skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Trudne wyzwanie, wielka radość Marta Kanarek

Czy łatwo być niewidomą mamą, dbać o dom, studiować, przyjmować na siebie wiele ról w ciągu jednego dnia? Czy polskie społeczeństwo pomaga niewidomym mamom? Czy można się odnaleźć wśród tylu obowiązków i nie być postrzeganym przez innych jako ktoś nieudolny i niezaradny?
Wiele razy zadawałam sobie te pytania, szczególnie w chwilach zwątpienia, gdy nie mogłam osiągnąć tego, co chciałam. Często czułam się niepewnie, często wielu ludzi próbowało mnie przekonać, że na pewno nie dam sobie rady z tym, co mnie czeka. Przeszłam przez wiele trudności i problemów. Dałam radę. Moje dziecko ma ponad rok i wiem, że mimo wszystko jestem w stanie sprostać najróżniejszym wyzwaniom jako matka, żona i studentka. Nie powiem, że to łatwe, ale nie jest to coś, czego nie da się zrobić.
Już na początku, po zajściu w ciążę, wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, co teraz będzie i jakie zmiany mnie czekają. Słuchałam słów wielu doświadczonych matek, ale większość z nich po wygłoszeniu paru mądrych uwag wzdychała i pytała: - Ale jak Ty sobie dasz radę? Przecież nie widzisz. Przekonywałam wtedy wszystkich naokoło i samą siebie, że jakoś to będzie, że nie jestem przecież pierwszą niewidomą mamą. Zarażałam optymizmem, ale czułam, że moja wiedza na temat wychowania dzieci jest mocno niekompletna i nieuporządkowana. Zmieniło się to dopiero, gdy zapisałam się do szkoły rodzenia, choć i tam nie od razu było łatwo. Na początku położna była mocno zdezorientowana i zupełnie nie wiedziała, jak mi pomóc. Wystarczyła jednak odrobina dobrej woli i już po niedługim czasie znalazłyśmy rozwiązanie, ustaliłyśmy wspólnie jak prowadzić zajęcia, by mi wszystko pokazać i wyjaśnić. Miałam dużo szczęścia - położna prowadząca kurs w szkole rodzenia wykazała się kreatywnością i otwartością, a to nie zawsze się zdarza. Dzięki niej nauczyłam się pielęgnacji noworodka, co oczywiście nie znaczy, że wszystko wiedziałam. Przewijanie lalki różni się od przewijania noworodka, ale była już jakaś podstawa, był grunt, z którego można startować. Gdy pojawia się maleństwo, wydaje się tak kruchutkie i małe, że boimy się zrobić mu krzywdę. To normalne. Bardzo dużo znaczy w takiej sytuacji inicjatywa ze strony personelu szpitala. W tym przypadku również miałam szczęście, mojemu mężowi udało się wyjaśnić wszystkim, na czym mi zależy i jak mi pomagać. Nikt mnie więc nie wyręczał, uczono mnie za to, jak przewijać dziecko, jak je pielęgnować i jak przystawiać do piersi. Ta wiedza zaowocowała po powrocie do domu. Od razu byłam w miarę samodzielną mamą, a to ważne, gdyż nie każdy niewidomy rodzic może liczyć na pomoc mamy, cioci, babci czy jakiejkolwiek bliskiej osoby.
Horrorem okazały się jednak wizyty w przychodniach, zwłaszcza gdy szłam ze skierowaniem na badanie – USG bioderek czy główki, wizyta u ortopedy lub okulisty. Po wejściu do przychodni przytłaczał mnie tłum, topografia tego miejsca była nie do przyswojenia – korytarze kręte, wokół pełno ludzi. Dodatkowo osoba, która przychodziła ze mną, by mi pomóc, traktowana była jak mama dziecka, a na mnie zupełnie nie zwracano uwagi. To było nie do zniesienia, więc by zapobiec takim sytuacjom, po wejściu do gabinetu lekarskiego od razu mówiłam, że to ja jestem mamą i przyszłam z osobą do pomocy. Przeważnie to doskonale działało i lekarz pytał o wszystko mnie, zwracał się bezpośrednio do mnie. Bo kto może wiedzieć o dziecku więcej niż jego własna mama?
