skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Cywilizacja

Poza własnym horyzontem Małgorzata Szumowska

Przebywanie wśród różnorodności ubogaca. Nie jest to jakaś złota myśl czy odkrycie – to po prostu bezsprzeczny fakt. W wielu przypadkach poznawanie innej (niż nasza) perspektywy wypycha nas poza strefę komfortu, jednocześnie uczy i rozwija.

Wiem, o czym piszę – temat jest mi bardzo bliski. Jeszcze nieco ponad siedem lat temu nie znałam nikogo poruszającego się z białą laską. Nikogo. Miałam bogate doświadczenie jako wolontariusz, społecznik, manager. Ale osoby niewidome? To była dla mnie czarna magia! Jednak nie przeszkodziło mi to, po pierwsze, w objęciu stanowiska dyrektora Niewidzialnej Wystawy – wówczas świeżego tworu, jeszcze bez swoistego rytmu i kierunku, po drugie – zainteresowaniu się tematem i szczeremu zaangażowaniu. Pierwszy kontakt był absolutnie naturalny. Bez żadnych zbędnych stereotypowych przekonań. I tak pozostało. Jestem przekonana, że wyłącznie działania wykonywane z pasją mają szansę na długofalowe powodzenie. Dodatkowo mój zespół także troszczy się o nasz wspólny interes z ogromnym sercem.
Miesiące mijały, a ja zapragnęłam czegoś więcej – osoby niewidome stały mi się po prostu bliskie, a ich tematy ważne. Jednocześnie rosła we mnie chęć pracy u podstaw, niesienia jakiejś sensownej pomocy. Między innymi dlatego wymyśliłam i zrealizowałam na własną rękę i z niemałym sukcesem akcję #ścieżkadostępu – podziel się przestrzenią!, o której na łamach „Pochodni” już pisałam. Uznałam, że warto robić coś więcej, widzieć więcej. Dostrzegać coś poza własnym horyzontem.
Środowisko ludzi z dysfunkcją wzroku jest – nie będzie to odkryciem Ameryki – z zasady mocno podzielone. Czasem mam wrażenie, że jest tu trochę jak w polityce. Każdy stara się ugrać coś dla siebie, nie próbując skonsolidować energii i działać dla wspólnego dobra. Oczywiście – pojawia się pytanie – czym owo dobro jest? I czy wszyscy definiują je tak samo albo przynajmniej podobnie? Ale nie o tym zamierzałam pisać, choć taki wstęp był potrzebny.
Trafiam na mnóstwo pozytywnych i niezwykle inspirujących ludzi. Z wieloma pracuję. Bardzo cieszy mnie to, że na przekór wszystkiemu pokazują, iż mają oczy otwarte na świat i widzą więcej niż czubek własnego nosa. Niż własne, niemałe przecież, potrzeby. Sebastian. Kipi energią. Ma sto pomysłów na minutę, połową dzieli się ze mną, bo na tyle starcza nam czasu. Ojciec. Pracownik Niewidzialnej Wystawy, Fundacji Ponad Słowami, szkoleniowiec. Zadziwia mnie fakt, że jego doba też ma 24 godziny. Kontrowersyjny, dla wielu irytujący. Słyszę głosy, że za dużo go tu i tam. Może to zazdrość? Może niechęć do poznania jego pobudek? Chłopak potrafi zadbać o swoje interesy jak mało kto, ale przy okazji robi mnóstwo świetnych rzeczy, odczarowując stereotypy. Pokazuje, że niewidomy to nie smętny typek wycofany z życia. To otwarty, komunikatywny, przy okazji inteligentny jak diabli facet. Media go uwielbiają. Ale zaręczam, że samo „bycie