skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Do kapłaństwa pod wiatr Kazimierz Gąska

Trzy lata temu w Sopocie, 28 marca 2016 r. w Poniedziałek Wielkanocny zmarł ksiądz Jan Kaczkowski. Miał niespełna 39 lat. Od czterech zmagał się z glejakiem – najbardziej złośliwą postacią raka mózgu. Zbudował najlepsze w kraju hospicjum, napisał kilka książek, wykładał na uniwersytecie. Tysiącom ludzi pokazał, że nawet z wyrokiem śmierci można nadal cieszyć się życiem. Od urodzenia cierpiał na poważny niedowład i upośledzenie wzroku.

Jaś przyszedł na świat 19 lipca 1977 r. w Gdyni w siódmym miesiącu ciąży i od pierwszych chwil jego życie wisiało na włosku. Ważył zaledwie 1020 g, ale do aktu urodzenia wpisano 980, bo gdyby umarł, nie byłoby kłopotu z określeniem przyczyny zgonu – minimalna waga noworodka wynosiła w tamtym czasie 1000 gramów. Lekarze nie dawali Jankowi dużych szans na przeżycie. Ilekroć jego ojciec przychodził do szpitala i pytał, czy syn żyje, pielęgniarka odpowiadała, że pójdzie sprawdzić. A przychodził codziennie. Potem oglądał syna w inkubatorze i na myśl przychodziło mu, że maleńki Jaś wygląda jak dziadek – taki chudy, bardzo cherlawy i pomarszczony.
Bez intensywnej rehabilitacji wkrótce groziłby mu paraliż całej lewej strony ciała, a wzrok mogła poprawić tylko interwencja chirurga. Ale rodzina Kaczkowskich mieszkała w Sopocie, a ratunek był w Krakowie.
Jasia czekały cztery operacje okulistyczne, a każda wiązała się z długotrwałym pobytem w szpitalu. Poza tym konieczne były nieustanne wizyty kontrolne oraz rehabilitacja. Tymczasem życie musiało toczyć się własnym trybem. Tata, z zawodu inżynier, wyjechał do pracy w Senegalu, by podreperować sytuację rodziny. Mama pracowała jako nauczyciel akademicki oraz zajmowała się dwojgiem starszych dzieci. Dlatego małym Jasiem za każdym razem przez parę miesięcy w roku opiekowała się babcia z Krakowa, którą wszyscy nazywali Wisią, choć miała na imię Wincentyna.

Krakowska fascynacja misterium
Babcia Wisia była osobą głęboko religijną, ale nie bezkrytyczną wobec Kościoła. Potrafiła celnie wypunktować wady niektórych kapłanów. Lubiła chodzić na msze do różnych kościołów i dzięki temu młody Jan odkrywał oddziałujący na wszystkie zmysły, fascynujący świat kolorowych witraży, migotliwych świec, dziwnych woni i dźwięków. Tajemnicze gesty księdza przy ołtarzu urzekały go do tego stopnia, że w skupieniu je naśladował, a wkrótce potrafił recytować z pamięci całe fragmenty mszy, choć czasem myliła mu się hosanna z sutanną. Babcia miała kawałek ziemi na wsi pod Miechowem i mały Jaś, biegając latem po mleko do sąsiadów, śpiewał głośno „Chwalcie łąki umajone”.

