skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Historia

W świetle minionych faktów Włodzimierz Dolański

Fragmenty artykułu twórcy czasopisma – doktora Włodzimierza Dolańskiego – przedstawiającego początki istnienia „Pochodni”. Tekst został opublikowany z okazji setnego numeru „Pochodni” w grudniu 1956 r.

(...) Po pierwszej wojnie światowej, kiedy liczba niewidomych znacznie się zwiększyła, bardziej niż kiedykolwiek zaczęto odczuwać brak czasopism i książek im dostępnych. Najlepiej sytuowanym w tym okresie krajem były Stany Zjednoczone Ameryki i tam też powstała inicjatywa stworzenia fundacji pod nazwą: „American Braille Press”, która miała dostarczyć również i dla zagranicy wytłaczane pismem punktowym wydawnictwa w różnych językach, a z czasem nawet całe urządzenia drukarskie. W ten sposób mogły zostać zaspokojone potrzeby kulturalne niewidomych. Centrala tej instytucji dla Europy miała swoją siedzibę w Paryżu i tu poszczególne kraje nawiązywały odpowiednie kontakty.
Łączność tej fundacji z pierwszym rządem Rzeczpospolitej Polskiej właściwie nie dała żadnego efektu, gdyż nie potrafiliśmy wykorzystać ofiarowanej nam pomocy. Dopiero około 1925 r. stworzona została w centrali: „American Braille Press” w Paryżu sekcja polska, w której zaczęto drukować dla niewidomych w Polsce kwartalnik pod tytułem „Braille'a Zbiór” oraz niektóre dzieła naszej literatury, jak: „Trylogię” Sienkiewicza, Ossendowskiego „Podróże”, niektóre nowelki itp. Na treść wyżej wspomnianego kwartalnika składały się opowiadania, wychodzące w odcinkach, streszczenia różnych artykułów, które, choć mogły tworzyć interesującą całość, nie były związane z nurtem życia codziennego, z potrzebami ogółu niewidomych, z bolączkami każdej jednostki. Należało dążyć do stworzenia czasopisma własnego, drukowanego tu, w kraju, w którym byłyby poruszane, oprócz tematów ogólnych, tematy ściśle dotyczące polskich niewidomych.
Sprawę zorganizowania takiego miesięcznika brajlowskiego wziąłem w swoje ręce, choć prócz poborów nauczycielskich nie miałem na ten cel żadnych specjalnych funduszy – jedynie zapał młodzieńczy i garstkę ofiarnych przyjaciół. Nieskomplikowaną aparaturę do pisania matryc na parafinowanym papierze otrzymałem z ABP z Paryża, do pracy redakcyjnej udało mi się zaprosić mego przyjaciela – polonistę – profesora Leona Paradowskiego, a pisanie matryc powierzyłem Emilii Lewickiej, byłej wychowance zakładu lwowskiego. Lektorką była moja matka, która równocześnie zajęła się wszelką pracą techniczną przy powielaniu na zwilżonym papierze. Napisy na okładkach były wykonane przez studenta architektury Politechniki Lwowskiej – Józefa Koniszewskiego, ja zaś dostarczałem artykułów tyflologicznych, związanych z naszą sprawą, oraz zajmowałem się całą korespondencją, ekspedycją itp. Wszyscy pracownicy wykonywali swoje czynności bezinteresownie, z wyjątkiem Emilii Lewickiej, która otrzymywała skromne wynagrodzenie.
Po zorganizowaniu całego aparatu wydawniczego, mieszczącego się w moim mieszkaniu, zwróciłem się do odpowiednich władz o pozwolenie wydawania tego miesięcznika, który jak pochodnia wśród nocy miał kierować swoich czytelników na właściwe drogi, służyć radą i zachęcać do wytrwania, mimo trudności nastręczanych przez życie. Ustaliliśmy, że czasopismo to będzie nosić symboliczną nazwę „Pochodnia”. Pierwszy jej numer pojawił się we wrześniu 1927 r., a motto artykułu wstępnego brzmiało: „Idźmy naprzód pełni wiary, mierzmy siły na zamiary, wierzmy, że po wiekach klęski przyjdzie dla nas dzień zwycięski”.
