skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

„Dobrze jest tam, gdzie nas postawi sam Bóg” Magdalena Michalak

O posłudze wśród niewidomych, swojej kapłańskiej drodze oraz misji na Madagaskarze opowiada o. dr hab. Wojciech Kluj, przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Misjologów Katolickich.

Kto najczęściej świadczy pomoc niewidomym na misjach – duchowni, misjonarze świeccy czy może lekarze okuliści?
Wśród różnych form pomocy udzielanych na misjach szczególna miejsce zajmuje pomoc zdrowotna. Jeśli taka działalność jest prowadzona, to jej specyfika zależy od kraju. Np. na Madagaskarze nie było wśród nas żadnego lekarza, więc pomagaliśmy jedynie w zakupie lub dystrybucji lekarstw (m.in. dla więźniów). Nie przypominam sobie specjalnej akcji skierowanej do niewidomych. Czasem wśród darów pojawiały się też okulary, ale ja się tym nie zajmowałem, bo się na tym nie znam. Obecnie księża nie powinni pełnić funkcji medycznych. Od tego są specjaliści. Nasza działalność nastawiona była zasadniczo na opiekę duszpasterską i formację miejscowej ludności. Na jednej misji znajdował się ośrodek zdrowia prowadzony przez siostry. Dwie z nich, Malgaszka i Kanadyjka, były pielęgniarkami. Czasem im pomagaliśmy, ale zasadniczo to była ich działalność. Wspierano tych, którzy potrzebowali pomocy, nie było jakichś specjalnych grup wiekowych.

Czy osoby niewidome bądź słabowidzące angażują się czynnie w dzieło misyjne, czy może pomagają tu, na miejscu, w organizowaniu pracy misjonarzy?
Nie spotkałem żadnej szczególnej grupy osób słabowidzących bądź niewidomych, która by jakoś specjalnie wyróżniała się w działalności misyjnej. Nie znaczy to, że takich osób nie było, ale po prostu każdy pomagał tak, jak mógł, np. opiekując się dziećmi lub innymi chorymi. Na Madagaskarze wciąż problemem jest trąd, choć stopniowo skala choroby maleje. Wśród trędowatych, m.in. w placówce Marana założonej przez polskiego misjonarza bł. Jana Beyzyma, było też trochę osób słabowidzących, które jednak wnosiły swój wkład w funkcjonowanie placówki, np. przygotowując posiłki dla pozostałych mieszkańców.

Jest ojciec przewodniczącym Międzynarodowego Stowarzyszenia Misjologów. Jakie obowiązki wiążą się z pełnieniem tej funkcji?
Międzynarodowe Stowarzyszenie Misjologów Katolickich (International Association of Catholic Missiologists) jest naukowym zrzeszeniem osób, które zajmują się refleksją nad działalnością misyjną Kościoła katolickiego. Co cztery lata stowarzyszenie organizuje wspólną konferencję połączoną ze zgromadzeniem plenarnym wszystkich członków, którzy są w stanie przybyć. Ostatnie odbyło się w Pattaya w Tajlandii w 2017 r. Wcześniejsze miały miejsce w Nairobi w Kenii (2013), w Tagaytay na Filipinach (2010), w Pieniężnie w Polsce (2007), w Cochabamba w Boliwii (2003) i w Rzymie (2000). Najbliższe zaplanowane jest na rok 2021, i znowu odbędzie się w Rzymie. Ponieważ członkowie stowarzyszenia pracują w różnych krajach świata, te spotkania muszą się odbywać w różnych miejscach. Poza tymi zebraniami plenarnymi utrzymujemy kontakt elektroniczny i dzielimy się własnym dorobkiem naukowym i refleksjami. Zadaniem przewodniczącego jest pewna koordynacja, ułatwianie wymiany myśli oraz organizacja najbliższego zebrania plenarnego. Chciałbym tu też dodać, że istnieje również inne zrzeszenie, bardziej ekumeniczne, Międzynarodowe Stowarzyszenie Misjologiczne (International Association for Mission Studies).

Jak to się stało, że przy okazji decyzji o wstąpieniu na drogę kapłaństwa zdecydował się ojciec wybrać Zgromadzenie Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, które pełni posługę misyjną?
Droga wyboru powołania to zawsze pewna tajemnica osobistego spotkania z Bogiem. Ponieważ zawsze w moim sercu wzbudzał pragnienie mówienia o Nim innym, w sposób naturalny zainteresowałem się misjami. Znałem również jednego oblata, więc na drodze rozeznawania powołania był to jeden z punktów odniesienia. A reszta leży w głębinach Bożej miłości i pewnych zdarzeń…

