skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Cywilizacja

Zamiast dostępności szkoła przetrwania Grzegorz Dudziński

Od pięciu lat jestem niewidomy. Od kilku miesięcy chodzę samodzielnie bądź z instruktorem po ulicach Bydgoszczy. To, co spotykam po drodze, przypomina brutalną grę miejską, opartą o zasady twardej szkoły przetrwania. Często problemem nie są finanse, tylko zwykła bezmyślność…

Pewien mój widzący znajomy zapytał mnie ostatnio o nowości, które pojawiły się po remoncie ronda Grunwaldzkiego w Bydgoszczy. Zwrócił uwagę na żółte płytki z wypustkami, znajdujące się przed przejściem dla pieszych. Pytał, czy są one wyczuwalne dla niewidomych. On sam starał się butem rozpoznać różnicę w fakturze między nowymi, wypukłymi a zwykłymi płytkami. Nie mógł jej wskazać.
Nie dziwi mnie to, bo różnice są naprawdę minimalne. Prawdopodobnie te przejścia przygotowywał widzący, potem widzący je oceniał, a jeszcze inny widzący inkasował pieniądze. Płytki z wypustkami musiały się tam znaleźć, ponieważ teraz dba się o likwidację barier dla niepełnosprawnych. Można było je zrobić lepiej, ale za większą cenę. Korzystniej jest zrobić, co trzeba, tylko za mniejsze pieniądze. Biznes się kręci, a nikt się nie będzie czepiać.
Takie płytki z wypustkami są niezwykle istotne dla ludzi z wadami wzroku. Dla niedowidzących ważny jest ich żółty kolor. Dla niewidomych – ich wyrazistość i odpowiednie ułożenie względem krawężnika. Wypustki powinny być duże i łatwo wyczuwalne. Takie, jakie możemy zaobserwować np. na bydgoskim Dworcu Głównym. Tam wykonawca postawił na jakość. Pasek takich płytek powinien biec równolegle do krawężnika, mniej więcej pół metra od niego. Niewidomy ustawia się wówczas na tym pasku i idzie prosto przez przejście dla pieszych. W ten sposób przejdzie bezpiecznie na drugą stronę ulicy.

Przepis na katastrofę
Zupełnym zaprzeczeniem tej idei jest żółty pasek z wypustkami na przejściu przez tory tramwajowe obok Wyższej Szkoły Gospodarki. Tam został położony półkoliście! Inaczej mówiąc – niewidomy ma dużą szansę, aby zgodnie z prawidłami sztuki wejść na torowisko i zupełnie nieoczekiwanie wylądować na środku skrzyżowania dwóch ulic!
W dodatku niektóre z naszych przejść dla pieszych mają wadliwie ustawioną sygnalizację dźwiękową. Tak zwane klikacze są słabo słyszalne albo, co gorsza, jedno ze świateł ma klikacz dużo głośniejszy. Łatwo można pomylić się w ocenie i, słysząc głośniejszy klikacz z innego przejścia, wejść prosto pod nadjeżdżający samochód. Prawdopodobnie nikt nie pytał niewidomych o zdanie w tej sprawie.

Absurdalne rozwiązania
Od ronda Grunwaldzkiego biegnie w głąb ulicy Grunwaldzkiej tzw. rowek prowadzący. Jest to rodzaj szyny, w którą niewidomy wkłada laskę i może bezpiecznie iść przed siebie. Wykonawca zapomniał, że kiedy biała laska zostaje unieruchomiona w rowku, nie można za jej pomocą badać okolicy. Niewidomy minie zatem wszystkie trzy wiaty przystankowe, ponieważ nie ma do nich rozgałęzień z takiej szyny.
Inna sytuacja: rowek kończy się zupełnie nieoczekiwanie w połowie budynku spółdzielni mieszkaniowej. Po co zatem taki rowek? Ano został wyodrębniony na fakturze, przyjęty i opłacony. I niech ktoś teraz powie, że miasto nie dba o niewidomych!
Natomiast rowek prowadzący w okolicach ronda Grunwaldzkiego byłby niezwykle potrzebny, ale w innym miejscu. Jedna strona ronda ma obecnie aż pięć pasów ruchu. To niezwykle długi odcinek do przejścia. Gdyby poprowadzić rowek przez środek przejścia dla pieszych, niewidomy miałby pewność, że nie skręci przypadkowo w prawo lub w lewo i że bezpiecznie przejdzie na drugą stronę we właściwym miejscu.

Niebezpiecznie dla niewidomych
Kolejną przeszkodą są krawężniki przy przejściach, które paradoksalnie zostały zmienione na potrzeby osób niepełnosprawnych. Schodzą płynnie na jezdnię i często nie można laską wyczuć różnicy pomiędzy końcem chodnika a początkiem jezdni. Rozwiązanie doskonałe dla osób na wózkach, ale groźne dla niewidomych.
Ideałem byłby podział takiego przejścia na dwie części: jedną z krawężnikiem dla niewidomych, drugą schodzącą łagodnie – dla wózkowiczów. Na tak szerokie spojrzenie wobec niepełnosprawności przyjdzie nam jednak pewnie jeszcze poczekać.

