skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Kultura

Głos i urok międzywojnia Magdalena Michalak

Choć znamy go głównie z nastrojowych tang śpiewanych po polsku, to po raz pierwszy profesjonalnie wystąpił w roli Argentyńczyka, w sombrero na głowie, wykonując wraz z kolegami piosenki hiszpańskie. Zrobił to tak, że nawet argentyński dyplomata dał się nabrać. Jego przeboje, takie jak: „Kiedy znów zakwitną białe bzy”, „Piosenka o mojej Warszawie”, „Ta ostatnia niedziela” czy „Jesienne róże” są znane i lubiane do dziś.

Mowa o Mieczysławie Foggu, jednym z największych według mnie, najbardziej utalentowanych polskich wokalistów XX stulecia. Ostatnio trafiłam na autobiografię tego artysty, a że niewiele wiedziałam o jego drodze do kariery, więc z ciekawością przeczytałam. I nie żałuję. Autobiografia nosi tytuł „Od palanta do belcanta” i została spisana przez Zbigniewa Karola Rogowskiego. Od pierwszej strony zatopiłam się w lekturze. Może za sprawą ciekawej narracji (która zresztą, jak przystało na autobiografię, jest pierwszoosobowa), a może z powodu charakteru, osobowości Fogga - z książki wyłania się bowiem postać ciepłego, skromnego człowieka.

Kariery niełatwe początki
Z całą pewnością Mieczysław Fogg był bardzo ambitny, chciał śpiewać jak najlepiej. Żeby to było możliwe, pobierał lekcje u najlepszych nauczycieli w Warszawie. Było ich co najmniej kilku, co wynikało z tego, że Fogg udawał się do polecanych mu artystów. Podczas nauki miał różne perypetie. Jeden z pedagogów chciał na siłę zmienić wysokość jego głosu, co artysta wspominał następująco: „Początkowo profesor Łysakowski przez kilka lekcji chciał ze mnie zrobić tenora. Otwierałem usta do wysokich tonów jak ryba łaknąca wody i... nic mi nie wychodziło. Wspinałem się niemal na palce, aby sięgnąć po wysokie rejestry, ale nawet ta ekwilibrystyka nie dawała efektu. Profesor zawyrokował więc ostatecznie: — Będziesz pan barytonem.” Inny nauczyciel podziękował mu za wspólną pracę, gdyż Mieczysław Fogg nie miał pieniędzy, aby zapłacić za drogie lekcje. Jednak po latach, kiedy kariera Fogga się rozwijała, artysta spłacił swój dług i w odpowiedzi usłyszał: — Mój drogi — powiedział nauczyciel — zdolniejszych uczniów od ciebie miałem, ale uczciwszych nie.
Mieczysław Fogg nie miał łatwego życia. Naukę śpiewu musiał łączyć z pracą kasjera PKP, a później z życiem rodzinnym. Nie wszyscy byli też zachwyceni artystycznymi planami Mieczysława. Jego ojciec chciał, aby syn został inżynierem i, chyba można tak stwierdzić, początkowo nie bardzo wierzył w sukces syna, o czym nadmienia sam artysta: „Ojciec był wyraźnie zmartwiony, że taką wybrałem drogę życiową. Nie wierzył w moje uzdolnienia wokalne. — Prędzej wyrośnie mi lasek bielański na dłoni – mawiał — niż Ty zostaniesz śpiewakiem. Niestety, ojciec nie doczekał się debiutu niedocenianego syna. Zmarł młodo, gdy miałem dwadzieścia cztery lata. Mój debiut na estradzie odbył się w cztery lata później. Dopiero mój syn Andrzej spełnił marzenie dziadka – ukończył studia inżynierskie. I chociaż ma wcale ładny głos (baryton!) nigdy nie była mu bliska myśl podtrzymania ojcowskiej tradycji. Za to matka, która szczęśliwie dożyła dziewięćdziesięciu lat (zmarła w 1967 r.) odnosiła się z aprobatą do moich aspiracji śpiewaczych. Jeszcze w ostatnich latach życia żywo interesowała się moimi występami, repertuarem i nawet sugerowała, że powinienem włączyć do niego więcej... nowoczesnych piosenek.” Z jednej strony – to nie dziwi, bo przecież i dziś wokalistyka kojarzona jest z niepewną przyszłością. Z drugiej strony – pewnie brak wiary oraz wsparcia ze strony ojca musiał być co najmniej przykry. Ale pan Mieczysław się nie poddał, na szczęście. Choć nie obyło się bez kłopotów artystycznych. Podczas swojego pierwszego występu Fogg tak się zdenerwował zamianą instrumentarium, że zapomniał tekstu. Jednak i to go nie zniechęciło. Jak sam przyznaje w książce, trema towarzyszyła mu przez wszystkie lata występów.