Skąd w pracy naukowo-badawczej ojca zainteresowanie tematyką misji?
Wzięło się ono z faktu, że misjami zajmowano się naukowo w moim zgromadzeniu. Później zaś moi przełożeni zdecydowali się wysłać mnie na studia z tej dziedziny. Ciąg dalszy to po prostu konsekwencje tych wyborów.
Misje prowadzone są w krajach zazwyczaj bardzo odmiennych kulturowo od znanych nam, Europejczykom, wzorców. Zatem misjonarz musi być otwarty na inne kultury, języki, aby głosić Dobrą Nowinę i aby zrozumieć ludzi, wśród których posługuje…
Istnieją tysiące opowiadań o różnych nieporozumieniach wynikających z nieznajomości miejscowych kultur. Niektóre różnice wymagają jednak po prostu poznania miejscowego kontekstu. Madagaskar leży na półkuli południowej, więc słońce wschodzi na wschodzie, zachodzi na zachodzie, ale… w południe świeci od strony północnej, czyli obraca się w przeciwną stronę. To taka różnica geograficzna. Są jednak poważniejsze różnice – kulturowe. Na przykład język malgaski rzadziej stosuje stronę czynną. To nie „ja” otwieram drzwi, ale to „drzwi” są przeze mnie otwierane. Tak też wyglądają rozmowy. Nie powinno się nadużywać zwracania się do ludzi wprost, bo jest to obraźliwe.

Czy jest tak, że niechrześcijanie, którzy przyjmą sakramenty, niejako kontynuują dzieło misyjne i np. pod wpływem zafascynowania Jezusem głoszą wiarę w Niego wśród swoich rodaków? Czy może to mieć dla nich jakieś negatywne konsekwencje?
Czymś naturalnym jest fakt, że o rzeczach dla nas ważnych nie możemy nie mówić. Jeśli ktoś głębiej zrozumie i odczuje miłość Chrystusa, nie może o niej nie opowiadać. To tak jakby się dziwić, że młoda mama nie może przestać mówić o swoim dziecku, albo dziewczyna, gdy znajdzie swego jedynego, o swoim chłopaku. W zależności od okoliczności, miejsca, gdzie żyje, może to niekiedy mieć trudne do przewidzenia konsekwencje.

Który rodzaj posługi uważa ojciec za trudniejszy – głoszenie Dobrej Nowiny pośród ludzi, którzy być może jeszcze nigdy nie słyszeli o Jezusie, czy też „nową ewangelizację”, prowadzoną najczęściej w krajach nie tak drastycznie odmiennych kulturowo, jednak wśród ludzi, którzy najczęściej z własnej woli odeszli od Boga?
Rzeczywistości świadczenia o Chrystusie nie można oceniać skalą trudności. Są pewne kraje „pierwszej ewangelizacji”, gdzie wydaje się to relatywnie proste, ale w takich sytuacjach najczęściej nie ma też wielkich „sukcesów” apostolskich. Zresztą słowo „sukces” nie jest tu chyba najlepszym określeniem, bo nie jest ono żadnym z imion Boga. Okazuje się, że często im trudniej, tym bardziej Duch Święty przejmuje inicjatywę, i w rezultacie jest tym lepiej. Z drugiej strony w krajach o dawnej tradycji chrześcijańskiej, w których ostatnio dochodzi do pewnego regresu wiary, przynajmniej w wymiarze zewnętrznym, też wcale nie jest łatwo być świadkiem Ewangelii. Dobrze jest tam, gdzie nas postawi sam Bóg, a trudności to swoistego rodzaju szczegóły techniczne.

Co jest obecnie największym wyzwaniem w pracy misjonarzy, poza niedoborami finansowymi?
Trudności materialne nigdy nie były i nie będą najważniejszym wyzwaniem misyjnym. Rozdajemy tyle, ile mamy. Najważniejsze wyzwania zależą od rodzaju i miejsca pracy. Czasem będzie to zły wpływ środowiska, niekiedy niezrozumienie lub samotność. Dziś, w czasach ułatwionej komunikacji, można być jednak stale w kontakcie przez maila czy Skype’a lub inne narzędzia elektroniczne.

W jakich krajach ojciec posługiwał misyjnie? Jakie było największe wyzwanie, niedogodność lub niebezpieczeństwo podczas pracy? Jak radził sobie ojciec z barierą językową?
Moje doświadczenie misyjne to przede wszystkim Madagaskar. Spędziłem tam półtora roku. Miałem nadzieję na dłuższy pobyt, ale przełożeni zadecydowali inaczej. Poza tym pomagałem okresowo, kilka miesięcy, współbraciom w Turkmenistanie. Pewnego roku, pod nieobecność innych kapłanów, spędziłem dwa tygodnie w kanadyjskiej Arktyce wśród Inuitów (Eskimosów). Nie będę tu wspominał kilkudniowych wyjazdów na konferencje i różne spotkania, bo było to najwyżej zapoznanie się z pracą misyjną innych. Na pewno nauka języka pozostaje wielkim wyzwaniem, ale tak było zawsze, od samego początku. Zresztą taka jest natura inkulturacji, czyli wcielenia Ewangelii w lokalne kultury, a więc również języki. Każdy misjonarz popełnił wiele błędów językowych, ale to przecież nie musi wcale oddalać od słuchaczy. Czasem wręcz te pomyłki przybliżają ludzi do siebie.