skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Homer nie należał do PZN Maria Tarlaga

Felieton Piotra Króla, zatytułowany "Równi i równiejsi" z majowej "Pochodni", nasunął mi kilka refleksji, które podaję Czytelnikom pod rozwagę.

Nie słuchałam Kazimiery Szczuki, o Madzi Buczek też nic nie wiem. Podejrzewam jednak, że nie samo kółko różańcowe, ale sposób przedstawienia jej w radiu był powodem ataku tej pani. Nie wiem, jak Madzia została w tym radiu ukazana, ale znając nasze realia, mogę się domyślać, że zrobiono z niej stuprocentową męczennicę, a różaniec był tylko dodatkiem do tej historii. Czy naprawdę o to chodzi? Przypomnijmy sobie postać Bernadetty z Lourdes. Co jest ważniejsze? Że była chora, czy że to ona została wybrana? Niestety, u nas często właśnie niepełnosprawność stawia się na pierwszym miejscu, a dopiero potem się dodaje, że ktoś jest pisarzem, poetą czy muzykiem.
Kilka lat temu w telewizyjnym programie "Przyjaciele" Ewa Błoch mówiła, że denerwuje ją, gdy w informacji o jej recitalu pojawia się sformułowanie "niewidoma wokalistka". Bo komu to potrzebne? Kto na co dzień pamięta, że Jose Feliciano czy Steve Wonder to ludzie niewidomi? Ważne jest to, że śpiewają i że ludzie chcą ich słuchać. Oczywiście samo przygotowanie zabiera im może więcej czasu, bo tekst z pamięci, bo takie czy inne kłopoty. Ale na koncercie nie ma żadnej ulgowej taryfy. U nas niby wszyscy domagamy się równego traktowania, ale postępujemy akurat odwrotnie. Słowo "niewidomy" pojawia się wszędzie, trzeba czy nie.
W regionalnej stacji radiowej jest audycja, w której można telefonicznie zamówić piosenkę. Dzwonią tam różni ludzie, mówią, czego by chcieli posłuchać. Zadzwonił kiedyś słuchacz i pierwsze jego zdanie brzmiało: "Jestem niewidomy". I po co komu to wiedzieć? Prowadząca audycję redaktorka miała się chyba wzruszyć i nadać piosenkę. Jak mają w zbiorach, to nadają, jak nie, to nic z tego. Sama kilka razy nie dostałam tego co chciałam. Ale może dlatego, że się nie przedstawiłam jako niewidoma, tylko podałam swoje imię. Dzwoni tam często pani, która jest po wypadku i porusza się na wózku. Wiem to od ludzi, którzy ją osobiście znają. Ona nigdy o tym nie mówi. Jest pogodna, żartuje, wymienia z prowadzącym uwagi o muzyce. Słuchacze rozpoznają jej głos, pozdrawiają, dedykują jej piosenki.
Jednak niektórzy niewidomi muszą opowiedzieć o swoim kalectwie wszystkim. No cóż, niewidomy, a do radia zadzwonił. Niektórzy nie widzą, a dzwonią i wygrywają nagrody w radiowych konkursach i nie opowiadają, że są niewidomi.
Nie chodzi mi o to, żeby za wszelką cenę ukrywać swoją niepełnosprawność, bo to w wielu wypadkach nie jest możliwe, ale trzeba zachować umiar. Jeśli dzwonię lub piszę do jakiejś redakcji, że mam takie czy inne kłopoty jako osoba niewidoma, muszę poinformować o swoim kalectwie. W innych wypadkach taka informacja nie jest potrzebna.
Pan Król w swoim tekście wspomina Homera, o którym historia mówi, że był ślepy. Jeśli tak, to łatwo mu nie było. Nie dość, że musiał wytężać wyobraźnię, to jeszcze musiał zatrudniać skrybę, który pisał pod jego dyktando. O tym skrybie historia milczy i nie wiemy, czy był to niewolnik, a może przyjaciel? Był tak skromny, że nie umieścił nawet swoich inicjałów obok nazwiska autora "Iliady".
A co by było, gdyby u nas się taki geniusz pojawił? Łatwiej by mu było? Pisać sam by mógł, brajlem albo na komputerze, gdyby się załapał na pefronowski program. Reszta jak za czasów Homera. Przydałby się jakiś sponsor, który zapłaciłby za druk i odpowiednio zareklamował dzieło. Znalezienie wydawcy nie jest trudne, gorzej z pieniędzmi.