Wspomnienia: z dystansem i humorem
W książce „Od palanta do belcanta” znajdziecie m.in. opisy przedwojennej oraz powojennej Warszawy. Dowiecie się, ile trudu i wyrzeczeń kosztuje spełnienie marzeń, i tego, jak miła może być zapłata od publiczności za występy; jak to się stało, że pan Fogg stał się gwiazdą. Przeczytacie opisy przebiegu tras koncertowych, podróży zagranicznych. Mało tego, artysta nakreślił nawet warunki geograficzne czy pogodowe odwiedzanych przez siebie miejsc. Jedna z zabawnych sytuacji, jaka przydarzyła się kierownikowi zespołu Fogga, czyli Chóru Dana, rozegrała się w amerykańskiej stacji NBC. Jako, że nie znał angielskiego, miał wypisane we właściwej kolejności odpowiedzi na zadawane pytania. Niestety, dziennikarz pomylił pytania. Wskutek tego na pytanie „Czy są panowie żonaci?”, z największą powagą odpytany wymienił kilkanaście krajów. Oczywiście był przekonany, że padło pytanie o kraje, w jakich zespół koncertował. Inną, opisaną w książce sytuacją jest występ chóru na początku lat 30 przed włoską rodziną królewską. Dowiadujemy się, jak ogromne wrażenie wywarł on na Foggu. Podobnie jak spotkanie w USA Fogga z Indianinem spod Poznania. Czytając książkę, dowiecie się też, dlaczego artysta w jednym z amerykańskich miast mógł pędzić autem na czerwonym świetle i nie został ukarany. Podobnych anegdot oraz smaczków z podróży znajdziecie w tej publikacji mnóstwo. Poznacie też troszkę zakulisowych relacji świata artystycznego przedwojennej Warszawy. Ale, muszę uprzedzić, przeżyjecie także chwile zadumy, refleksji, a nawet smutku, zapoznając się z losami Warszawy i całej Polski podczas II wojny. Jednak przecież życie nie składa się tylko ze szczęśliwych momentów. Na przykładzie historii pana Mieczysława Fogga dowiecie się, jak można walczyć, nie używając broni palnej, a jedynie albo aż – piosenek. Swoją muzyką dodawał otuchy walczącym, odwiedzał rannych w szpitalach, dawał namiastkę normalności. Jak ważne były te wojenne występy, dowiecie się z relacji uczestniczki tamtych zdarzeń: „Już przyszedł, widzisz, już jest — wskazał podchorąży Ryszard w kierunku drzwi, w których stał Fogg. Był niski, blady, jakby nieśmiały, inaczej go sobie wyobrażałam. Miał ujmujący uśmiech; przez chwilę patrzył na swe audytorium w blasku świec, a potem stanął przy fortepianie i po paru taktach akompaniatora zaczął śpiewać swym ślicznym, aksamitnym głosem piosenki, nieważne, błahe - „Miał pan Tomek własny domek”, „Tulipany”, „Gwiżdżą na wszystko”, „Śmieją się w słońce”, drobne, śmieszne piosneczki; lecz nam się wydało, że nagle w staroświeckim pokoju zamyka się cała Warszawa, urocza, błyskotliwa i tak bardzo nasza, ta sama, o którą biliśmy się od tylu bolesnych dni. Zaśpiewał też piosenkę, którą lubiłam najbardziej Kochana. «Tuliłem do serca najdroższe twe ręce, a miłość paliła jak rana, tuliłem twe ręce maleńkie dziecięce, Kochana, kochana, kochana...» Powtarzał to słowo słodko, tęsknie i czule, z bolesnym jakimś smutkiem, tak że nabrało wreszcie innej jakiejś treści: jego trzykrotne wołanie poczęło jakby wzbierać w moim sercu, myślałam o trzech miłościach, o matce, siostrze i Warszawie, o nich, które były blisko, a przecież nie miałam ich: od matki oddzielał mnie most na Wiśle, od siostry aleje Jerozolimskie, po ulicach Warszawy chodziłam, ale z nagła przejęło mnie zrozumienie, że most na Wiśle nie jest zwykłym mostem, lecz tamą cierpienia, że aleje Jerozolimskie nie są zwykłą ulicą, ale szańcem