niewidomym” albo „bycie niewidomym ojcem” to temat na raz, dwa, przy dobrych wiatrach trzy razy. Potem się zużywa. Prasa, Internet, radio, a już zwłaszcza telewizja uwielbiają świeże mięso. Jak mawiała moja wykładowczyni na studiach, redaktor Siedlecka, dobry dziennikarz musi czuć krew, musi wypruwać flaki – i to wcale nie swoje. Ma być soczyście, ma się podobać. Ostatecznie to odbiorcy wystawiają ocenę, a wraz z nimi reklamodawcy. Nie czarujmy się – w dzisiejszych czasach liczy się złotówka, najlepiej jej wielokrotność. Pytanie więc – jak ten Sebastian to robi, że prawie wyskakuje z lodówki i wciąż jest na niego popyt? Już spieszę tłumaczyć, kochani Czytelnicy. Otóż ma naturę działacza. Trochę podobną do mojej, więc rozumiem ją jak mało kto. Z tym, że skala jego działań wielokrotnie przebija moją. Ten człowiek po prostu lubi ludzi. Ma szerokie znajomości. Poza tym, że zręcznie czerpie z tych zasobów, to przede wszystkim dużo daje z siebie. Z wielkim zaangażowaniem. Szczerze i bez bajery. Trzeba coś zrobić na onkologii dziecięcej na drugim końcu Polski z Grupą WolonWariacką? Obecny! Trzeba zrobić warsztaty o tolerancji w Domu Dziecka, w którym wychowawcy mają kłopoty? Idziemy! Trzeba usmażyć dwieście porcji naleśników, aby rozdać je osobom bezdomnym, podopiecznym Fundacji Daj Herbatę? Zgłasza się! Dodam, że przy tej okazji zrobił facebookową zbiórkę dżemów – poprosiliśmy sympatyków Niewidzialnej Wystawy o pomoc. Akcja naleśnikowa akurat odbywała się wieczorem, w urodziny Sebastiana. Zamiast prezentów zamarzył sobie nadzienie do placków. Zrobiliśmy hałas i niebawem zostaliśmy zasypani słoikami. Naleśniki wyszły koncertowo, a ponad sto osób na Centralnym zaśpiewało mu „Sto lat”... To bezcenne!
Czy musi to robić? Wcale nie musi, bo nikt nie musi. Ma swoje sprawy. Swoje dziecko. Swoją pracę. Swoje „nie chce mi się”. Wróć! To ostatnie absolutnie nie. Ale przyznajmy – każdy ma czasem chęć po prostu zresetować umysł, nie robić nic. Prawie każdy – jak pokazuje praktyka. Sebastian chyba nie sypia, tylko wymyśla jakieś nowe historie. A jak wymyśli, to przychodzi i rozmawiamy. Robimy plany. Ostatnio wraz ze mną i moimi dwiema znajomymi zorganizował akcję świąteczną „Mikołajkowe Pogotowie Prezentowe” – małą, lokalną akcję na rzecz dzieci spod Wyszkowa, podopiecznych Stowarzyszenia Pomocny Anioł. Dzieci napisały listy do Mikołaja, w których próżno było szukać dronów i iPhone’ów. Za to były marzenia o węglu na zimę, plecakach i przyborach szkolnych, drobnych zabawkach, słodyczach. Wszystko to wymagało całkiem sporo pracy. Pozyskaliśmy darczyńców, poszliśmy o krok dalej i wyciągnęliśmy dzieciaki wraz z opiekunami do Warszawy na dzień pełen atrakcji, wręczanie prezentów. Dobra energia kipiała. W tej akcji zresztą brał udział nie tylko Sebastian, ale kilka fantastycznych osób z Niewidzialnej Wystawy: Iwona, Karolina, Paweł, Krzyś i Andrzej. Wyszukiwali, przynosili, kupowali. Bo fajnie jest robić coś dla innych. Po prostu... Bez dąsania się, że „ja mam swoje sprawy”.
