skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Życie z ideą w tle Robert Więckowski

Sumienny, obowiązkowy, inteligentny i oczytany, a przy tym po prostu dobry dla ludzi i nigdy nie obrażał się na środowisko niewidomych - tak mówią ci, którzy go znają. Zapewniają jednocześnie, że nie są to czcze pochwały, że taka jest właśnie prawda. Mecenas Władysław Gołąb, bo o nim mowa, został wybrany Człowiekiem Roku Polskiego Związku Niewidomych i to jemu przypadła druga w historii statuetka, wręczana zwycięzcy konkursu im. Włodzimierza Kopydłowskiego.
- Ta wiadomość była dla mnie ogromną niespodzianką, naprawdę byłem serdecznie zaskoczony, ponieważ zupełnie nie spodziewałem się takiego wyróżnienia - mówi Władysław Gołąb. O tym, że zwyciężył w konkursie dowiedział się 15 października, w Międzynarodowym Dniu Białej Laski. Gościł wtedy w Muzeum Tyflologicznym Biblioteki Centralnej PZN, gdzie odbywała się uroczysta konferencja z okazji 60-lecia "Pochodni". Na takiej konferencji mecenasa zabraknąć po prostu nie mogło - jest przecież osobą, która najdłużej w historii kierowała pracami kolegium redakcyjnego czasopisma. Wtedy dowiedział się, że jest zwycięzcą, pamiątkową statuetkę odebrał zaś na innej konferencji, równie ważnej. Tym razem odbywała się ona w Bibliotece Narodowej w Międzynarodowym dniu Osób Niepełnosprawnych, a więc 3 grudnia. Na tym spotkaniu, oprócz wręczenia nagrody Władysławowi Gołąbowi, zainaugurowano też oficjalne obchody 200. rocznicy urodzin twórcy pisma punktowego Louisa Braille'a. - Zbieg tych wszystkich dat i symboli jest naprawdę miły, a może nawet coś znaczy? - pół żartem, pół serio zadane pytanie wywołuje lekki uśmiech na twarzy mecenasa.

Cieszy, ale i zobowiązuje
Aby spotkać się z Władysławem Gołąbem, najlepiej jest pojechać do Lasek. Trzeba się jednak wcześniej umówić, mimo upływu lat mecenas wciąż jest niezwykle aktywny, a jego kalendarz jest naprawdę napięty. Jest przecież m.in. prezesem Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, stale też redaguje "Encyklopedię prawa". Gdy się spotykamy, robi właśnie razem z żoną, korektę kolejnego numeru czasopisma. Będziemy rozmawiali w jego domu, w pokoju, w którym nieprawdopodobne wrażenie robi ogromna, zajmująca całe ściany biblioteka. - Lubię czytać, zawsze lubiłem. Ostatnio najczęściej sięgam po książki monograficzne, reportaże, biografie i oczywiście po klasykę. Współczesna literatura piękna, niestety, raczej mnie drażni - przyznaje mecenas. Jak czyta? Najczęściej słucha, brajla zna, posługuje się nim i widzi niepodważalny sens istnienia tego pisma, ale w przypadku książek rzadko decyduje się na takie rozwiązanie. - Chodzi o czas, zawsze jest go niewiele, a czytanie brajlem zabiera go znacznie więcej niż słuchanie - przyznaje prezes TOnO. Książki te, wydane tylko czarnym drukiem, czyta mu żona, z którą od lat stanowią nierozłączną parę, niemal wszędzie można ich spotkać razem. We dwoje chodzą na przykład do filharmonii, bo to muzyka jest dla mecenasa jeszcze większą pasją, niż literatura. - Słucham tylko muzyki poważnej, a w filharmonii już od lat mamy swoje stałe miejsca - rząd 5, miejsca 14 i 15, i bardzo je lubimy - śmieje się prezes.
Rozmowa płynie wartko, ale przejdźmy do tytułu Człowieka Roku PZN, wiedział pan, że jest zgłaszany do konkursu? - Słyszałem o tym, ale, prawdę mówiąc, nie przywiązywałem do tej informacji specjalnej uwagi, na nic nie liczyłem. Mój udział w pracach organizacyjnych Polskiego Związku Niewidomych był przecież dosyć szczególny, zajmowałem się przede wszystkim dokumentami, nie oczekiwałem więc, że zostanie to tak wysoko ocenione - przyznaje Władysław Gołąb i dodaje: - Ta nagroda bardzo cieszy, to dla mnie powód do dumy, ale jednocześnie ogromne zobowiązanie, by nie zaprzestawać służby na rzecz środowiska niewidomych, jaką podjąłem 60 lat temu.