Trudne doświadczenia z Kościołem
Potem wrócił do rodzinnego Sopotu. Jeszcze w przedszkolu opowiadał dzieciom historie biblijne, a pierwsza komunia zapisała mu się w pamięci jako bardzo wzruszające przeżycie. Później było już tylko gorzej. Dość powiedzieć, że z powodu słabego wzroku zawsze siedział w pierwszej ławce i nie prowadził żadnych zeszytów. Dla wszystkich nauczycieli było to do przyjęcia, jednak nie dla katechety, który na koniec czwartej klasy wystawił mu ocenę niedostateczną. Mama Janka próbowała to wyjaśniać, jednak bezskutecznie. Od tej pory na religię już nie chodził, aż do czasu, kiedy pojawiła się w szkołach publicznych. Rozczarowaniem zakończyła się też próba zostania ministrantem. Jan nie przewidział, że w zakrystii może grozić mu przemoc, zamykanie w szafie i szyderstwa. Zbiórki ministrantów opuszczał więc coraz częściej, w końcu wyrzucono go z powodu nieobecności. Jeszcze przez jakiś czas w niedzielę wybierał się do kościoła, ale wkrótce i to porzucił. Przystąpił do bierzmowania, ale jego wrażenia nie były pozytywne. Po latach opisywał to tak: „Chodzili, smarowali nas po czole i coś mruczeli. To są odczucia piętnastolatka wychowanego w laickim środowisku. Sztuczność, dziwni faceci w dziwnych czapkach, którzy robią coś ewidentnie na odwal. (...) Dramat, kompletna porażka!” Wyglądało na to, że religia to w jego życiu temat zamknięty. Na amen!

Grunt to rodzina
Jak potem wielokrotnie wspominał – wywodził się z rodziny, w której nikt nie chodził do kościoła, a w domu nie było książeczki do nabożeństwa. Podejście rodziców Jana do wiary było dosyć luźne. Traktowali ją trochę jak rodzaj nieszkodliwego dziwactwa. Obydwoje byli otwarci na dyskusję o Bogu, ale mocno antyklerykalni. Owszem, mamie Helenie zdarzało się na ulicy zatrzymać samochód i wyłączyć silnik, gdy w zasięgu wzroku pojawił się ksiądz idący z sakramentami do umierającego, jednak bliższy niż wiara był dla niej racjonalizm. Ojciec Józef, jako inżynier nawykły do sceptycznego i zdroworozsądkowego myślenia, na temat Kościoła pogląd miał ugruntowany – porównywał jego działanie do systemów totalitarnych.
I mimo że Jan poszedł potem własną drogą, zawsze podkreślał, że wszystko zawdzięcza rodzinie, a zwłaszcza rodzicom. To oni obdarzyli troje swoich dzieci bezwarunkową miłością i zaufaniem. Młodzi Kaczkowscy wiedzieli, że w każdej sytuacji rodzice będą o nich walczyć i trzymać ich stronę. I że wszyscy mogą na sobie polegać. To dało im siłę i pewność siebie. Brat Filip został biznesmenem w branży budowlanej, a siostra Magda – prezesem dużej spółki. Obydwoje stworzyli szczęśliwe i stabilne rodziny.
Ale wiara we własne możliwości była potrzebna szczególnie najmłodszemu Janowi. Przyszły ksiądz i twórca puckiego hospicjum nigdy nie wątpił, że tylko dzięki determinacji rodziców nie pozostał niesprawny fizycznie czy pokurczony. Rehabilitacja, przebyta w dzieciństwie, przyniosła efekty na tyle dobre, ze mógł potem wyjeżdżać z rodziną w góry i szusować na nartach. Chociaż teoretycznie nie powinien. Mimo że fizycznie odstawał od rówieśników, to jednak dorastał w przekonaniu, że nie jest gorszy od innych. Bo nikt nie jest mistrzem we wszystkim – owszem, nie grał w piłkę, ale bynajmniej nie pozwolił sobie w kaszę dmuchać. Był mocno pyskaty i miał swoje sposoby, by wyegzekwować szacunek. A wiadomo, że wielka, pracująca na trzy zmiany szkoła publiczna to nie jest oaza łagodności. Zdarzały się tam kradzieże, przemoc wśród uczniów, znęcano się nad najsłabszymi. Starszy brat czuwał nad Janem i w razie potrzeby był gotów interweniować, ale ten sam dawał sobie radę. O szkołach integracyjnych nikt wtedy nie słyszał, ale dla mamy przyszłego księdza i tak było oczywiste, że syn musi pobierać taką samą edukację jak inni. Owszem, drugą i trzecią klasę zaliczył w domu, ale w czwartej powrócił do szkoły. Mama mówiła mu: – Jan, tam gdzie nie musisz, nie pokazuj swojej bezradności. Albo: – Bądź lepszy od innych, żebyś nadgonił swoje braki. I nie miał u niej żadnej taryfy ulgowej. – Dlatego – dodawał po latach – dziś sam mam wobec osób niepełnosprawnych i chorych wysokie wymagania. Moja postawa sprowadza się do tego, czego świadectwo dała mama w moim przypadku: każdy musi robić to, co jest w stanie robić.
Dom rodzinny nauczył go też współczucia dla innych i solidarności z tymi, którym się dzieje krzywda. Kiedyś razem z kolegą zostali postawieni przed całą klasą, bo mieli na sobie kolorowe sweterki zamiast obowiązkowych mundurków. W trakcie tej poglądowej pokazówki koledze spod swetra wypadło na podłogę małe plastikowe autko z brakującym kółkiem i zaczęło się groteskowo kręcić. Cała klasa ryknęła śmiechem, szyderstwom nie było końca. „Wtedy poczułem, że nigdy więcej, nigdy nie wolno nikogo poniżać, nikim pogardzać, bez względu na wszystko. Przeżyłem swój pierwszy dziecięcy bunt”.