walki, że z Warszawy zostaje rumowisko, coraz większe, coraz sroższe rumowisko domów, ulic, mostów, śmierci ludzkiej. Miękki, ściszony, tęskny głos śpiewaka, blask świec, zasłuchani żołnierze, podchorąży Ryszard z ręką na temblaku, znękanie, głód, drążąca mnie choroba, niepewność, tęsknota za matką — może to wszystko stało się powodem moich łez, nie wiem. Było potworne, że tak często musieliśmy tu wszyscy płakać, z żalu, z bólu, czasem z rozrzewniającej radości, gdy powiodła się jakaś akcja, złe było owo płakanie, lecz teraz łzy płynęły mi w ciszy, myły mi twarz, odczuwałam ich łaskę, kojącą nieco moje smutne myśli i niespokojne serce. Fogg śpiewał i śpiewał. Piosenki płynęły jedna za drugą. Sprawiało to wrażenie, jakby chciał nas nasycić piosenką Warszawy, byśmy zapomnieli o głodzie i o tym, co jeszcze przyjdzie nam tu znieść. Szłam szybko na kwaterę, na ulicę Hożą, a za mną dziewczęta nuciły piosenki Fogga, jakby wyszły z prawdziwego koncertu, z teatru, z rewii. Mógł się poplątać czas. Myślałam, że jest to zwykła noc wrześniowa, nie było wojny, nie ma Powstania. Wszystko stawało się nierzeczywiste: ruiny i barykady, wzgórki piachu z wetkniętymi krzyżykami, melodie, staroświecki pokój, Fogg. Może słyszałam go tylko przez radio w rodzinnym domu, leżąc w czystej pościeli? Jest daleki przedwojenny wrzesień, jest ojciec obok mnie, matka, siostry, czeka mnie szczęście? Złuda, której pozwoliłam się oplatać, opuściła mnie (…). Jak to śpiewał Fogg? «Wolnoć, Tomku, w swoim domku nawet w wannie sadzić bez...» Swoje domki rozpadały się w gruzy, wanna była nierealnym marzeniem, a bez... Czy kiedykolwiek na tych zgliszczach zakwitnie bez?".
Fogg podczas Powstania Warszawskiego dał sto cztery występy. W książce przeczytacie również o losach śpiewaka tuż po wojnie, jak i wiele lat później. Tym z Was, którzy liczą na poznanie faktów z życia czysto prywatnego Mieczysława Fogga, muszę napisać, że takowych w tej publikacji nie znajdziecie. Owszem, są wzmianki o jego przyjaciołach, ale tylko takie, które są powiązane z daną opowieścią. Dowiecie się za to, jak doszło do założenia Cafe Fogg, o stworzeniu przez pana Mieczysława własnej wytwórni oraz studia nagrań w… jego domu. Poznacie też drugą, po muzyce, pasję artysty.
Książkę czyta się jednym tchem. A w zasadzie czytałoby się, gdyby nie fakt, że liczy ponad dwieście stron. W moim przypadku zeszło się więc około tygodnia, bo nie czytam cały dzień. Autobiografia ta jest naprawdę godna przeczytania. Historie w niej zawarte są opowiedziane wartkim, barwnym językiem. Ja miałam wrażenie, jakbym siedziała obok artysty, który prowadzi monolog. Sądzę, że taką lekkość w przekazywaniu myśli ma niewiele osób. Książka jest poza tym pełna ciepła, ogromnego poczucia humoru, a tam, gdzie trzeba – powagi i nutki melancholii, co, myślę, jeszcze ją ubogaca. Odnajdziecie w niej też wiele skromności oraz pokory, prezentowanej przez narratora, ale także duży dystans do siebie i świata. Polecam Wam z całego serca tę publikację. Wierzę, że nie będziecie żałować, a skończywszy lekturę będziecie mieli poczucie dobrze spędzonego czasu. Ufam, że nie natraficie na trudności w dostępie do książki, bo pierwsze wydanie pochodzi z 1971 roku. Zawsze możecie sprawdzić zasoby okolicznych bibliotek, księgarń czy sklepów internetowych. Tym z Was, którzy, tak jak ja, czytają, słuchając, polecam książkę w wersji audio. Jest dostępna w formacie Daisy. Życzę Wam miłych czytelniczych wrażeń!