Bierzmy przykład z Torunia
Przechodząc do kwestii komunikacyjnych, muszę pochwalić naszych sąsiadów z Torunia. U nas klikacze przy przejściach dla pieszych odzywają się tylko wtedy, gdy jest zielone światło dla przechodniów. W Toruniu oprócz tego pojawia się także tzw. sygnał oczekujący, który pozwala zlokalizować niewidomemu przejście dla pieszych. Kolejne świetne toruńskie rozwiązanie – na przystankach można wcisnąć guzik informujący o najbliższym autobusie czy tramwaju. U nas o przyjeździe takiego pojazdu informują niedostępne dla niewidomych wyświetlacze. Dobre rozwiązania warto powielać.

Bezsensowne utrudnienia
Stoimy już jednak na przystanku w Bydgoszczy, przyjeżdża oczekiwany autobus. Otwierają się drzwi, ludzie wsiadają i wysiadają. Dokładnie po 4 sekundach od zatrzymania się autobusu pojawia się komunikat głosowy informujący o jego numerze. Jeżeli wsiadających i wysiadających nie było dużo, niewidomy zostanie na przystanku, bo nie zdąży wsiąść.
Kolejna kwestia – ściszanie bądź wyłączanie „gadaczki” w autobusach i tramwajach. Rozumiem, że przez 8 godzin każdemu kierowcy znudzi się wysłuchiwanie komunikatów o kolejnych przystankach. Dla nas jednak jest to niezwykle istotne. Nie tylko zresztą dla nas – także dla ludzi starszych czy schorowanych.
Wreszcie idziemy chodnikiem obok ulicy. Zgodnie z zasadami bezpieczeństwa niewidomy powinien trzymać się zewnętrznej krawędzi chodnika w stosunku do jezdni. Zwykle oznacza to spacer wzdłuż murów kamienic. Tu pomysłowość ludzka nie zna granic! Na drodze pojawiają się lampy, znaki drogowe, kosze na śmieci itp. Wszystko, co spokojnie mogłoby znajdować się tuż przy jezdni!

W kierunku dostępności
Studiowałem ostatnio projekt ustawy o dostępności, który jest elementem programu Dostępność Plus. Teraz trwają konsultacje społeczne tego projektu. Konkretów tam niewiele, rozwiązania szczegółowe mają znaleźć się w ustaleniach poszczególnych ministerstw. Są jednak tam dwie niezwykle obiecujące kwestie. Po pierwsze: instytucje, które nie zapewnią dostępności wszystkim niepełnosprawnym, mają płacić kary z przeznaczeniem na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Wtedy pieniądze popłyną szerokim strumieniem i PFRON będzie pewnie najbogatszą instytucją w kraju. Pytanie, co zrobić z tak gwałtownym napływem gotówki? Widząc obecne funkcjonowanie tej instytucji, obawiam się, że na naszych ulicach niewiele się zmieni.
Drugą, dużo lepszą wiadomością jest zapowiedź powołania Rady ds. Dostępności. Ma ona składać się z osób, które ustalą standardy dostępności dla całego kraju. Istnieje szansa, że grono to zaproponuje wiele ciekawych i pożytecznych rozwiązań. Warunek jest jeden: właściwy dobór członków takiej rady.

Dużo zależy od nas samych
Byłem raz świadkiem odbioru nowoczesnych wagonów bydgoskiej Pesy przez ekipę z Polskiego Związku Niewidomych. Zupełnie przypadkowo jechałem tym samym pociągiem. Grupa osób słabowidzących obchodziła wraz z kolejarzami cały wagon, oglądała rozwiązania techniczne. Jedyna osoba niewidoma w tym gronie usiadła w fotelu i do końca tej inspekcji nie ruszyła się z miejsca. Można zatem powiedzieć, że my sami, niewidomi, wycofujemy się na własne życzenie z życia społecznego!
Na zakończenie tych nieco gorzkich dywagacji postawię olbrzymi własny plus. Niezależnie od ustawowych rozwiązań i urzędniczej bezmyślności podczas tych moich spacerów z białą laską spotykałem się z niezwykłym zjawiskiem: ze zwykłymi ludźmi, którzy w każdym momencie oferowali mi swoją pomoc. Dochodzę do wniosku, że znieczulica to wymysł dziennikarzy! Jak widać, nasze społeczeństwo w dużo większym stopniu osiągnęło „dostępność plus” na tym najniższym, oddolnym, ludzkim poziomie niż całe nasze otoczenie urzędniczo-polityczne.