Burzliwe czasy liceum
Każdy, kto był w Sopocie, wie, że Monciak, czyli ulica Bohaterów Monte Cassino, to główny deptak miasta schodzący w dół aż do morza i słynnego mola. Aby dojść do najbliższego kościoła – świętego Jerzego, trzeba iść w górę ulicy, a często przebijać się przez tłum turystów ciągnących nad wodę. Można więc powiedzieć, że Kaczkowski do kościoła miał pod górkę. W niedziele już do niego nie zaglądał, ale czasem dopadał go, jak to określał, syndrom niepokoju niedzielnego typowy dla ludzi, którzy utracili wiarę. Chociaż bywały okresy, że w dni powszednie zdarzało mu się chodzić do kościoła nawet parę razy w tygodniu, to od czasu, kiedy rozpoczął naukę w Środowiskowym Liceum Ogólnokształcącym, miał wiele bardziej absorbujących zajęć. Już jako ksiądz mówił bez ogródek, że wszedł wtedy w okres „grubego imprezowania”. Na religię chodził, ale do katechetów w dalszym ciągu nie miał szczęścia. Oceniał, że przeważnie były to nieprzeciętne głąby.
Zatem Jan wiódł ciekawe życie zarówno pod względem intelektualnym, jak i towarzyskim. W trzeciej klasie liceum było jeszcze weselej, bo co i rusz ktoś obchodził osiemnastkę. Właśnie w tamtym czasie zdarzyła się wycieczka do Torunia, która mogła zakończyć się tragicznie. Jeden z kolegów omal nie spadł z płaskiego dachu hotelu, a drugi prawie zadławił się wymiocinami. Jan też nie był święty. Dostał w twarz od dziewczyny, i to bynajmniej nie bez powodu.

Prorok z Torunia
Na drugi dzień wyszedł poszukać czegoś do picia i tak trafił na toruńskie stare miasto. Dręczony kacem i wyrzutami sumienia, wstąpił do kościoła. U spowiedzi nie był parę lat, ale wtedy „coś” kazało mu podejść do konfesjonału i zrzucić z siebie ciężar ostatnich wyczynów. Stary jezuita wysłuchał go cierpliwie i ze współczuciem, a potem ni z tego, ni z owego zapytał: – A nie myślałeś o kapłaństwie? – Prorok czy co?! – pomyślał chłopak, bo swym pytaniem ojciec Wacław uświadomił mu, że od dawna ta właśnie myśl coraz bardziej go dręczy mimo racjonalnego oporu. Czuł też, że wszelkie wątpliwości nagle znikają. Jednak to nie był żaden grom z jasnego nieba. Po prostu wreszcie dopuścił do świadomości to, co od dawna się do niej przesączało. Nim przyszła matura, był już pewny swojej przyszłości i nie chciał niczego odkładać. Mimo tego, że mógł studiować we Francji udał się do jezuitów w Gdyni, bo zakon ten wydawał mu się dostatecznie „ekstremalny” jak na jego potrzeby. Bo jak już coś robił, to na całego. Ale jezuici go nie przyjęli. Naprawdę odebrał to jako prawdziwą klęskę życiową. Najbardziej zabolała go sugestia, że oprócz problemów ze wzrokiem są jeszcze inne przeciwwskazania. Nie dowiedział się jakie. Był zrozpaczony. Nie miał rozeznania co do innych zakonów, złożył więc papiery do seminarium diecezjalnego.
I w tym momencie właśnie klasę pokazali rodzice Jana. Mimo że nie pochwalali decyzji syna, który ich zdaniem wybrał degradację społeczną i ekonomiczną, to postanowili działać. Pan Józef poprosił o pomoc wojewodę Macieja Płażyńskiego, ponieważ wiedział, że dobrze znał ówczesnego arcybiskupa gdańskiego, Tadeusza Gocłowskiego. Rozmowę kwalifikacyjną u rektora seminarium Jan przeszedł pomyślnie. Ostateczna decyzja należała do arcybiskupa. I tak, trochę w wyniku protekcji, jesienią 1996 r. Jan został klerykiem w Gdańskim Seminarium Duchownym.