I tu ktoś mi przerwie, że mamy Centrum Kultury Niewidomych. Ano mamy. Od czasu do czasu przyjeżdżają tam ludzie, recytują, czytają swoje utwory, ktoś to pochwali, albo nie. Potem wybiera się co ciekawsze z nich i powstaje książka, którą się rozsyła do okręgów, gdzie powoli pokrywa ją kurz. Nikt tego nie reklamuje, nawet w prasie związkowej. Niech ktoś spróbuje to kupić poza placówką Związku - nie ma. Jeśli by się nawet gdzieś takie wydawnictwo pojawiło, to pierwsze, co się rzuci w oczy nabywcy, to "niewidomi autorzy". Gotowa etykietka.
Centrum Kultury Niewidomych? A co to takiego ta "kultura niewidomych"? Mnie się wydaje, że kultura powinna być jednakowa dla wszystkich. Nikt jakoś nie mówi o kulturze niesłyszących czy ludzi na wózkach. Ci ostatni za to dzielnie walczą z barierami architektonicznymi i uprzedzeniami. Towarzystwo, czy raczej Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji, to ich pomysł. A my ciągle nie możemy się wyzwolić ze swojej twierdzy. Są wśród nas tacy, którzy nie chcą swojej twórczości opatrywać metką "niewidomy", ale łatwo im nie jest. Muszą wtedy sami szukać recenzenta, wydawcy, bo jak pojadą do KCKN, to już poza twierdzę nie wyjdą. Choćby to było wielkie dzieło, zostanie wydane w jednej książce opatrzonej inskrypcją "twórczość niewidomych" i już. A przecież nie jest ważne, czy ktoś swoje myśli podyktował, spisał brajlem, czy na komputerze. Ważne, czy to znajdzie odbiorców. Jeśli dzieło jest wartościowe, to ludzie będą po nie sięgać i nikt nie będzie pytał, czy autor był zdrowy, czy chory, gdy to pisał. Chopin komponował swoje najpiękniejsze utwory, będąc ciężko chorym człowiekiem, a przecież nikt tego nie mówił przed każdym koncertem. Ludzie chcą tej muzyki słuchać, bo jest piękna, a nie dlatego, że kompozytor kaszlał, gdy ją pisał.
Od kilkunastu lat współpracowałam z gminną gazetą. Poprzedni redaktor naczelny traktował mnie normalnie, zatwierdzał tekst albo nie, doradzał, nie szczędził krytyki, pomagał. Przyszedł nowy i zaczęły się problemy. W ubiegłym roku napisałam wiersz na stulecie powstania ochotniczej straży pożarnej w naszej wsi. Wykorzystano go w czasie uroczystości rocznicowych. Redaktor chciał go zamieścić w gazecie. I zamieścił. Tylko niepotrzebnie dołożył komentarz: "Ten wiersz został napisany alfabetem Braille'a". Ci, którzy mnie znają, pokładali się ze śmiechu, bo przecież to nie był pierwszy tak napisany tekst i naczelny dostał już przepisany. Dzwonili do niego, pytając, czy umie już czytać brajla. Nie mógł zrozumieć tych kpin. Wtedy mu powiedziałam, że kiedyś dam mu tekst napisany alfabetem Morse'a, też będzie oryginalnie.
Media mogą pomóc, ale mogą też zaszkodzić, gdy pokażą kogoś w niewłaściwym świetle. Pewnie tak było w przypadku Madzi. Zamiast pokazać jej siłę charakteru, że potrafiła skupić wokół siebie grupę modlitewną, skoncentrowano się na jej chorobie. A przecież chorych jest u nas wielu, tylko nie każdy, mimo tego, coś chce z siebie dać innym. Celem polemiki nie powinna być niepełnosprawna Madzia, tylko ci, którzy nie zrozumieli, co należało pokazać z jej życia.
A wniosek nasuwa się taki, że należy dwa razy pomyśleć, zanim się komuś wywiadu udzieli. Jeśli ktoś za bardzo interesuje się, co nam akurat dolega, zamiast pytać o takie czy inne działanie, to może lepiej nie godzić się na wywiad.