Kolejnym krokiem w mojej karierze mamusi były spacerki. Przychodziła do mnie opiekunka, a czasem ktoś ze znajomych i wtedy wychodziłam na spacer z wózkiem, ale gdy byłam zdana na samą siebie i musiałam coś koniecznie załatwić, wkładałam dziecko do nosidełka i wychodziłam z domu. Byłam nastawiona na różne reakcje. Tych wrogich i nieprzyjemnych na szczęście nie było zbyt wiele, ale wiem, że społeczeństwu zwykle nie mieści się w głowie, że niewidoma mama najzwyczajniej w świecie wyszła na spacer ze swoim maleństwem. Część ludzi z kolei przyjmuje do wiadomości noszenie malucha w nosidełku, ale po chwili namysłu dodają: „Ok, fajnie, a co będzie, jeśli Twoje dziecko zacznie chodzić?” W porządku, odpowiadam wtedy spokojnie, że łatwo nie będzie, ale przecież na pewno jest jakiś sposób, by utrzymać swoją pociechę w ryzach, by nie uciekła. Można użyć choćby szelek. Spotkałam się z mieszanymi opiniami na ten temat, nawet raz ktoś mi powiedział, że to niedopuszczalne, bo dziecko prowadzi się wtedy jak zwierzę, ale ja się z tym nie zgadzam.
Opieka zdrowotna i spacery to nie jedyny problem, z jakim się zetknęłam. Mimo wychowywania dziecka chciałam również studiować. Było dla mnie ważne, by się rozwijać, chciałam kontynuować studia, które zaczęłam przed porodem. I tak po porodzie i jakim takim wypoczynku z systemu wieczorowego przeniosłam się na zaoczny. Wykładowcy byli wyrozumiali, gdy czasem miałam nieobecności, o ile oczywiście nie powtarzało się to zbyt często. W ciągu dnia wkładałam dziecko do leżaczka, bujałam je cierpliwie, a przy tym się uczyłam. Byłam przekonana, że do malucha trzeba dużo mówić, więc czasem opowiadałam o tym, czego się nauczyłam. W ten sposób powtarzałam sobie materiał i przygotowywałam się na weekendowe zjazdy. Bardzo mi przy tym wszystkim pomogło wsparcie męża. Jeśli bowiem trafiały się dni, w których nie mogłam się uczyć, bo maleństwo było zbyt absorbujące, mąż zajmował się dzieckiem wieczorem, a ja siadałam do książek.
Z czasem moja pociecha stała się bardziej mobilna – zaczęła raczkować, a potem chodzić. Bałam się tego momentu, nie wiedziałam co zrobić, myślałam, że będę musiała jej ciągle pilnować i chodzić za nią krok w krok. Nie chciałam jednak ograniczać jej wolności. Tak mijał dzień za dniem, powoli uczyłam się wszystkiego. Z czasem nabrałam takiej wprawy, że będąc w kuchni, byłam w stanie stwierdzić, co robi moje dziecko w pokoju. Gdy brzdąc dotykał czegoś, czego nie powinien – komputera, drukarki, kabli lub butów w przedpokoju – wołałam, a gdy nie działało, podchodziłam i znajdowałam maluszkowi coś innego do zabawy, jakieś inne zajęcie. Moja córcia miała też kupione przypadkiem grzechoczące buciki, co moim zdaniem sprawdza się lepiej, niż przyczepienie dziecku dzwoneczka (dzwoneczek może był popularny swego czasu, ale do mnie osobiście ta metoda nie przemawia). Oczywiście, bucik można zgubić, ale i tak jest to przydatna rzecz. Nawet widzące mamy kupują dzieciom takie buciki, oczywiście z innych powodów.
Opieka nad dzieckiem to niełatwa sprawa. Wiele jest do zrobienia, wielu rzeczy brakuje. Choćby poradników dla rodziców niewidomych, a także dla ich rodzin i przyjaciół, by wiedzieli, że osoba niewidoma poradzi sobie z wychowaniem swego maleństwa. Najgorszą bowiem rzeczą, jaką można zrobić, jest wyręczanie niewidomych rodziców. Przydałyby się też turnusy i warsztaty dla rodziców dzieci młodszych i tych starszych. Ja sobie bez tego poradziłam, ale byłoby mi łatwiej, gdyby ktoś zapewnił mi pomoc, wtedy nie czułabym się tak niepewnie, jak to miało miejsce wiele razy przez ten rok. Mimo wszystko uważam, że niewidomi, o ile czują się w miarę pewni i gotowi, nie powinni sobie odmawiać radości bycia rodzicem, nic tego nie zastąpi. Cudownie jest przytulić dziecko, poczuć jego zapach, usłyszeć jego głos, .