Nareszcie na swoim miejscu
Seminarium mieści się w dawnym klasztorze cystersów w Oliwie. Byłe opactwo ma swój unikalny klimat i z pewnością pomaga tym, którzy szukają w nim ciszy, skupienia i kontemplacji. Jednak nie samą modlitwą człowiek żyje, zwłaszcza gdy ma 20 lat. Dlatego czasem ktoś budził się w łóżku z figurą świętego albo z gaśnicą pod poduszką. Jeden z kleryków, który zawsze miał wszystko pedantycznie poukładane, znalazł kiedyś swoje kapcie przybite gwoździami do podłogi. Kaczkowski poznał tu wiele wartościowych osób i prędko rozwiały się jego wcześniejsze obawy co do jakości kandydatów na księży. Bardzo szybko wszedł w spokojny rytm nowego życia i z każdym dniem utwierdzał się w przekonaniu, że jego wybór był słuszny. Doświadczał coraz głębszych przeżyć religijnych. W książce „Życie na pełnej petardzie” opowiada dziennikarzowi, Piotrowi Żyłce, o jednej z takich sytuacji. Któregoś dnia wszedł do katedry. Kolega ćwiczył właśnie grę na organach.
„Klękam przy balaskach przed ołtarzem Najświętszego Sakramentu i czuję potężną bliskość z Chrystusem. Myślę: dlaczego taki zwykły wtorek – bo to był wtorek – nie może być przełomowym momentem w moim życiu? I w tym momencie odnowiłem w ciszy moje postanowienie bycia księdzem. To mi dodało takich skrzydeł, że jeszcze teraz, po szesnastu latach, tym żyję. Są takie momenty, które Bóg nam daje (...). Oczywiście, sceptyk, czyli ja też, powiedziałby, że natchnęła mnie wówczas muzyka, a nie Bóg. Ale może to Bóg posłużył się tą muzyką?”.
Innym razem Kaczkowski wyznaje: „Jak pokazać, że kapłaństwo może być fascynującą przygodą? (…) Że całkowite oddanie się Panu Bogu w Kościele katolickim ma sens. (…) Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że (…) tak najgłębiej, w swoim wnętrzu, czuję się przede wszystkim mistykiem. Na zewnątrz tego nie widać”.
– Nigdy niczego nie byłem tak pewny jak tego, że chcę zostać księdzem – powtarzał wielokrotnie. Mimo to aż do samego końca studiów teologicznych drżał o to, czy zostanie dopuszczony do święceń. Bo co jakiś czas jak bumerang wracała kwestia jego słabego wzroku.

