skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Oddali dziecko, i co dalej? Liliana Laske

Ot, zwykła rodzina. Jak wiele innych. Tylko warunki, w jakich mieszka, są o wiele skromniejsze od wnętrz, które znam, do których przywykłam. Ale nic to w porównaniu z tym, jak było tu rok temu. Zresztą opowiadałam Wam, pewnie pamiętacie - dwa małe pokoje, proste meble, kuchenka. Tak jest nadal, tyle tylko, że z odświeżonych niedawno ścian mieszkania nie odchodzi już farba, pod oknem stoi telewizor i w ogóle jest tu jakby przytulniej i cieplej. W progu wita mnie uśmiechnięta Kasia T. i jej mąż - Jacek. Tylko ich synek, Klaudiusz, w popłochu chowa się przede mną.

Na specjalne życzenie Czytelników przedstawiam dalsze losy rodziny, której historię opisałam w ubiegłorocznym, wrześniowym numerze "Pochodni". Pokrótce przypomnę, że chodziło o to, iż Katarzynie i Jackowi odebrano dziecko. Swą decyzję sąd uzasadnił w sposób nieco absurdalny, stwierdzając, iż niewidoma matka, z uwagi na swe inwalidztwo, nie jest w stanie zapewnić mu właściwej opieki. W rezultacie mały trafił do placówki opiekuńczo-wychowawczej, zaś Katarzynie i Jackowi ograniczono władzę rodzicielską. Państwu T. nie układały się stosunki z sąsiadami. Posądzani byli przez nich o libacje, kradzieże, handel narkotykami. Co dziwne jednak, w sprawach tych nie odnotowano żadnych interwencji policji. Nikt też nie widział ich pijanych czy "naćpanych", także dzielnicowy. Mimo to sąd dał wiarę zeznaniom sąsiadów. Skierował młodych rodziców na badania psychologiczne i psychiatryczne. Nakazał im wykonanie testów, pozwalających wykryć ewentualne uzależnienie od środków odurzających bądź alkoholu.
W niewielkim mieszkanku przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi wreszcie zapanowała umiarkowana radość. Wszędzie porozrzucane są zabawki. I gdyby nie powracające wspomnienia koszmaru i lęk przed tym, że może się powtórzyć, wszystko wyglądałoby nienajgorzej.
Klaudiusz, choć w domu jest od października, nie może pokonać strachu wobec obcych. Najbardziej boi się nieznajomych, bo i skąd ma wiedzieć, czy nie przyszli po to, by znów go oddzielić od rodziców? Państwo T. cały czas są pod nadzorem kuratora. Poza Łódź mogą wyjechać z synem tylko w weekend. Sąd nakazał wysłać 5-letniego chłopca do przedszkola, zaś jego matka obowiązkowo musi nauczyć się pisma punktowego.
- Sąd stwierdził, że muszę się nauczyć brajla, by móc czytać małemu bajki i pomagać w lekcjach - oburza się Kasia. - A ja tego pisma w ogóle nie czuję. Zresztą, od czytania mam przecież widzącego męża. Na razie zaś wystarczy mi nauka poruszania się i pokonywania oporu przed laską.
Renata Wnuk z łódzkiego okręgu PZN, prowadząca z Kasią zajęcia z orientacji przestrzennej, chwali jej postępy.
- Kasia ma zacięcie do nauki i silną motywację. W tej chwili wprawdzie odczuwa jeszcze silny lęk przed samodzielnym wyjściem z domu, ale jestem przekonana, że to się zmieni. Być może nie da rady dotrzeć wszędzie tam, gdzie by chciała, ale na pewno nie będzie miała trudności ze stałymi punktami.
Póki co, najważniejsze wydaje się, by wreszcie zaczęła sama wychodzić na zakupy czy na spacer, nie czekając, aż mąż wróci z pracy. Od września zaś czeka ją codzienna wyprawa z synem do przedszkola. To zadanie będzie nieco ułatwione, gdyż na wniosek pani Renaty łódzki okręg PZN podjął starania o zamontowanie na skrzyżowaniu, przez które będą musieli przechodzić, sygnalizacji dźwiękowej. Nie jest to bynajmniej jedyna rzecz, którą okręg uczynił dla rodziny T., mimo iż w chwili nagłośnienia ich sprawy przez media Kasia nie była członkiem Związku Niewidomych.
- O tym, że taka osoba istnieje, dowiedzieliśmy się latem ubiegłego roku - mówi dyrektor okręgu Teresa Wrzesińska. - Przeprowadzaliśmy się akurat do nowej siedziby, panował straszny rozgardiasz i niewiele mogliśmy wówczas pomóc. Ale już we wrześniu odwiedziłam Kasię osobiście. Skierowałam ją na czterodniowe szkolenie rehabilitacyjne, na którym otrzymała instruktaż, jak wykonywać różne czynności metodami bezwzrokowymi - oraz wszelkie informacje przydatne osobie nowo ociemniałej. Namawiałam ją do przychodzenia do naszej placówki na spotkania ludzi młodych, niestety uznała, że nie jest to jej potrzebne. A szkoda, bo mają tam wiele ciekawych propozycji, jak chociażby zajęcia z kosmetyczką, terapeutą uzależnień, czy prawnikiem. Pani T. nie wykazuje też żadnego zainteresowania pismem Braille'a i na nic się zdaje tłumaczenie, że bez jego znajomości jest analfabetką. Raz wprawdzie umówiła się na lekcję z instruktorką, jednakże nie raczyła się na niej pojawić. Nie powiadomiła nas nawet o tym, że nie przyjdzie. Niewątpliwie jest to dziewczyna bardzo miła, ale brakuje jej pewnej dojrzałości i odpowiedzialności, co szalenie utrudnia proces rehabilitacji.
Sama rodzina państwa T. wygląda na bardzo kochającą się i szanującą. Nikt w okręgu nie zauważył najmniejszych oznak patologii. Ogromna więź łączy Klaudiusza z rodzicami. Widać, że chłopiec jednakowo lgnie do mamy, jak i taty.
Trudno ocenić, w jakim stopniu państwo T. ponoszą odpowiedzialność za to, przez co przejść musieli, a w jakim są jedynie ofiarami. Przed nimi jeszcze długa droga do wyjścia na prostą. Kasia dopiero stawia pierwsze kroki na trudnej ścieżce do samodzielności. Jacek na szczęście znalazł stałą pracę. Jak im się ułoży, nie wiadomo. Pozostaje nam tylko życzyć im wszystkiego, co najlepsze i cieszyć się, że wreszcie są z synem razem.