakiś istotny udział w uroczystościach, czy będzie się o nich jakoś szczególnie wspominać. Moje pragnienia niekiedy były zaspokajane. Na przykład w Tarnowie Ojciec Święty udzielał Komunii Św. delegacji miejscowego środowiska niewidomych. W Gdańsku podczas spotkania z chorymi w Bazylice Mariackiej odnalazłem grupkę niewidomych. Była tam między innymi uczennica szkoły podstawowej w Laskach, Jasia Pawłowska, która brajlem napisała wiersz na powitanie Ojca Świętego i ten nietypowy podarunek chciała mu wręczyć osobiście.
Miałem przeczucie, że być może w Gdańsku uda mi się choć otrzeć o Ojca Świętego. Ale gdzie tam, nie pozwalali ruszać się z miejsc już na pół godziny przed przybyciem papieża do bazyliki. A jednak moje marzenie miało się spełnić i to zupełnie nieoczekiwanie. Bez przesady uważam to za zrządzenie Opatrzności.
Gdy jechaliśmy z Krakowa do Gdańska, pociąg na kilkanaście minut zatrzymał się w Warszawie. (…)
Odłączyłem się od grupy, a po krótkim powitaniu w domu, jak na skrzydłach pobiegłem do kościoła Św. Krzyża. (…)
Wpuścili nas do środka kościoła. Tam ktoś zobaczywszy laskę ustąpił mi miejsca. Czułem się trochę nieswojo, gdy wokół słyszałem głosy sławnych artystów. Pani Kalina Jędrusik żartowała z Lucjanem Kydryńskim, że do niego to na pewno papież podejdzie przywitać się, są starymi znajomymi. W pół godziny po planowanym rozpoczęciu spotkania wyczułem tak znajome poruszenie. Usłyszałem gromkie „Gaude Mater Polonia", a potem Ojciec Święty wszedł do kościoła. Najpierw przeżegnał się w bocznej kaplicy, po czym ruszył w stronę ołtarza. Jan Paweł II nie poszedł bezpośrednio do przygotowanego dla siebie miejsca. Przechodził wolno wzdłuż nawy i serdecznie witał się z wieloma przybyłymi na spotkanie. W pewnym momencie i obok siebie wyczułem radosne podniecenie. Ludzie zaczęli cisnąć się do liny oddzielającej przejście od miejsc przybyłych. Już całkiem blisko usłyszałem urywane słowa „Ojcze Święty, tu Stenia Górska, módl się za mnie!”, „Ojcze Święty, kochamy Cię” itp. Pomyślałem z żalem: szkoda, że nie widzę, może i ja bym mógł w odpowiednim momencie wyciągnąć rękę i dotknąć chociaż szaty Ojca Świętego. Wtem ktoś mnie popchnął do przodu. Jakiś miły kobiecy głos zwrócił się do księdza prymasa: „Księże prymasie, tu jest jeszcze niewidomy". Ksiądz prymas zareagował natychmiast „Niewidomy! Ojcze Święty, tu jeszcze niewidomy pan”. Poczułem w prawej dłoni dłoń z pierścieniem, a na czole rękę i palec wykonujący znak Krzyża Świętego, taki jak robimy naszym dzieciom przy chrzcie. Usłyszałem: „Szczęść Boże, niech Pan Bóg błogosławi”. A co ja wtedy miałem powiedzieć, przecież to taka króciutka chwila. Niespodziewana. Ze wzruszeniem wypowiedziałem tylko: „Ojcze Święty proszę o modlitwę za niewidomych”. Ktoś odprowadził mnie do miejsca poprzednio zajmowanego. Poczułem w ręce jakiś pakuneczek i usłyszałem młodą dziewczynę, która wzruszonym głosem ze łzami powiedziała: „Tu jeszcze ma pan różaniec od Ojca Świętego”. Schowałem wstydliwie skajowe etui z zawartością do kieszeni. Dłuższy czas nie miałem śmiałości dotykać tego, co otrzymałem. Dopiero w domu, na spokojnie zacząłem oglądać dar. Bardzo długo obwodziłem delikatnie palcami postać Jezusa na krzyżyku przy różańcu. Dotychczas krzyżyki, które miałem w rękach, były do siebie podobne. Od dziecka wiedziałem, że jest to symbol Pana Jezusa Ukrzyżowanego i Jego męki. Po prostu wiedziałem, bo gdy dotykałem figurki przytwierdzonej do krzyżyka nie miałem odczucia, że przedstawia ona ciało umęczone. A ten Chrystus na papieskim różańcu od razu zrobił na mnie wielkie wrażenie. Pod palcami wyczułem zwieszaną na piersi głowę, nogi ugięte w kolanach i nieco rozchylone pod ciężarem bezwładnego ciała, w wygięciu poprzecznej belki Krzyża przytwierdzone napięte i wykręcone ręce. Ten Krzyż w pełni oddaje mękę. Jest on kopią tego, który widnieje na papieskim pastorale.
Słowami błogosławieństwa, które zostały skierowane do mnie, pragnę podzielić się ze wszystkimi niewidomymi. Pragnę też zachęcić Was Drodzy Czytelnicy do zagłębienia się w treść papieskich rozważań przekazanych nam podczas tej pielgrzymki. Jest tu mnóstwo stwierdzeń, które jak ulał pasują właśnie do naszego środowiska, do należytego pojmowania godności człowieka, godności pracy ludzkiej i solidarności między nami.
(fragmenty przedrukowane z „Niewidomego spółdzielcy” nr 9/10 1987 r.)