Skaner
Fakt – nosił już wtedy okulary minusowe o mocy kilkunastu dioptrii, a bez nich czytał, dotykając nosem tekstu. Jakby wąchał kartki. Dlatego rychło dorobił się żartobliwego pseudonimu – Skaner. Niezbędne materiały kolega drukował mu w formacie A3, czyli około 30 na 40 cm, i jakoś sobie radził. Ale nie wszyscy byli skłonni do dobrotliwych żartów. „Idzie na przykład profesor i krzyczy: – Przeczytaj mi to na głos, bo ja w ogóle nie wiem, czy ty widzisz!”. A jeden ze starych wykładowców nawet głośno powątpiewał, czy Kaczkowski w ogóle umie czytać. W końcu Jan postanowił wyjaśnić sprawę z rektorem. Zapewnił go, że jest człowiekiem odpowiedzialnym i jeśli uzna, że nie podoła kapłańskim obowiązkom, to sam zrezygnuje. Przełożony z kolei obiecał, że jeśli nie wyrzucą go za słaby wzrok do końca trzeciego roku, to z tego powodu już na pewno nie wyrzucą go wcale. Ale po drugim roku nastał nowy rektor i historia zaczęła się powtarzać. Jan często słyszał: – Martwimy się o ciebie. I z powodu tej troski żył w ciągłej niepewności. Tak dotrwał do ostatniego roku. I do końca nie wiedziano, co z nim zrobić. Prawdopodobnie jego przełożeni najbardziej obawiali się, żeby przez swoją niepełnosprawność nie ośmieszył kapłaństwa w ogólności. Niemniej jednak nie pomagało mu i to, że w seminarium mówił za dużo i bez instynktu samozachowawczego. No i czytał antyklerykalną „Gazetę Wyborczą”.
Na ostatniej naradzie w seminarium, podczas której miała zapaść decyzja co do jego święceń, ktoś po raz kolejny martwił się, czy Jan sobie poradzi. Zapanowała wrzawa. W końcu jeden z proboszczów z tytułem profesorskim spróbował rozładować atmosferę. – A pieniądze widzi? – zapytał. Inny profesor odkrzyknął: – Widzi! – No to święcić! – odpowiedzieli chórem. Decyzja zapadła wśród głośnego śmiechu i potem już zawsze ksiądz Kaczkowski opowiadał, że został wyświęcony dla żartu. A fakt, że nie wyrzucono go, chociaż tyle chlapał jęzorem, to pośredni dowód na istnienie Boga – często wspominał.
I tak, po wielu trudach i niepokojach, 15 czerwca 2002 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Mszę prymicyjną odprawił w swojej sopockiej parafii, w garnizonowym kościele świętego Jerzego. Tym, do którego z takim trudem i uporem musiał się wspinać.

Kapelan
Dla pewnych decydentów kościelnych problem z Kaczkowskim nie zniknął. Ktoś najwidoczniej uznał, że trzeba by go gdzieś schować. Dlatego, chociaż diecezja gdańska składa się głównie z trójmiejskiej aglomeracji – ksiądz Jan został przydzielony do odległego o 40 km Pucka. Miał być kapelanem w domu pomocy społecznej i w szpitalu. Ale, jak mówi Pismo Święte, czasem kamień odrzucony przez budujących staje się kamieniem węgielnym. Gdy po dwóch latach likwidowano część oddziału wewnętrznego z pacjentami w stanie terminalnym, młody ksiądz wraz z lekarką i kilkoma pielęgniarkami założył hospicjum domowe – by nie zostawiać tych ludzi bez opieki. A po kolejnych paru latach wyrosło z tego Puckie Hospicjum pw. św. Ojca Pio. Osiągnięcie, z którego chyba był najbardziej dumny, bo do ostatnich dni życia zajmowały go tylko trzy sprawy: dobra śmierć, zbawienie i hospicjum. Nawet własne umieranie potrafił spożytkować dla dobra innych.

Kapłaństwo totalne
A jakim był księdzem? Totalnym. Bo tylko ktoś taki mógł złożyć następujące wyznanie: „W pewnym momencie mojego kapłaństwa złożyłem osobisty ślub: «Panie Boże, nie mam Ci wiele do ofiarowania, ja Tobie ofiaruję mój prywatny czas jako ofiarę oddania się w całości. To mój ślub dla Ciebie». Dlatego staram się swoje kapłaństwo przeżywać tak, żeby nie mieć prywatnego czasu”. Nie przypuszczał wtedy nawet, jak niewiele mu tego czasu zostało.

Przy pisaniu artykułu korzystałem z książki ks. Jana Kaczkowskiego i Piotra Żyłki pt. „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” (WAM 2015) oraz licznych wywiadów prasowych.