Pan od przepisów
- Chodzi właśnie o służbę, nie tylko o pracę - podkreśla mecenas. - Czysto zawodowo realizowałem się w innych miejscach. W tym, co robiłem na rzecz PZN, zawsze, oprócz spraw zawodowych, ważna była dla mnie działalność społeczna, a więc po prostu służba - dodaje.
Ze środowiskiem niewidomych Władysław Gołąb związał się w roku 1946. Trafił wtedy do Łodzi, miał jeszcze resztki wzroku, ale widział już niewiele. To właśnie w Łodzi poznał między innymi Józefa Buczkowskiego, który stał się dla niego swoistym mistrzem. - To on zaszczepił we mnie przekonanie, że całe życie trzeba poświęcić jakiejś idei. Dla niego była to praca na rzecz niewidomych, ze mną stało się podobnie - opowiada prezes.
Formalnie ze środowiskiem ociemniałych Władysław Gołąb związał się w roku 1947, a już rok później kierował kołem uczących się niewidomych. Zaangażował się także w kursy dla analfabetów i został ich kierownikiem. Na kursach uczono brajla, ale także przybliżano na przykład matematykę, historię, geografię, a wszystko po to, by dać podstawy wiedzy zaniedbanym wówczas intelektualnie ludziom. Sam Władysław Gołąb pilnie wtedy też studiował na wydziale prawa, a w grudniu 1955 roku zdał odpowiedni egzamin i został wpisany na listę adwokacką. W 1958 roku opuścił Łódź i przeniósł się do Podkowy Leśnej pod Warszawą, dwa lata wcześniej rozpoczął zaś współpracę z władzami centralnymi PZN. - Od samego początku byłem w Związku radcą prawnym, tłumaczyłem przepisy, analizowałem dokumenty, wytykałem niekorzystne, dyskryminujące dla osób niewidomych rozwiązania prawne - opowiada mecenas. Taka praca trwała prawie pół wieku i zakończyła się w 2006 roku, ale "podróży" po przepisach mecenas nie przerwał. Do dziś redaguje raz na kwartał "Encyklopedię prawa", będącą de facto dla niewidomych i słabowidzących przewodnikiem po zakamarkach polskich przepisów.

Dom w Laskach
Współpraca z władzami PZN, jak wspomina Władysław Gołąb, układała się zazwyczaj dobrze, choć w czasach Polski Ludowej nie było to takie oczywiste. Chodziło o różnice światopoglądowe - mecenas był i wciąż jest blisko związany z Kościołem, a w poprzednim systemie taka postawa nie była mile widziana. - Na szczęście ci, którzy przez lata stawali na czele Związku, mimo że byli partyjnie umocowani, okazywali się w większości po prostu ludźmi - podkreśla prezes TOnO. A bycie człowiekiem, otwartym na innych, potrafiącym pięknie się różnić, to dla niego wielka wartość. - Lubię pracę z ludźmi, bezpośrednie kontakty, rozmowy, nie toleruję jednak obłudy - mówi mecenas.
Dla wielu osób, szczególnie tych młodszych, Władysław Gołąb znany jest przede wszystkim ze swej działalności na rzecz Zakładu dla Niewidomych w Laskach. - Pierwszy raz pojawiłem się w Laskach w 1951 roku. Przyjechałem tu razem z Edwinem Kowalikiem, który przybył, by dać koncert dla matki Róży Czackiej, wówczas już bardzo schorowanej - wspomina prezes TOnO. Ściślejsza współpraca z tym środowiskiem rozpoczęła się sześć lat później, w 1957 roku, a więc w czasie, gdy Władysław Gołąb związał się już z władzami centralnymi Związku. Od tamtej pory, jak wspomina, niejednokrotnie lobbował na rzecz Lasek, nieprzepadających za tym środowiskiem, decydentów z poprzedniej epoki. W 1969 roku Władysław Gołąb zostaje członkiem Towarzystwa, a cztery lata później wchodzi do zarządu. W roku 1975 zostaje prezesem Zarządu TOnO i tak jest do dzisiaj. - Laski to niezwykłe dzieło, jest tu niepowtarzalny klimat, jakiś "dobry duch", który sprawił, że z miejscem tym związało się tak wielu ludzi, którzy często bezinteresownie poświęcili swoje życie sprawie osób niewidomych - podkreśla mecenas.
Na początku swej prezesury dojeżdżał do Lasek z Podkowy Leśnej, potem zaczął mieszkać na terenie Zakładu w ciągu tygodnia, a do domu wracał weekendami, aż wreszcie ostatecznie zdecydował się pozostać tu na stałe. - To jest bardzo wygodne - przyznaje mecenas. - Do Lasek przyjeżdża bardzo wiele osób, często chcą o czymś porozmawiać, czegoś się dowiedzieć, a ja mogę poświęcić im czas nawet w godzinach wieczornych. Takich rozmów, jak i innych zajęć, jest naprawdę dużo. - Skąd biorę na to energię? - zastanawia się prezes i od razu odpowiada: - Jak się robi coś dobrego, to energia zawsze się znajdzie. Nuży tylko ta praca, w której nie widzi się sensu, a ja widzę sens w dziele Lasek, sił na trochę więc jeszcze wystarczy, choć już od sześciu lat mówię o tym, że czas szukać nowego prezesa.