O tym, że przyjemnie jest działać dla innych, wiedzą wspomniani wcześniej Karolina i Paweł. Oboje poza Niewidzialną Wystawą angażują się w akcje organizowane przez Fundację Edukacji Nowoczesnej. Ok., ok. – zawsze łatwiej wydać ocenę, gdy zna się ludzi, którzy za tym stoją. Nie przeczę. Ale moim zdaniem dodatkowo krzepiące jest to, że ta ekipa (a przede wszystkim Paweł) mocno zabiega o to, aby jej działania były różnorodne, nie koncentrowały się wyłącznie na pomocy osobom z niepełnosprawnością narządu wzroku. Jakiś czas temu, podczas luźnej rozmowy, Paweł opowiadał mi o projekcie wspierającym ofiary przemocy. W rodzinie, najbliższym otoczeniu. Mówił mi o tym z wielką pasją i czułam, że to będzie coś wielkiego. Ważnego i dobrego. Minęło kilka miesięcy, pierwsza edycja udała się znakomicie. Dużo o tym rozmawialiśmy i doszliśmy do prostego wniosku – wystarczy poznać ludzkie historie, dramaty, aby nieco podregulować ostrość w swoim życiowym obiektywie. To, trochę na kształt uzależnienia, daje moc do dalszego działania. Ale uzależnienia zdrowego i pięknego. Bo tak właśnie jest ze wspieraniem innych...
Łukasz. Znamy się przez Kasię, z którą pracuję. To jej mąż. Z nim zaczęłam swoją przygodę z Legią w wersji, nazwijmy to, rozszerzonej. Pierwsze wyjazdy, przygody, szaleństwa. Na Łazienkowską chodziłam wcześniej, ale bardziej jako tzw. piknikowiec. Dla Łukasza Legia to esencja życia, stadion – to drugi dom. Widać gołym okiem, że tu przerobił lwią część swojego procesu rehabilitacji społecznej. Przynależność do grupy kibiców. Współtworzenie grupy „Niepełnosprawnych Fanatyków”, dziś już „Stowarzyszenia Kibiców Niepełnosprawnych Klubu Legia Warszawa”, w którego kierownictwie zasiada. „Cała Legia zawsze razem” – głosi sztandarowe hasło na trybunach. Łukasz to rozumie i zgodnie z taką filozofią działa, a ja mam przyjemność to obserwować. Nie widzi przeszkód. A nade wszystko nie stawia swoich potrzeb i interesów jako nadrzędne. Wręcz przeciwnie – organizuje transport kolegom na wózkach, pomaga w organizacji zbiórki dla ciężko chorego kolegi z porażeniem mózgowym. Co tydzień coś nowego. Warszawa, Polska, a nawet dalej! Z uśmiechem, dobrym nastawieniem i chęcią niesienia pomocy innym. Wierzy, że właśnie to pokazuje sens hasła o jedności. A dzięki temu zapomina o własnych troskach.
Nie chcę zasypywać Was przykładami, Drodzy Czytelnicy, choć na pewno znalazłabym jeszcze kilka. Natomiast ta garstka pozytywnie zakręconych ludzi to świetny przykład na to, że można podarować sobie trochę szczęścia – odważę się napisać – kosztem innych, jednocześnie właśnie dla nich. Takie win-win. Wyjście poza swój teren. Znany, nie zawsze wcale przyjazny, często wyboisty. Ale właśnie może nieco dalej, za bramą, jest wbrew pozorom lepiej? Inni ludzie, inne problemy, inne sprawy? Wspomniana inna perspektywa? Może człowiek, któremu podacie swoją dłoń, zmieni Wasze życie w sposób totalny, dając więcej niż pozorny spokój w czterech ścianach, stukanie w klawiaturę czy codzienne rutynowe czynności? Poza horyzontem bywa ryzykownie, ale czasem to ryzyko, ta adrenalina staje się paliwem do lepszego, bogatszego życia! Ja też czerpię inspirację z działań tych niezwykłych ludzi i tego samego Wam, Czytelnicy, życzę! Jak mawiają mądrzy ludzie, tyle jesteśmy warci, ile możemy dać z siebie innym...