Początkowo nakład tego czasopisma wynosił sześćdziesiąt egzemplarzy miesięcznie. „Pochodnia” spełniała swoje zadanie kulturalno-społeczne, informując czytelników między innymi o osiągnięciach niewidomych poza granicami naszego kraju, o ich organizacjach samopomocowych, do których stworzenia należałoby i u nas dążyć. Przez dwa lata „Pochodnia” spełniała swoje zadanie publicystyczne, jednak z powodu nadmiaru pracy dla kilkuosobowego zespołu oraz wzrastających trudności materialnych wydawnictwo musiało zostać – chwilowo, jak wówczas sądziłem – zawieszone. Jeden komplet miesięcznika „Pochodnia” był przeze mnie troskliwie przechowywany jako dokument. W bibliotekach naszych zakładów również musiały się one znajdować – niestety, wypadki wojenne wszędzie poczyniły spustoszenia.
W związku z przerwaniem wydawnictwa trzeba było znów ograniczyć się tylko do wydawanego za granicą kwartalnika sekcji paryskiej „Braille'a Zbiór”. Stopniowo jednak zaczęła dojrzewać w Polsce sprawa założenia własnej, nowoczesnej drukarni brajlowskiej na szerszą skalę. Na Międzynarodowym Kongresie Niewidomych, który miał miejsce w Nowym Jorku, ustaliliśmy na konferencji w Paryżu z dyrektorem ABP – panem Georgem Raverantem – że otrzymamy w darze cały komplet maszyn oraz fundusze na opłacenie personelu i wszelkich kosztów wydawnictwa przez okres dwóch lat. Należało tylko znaleźć odpowiednie pomieszczenie, które służyłoby do tego celu. Znając trudności lokalowe ówczesnej Warszawy, zwróciłem się z tą sprawą do prezydenta Poznania – Cyryla Ratajskiego, który, przedstawiwszy Radzie Miejskiej konieczność powstania u nas takiej drukarni, otrzymał zgodę na przyznanie nam bezpłatnie pięciopokojowego lokalu w willi przy ulicy Grunwaldzkiej. Z gościnności Poznania nie skorzystaliśmy jednak, gdyż w tzw. międzyczasie drukarnia została ulokowana w barakach przy ulicy Zygmuntowskiej 9 w Warszawie, gdzie mieściła się już „Latarnia”.
Dotychczasowy kwartalnik „Braille'a Zbiór”, wydawany już w kraju, zamieniono na miesięcznik o tym samym mniej więcej charakterze jak w Paryżu. Ponadto tłoczono różne książki z literatury polskiej. Prace te trwały do wybuchu drugiej wojny światowej. Na skutek działań wojennych (lata 1939–1944) i zupełnego zniszczenia całej aparatury drukarskiej, nastąpił w pracy wydawniczej ponownie okres przerwy. W nowych, powojennych warunkach gruntownych reform i zmian społecznych powołanie do życia dawnej „Pochodni” stało się koniecznością. Jako przewodniczący nawiązałem ponownie kontakt z dyrektorem ABP Raverantem, który przybył w roku 1947 do Warszawy i na miejscu przekonał się o ogromie zniszczeń w naszym dorobku wydawniczym i bibliotekach szkolnych. Dzieci z naszych zakładów uczyły się bez podręczników, bez wszelkich pomocy naukowych. Wobec powyższego uważałem za rzecz konieczną przyjście z pomocą przede wszystkim szkołom, a mając do dyspozycji poniemiecki zakład dla niewidomych we Wrzeszczu, zorganizowałem tam ręczne przepisywanie podręczników szkolnych. Do pracy tej została zaangażowana grupa dziewcząt – kopistek, częściowo z Chorzowa i z Wirowa nad Bugiem, a druga grupa do podobnej pracy powstała w Bydgoszczy. W ciągu roku 1947/1948 przepisano trzysta tomów, które zostały przydzielone bezpłatnie szkołom proporcjonalnie do ilości wychowanków.
W czasie pobytu w Londynie w 1948 r. na zaproszenie Organizacji Narodów Zjednoczonych celem zapoznania się ze sprawą niewidomych w Anglii, udało mi się ponownie wyjednać od ABP komplet maszyn drukarskich oraz papier na zapoczątkowanie pracy, która tym razem miała zaspokoić wszystkie nasze potrzeby wydawnicze. Nim jednak ta przesyłka nadeszła, skorzystaliśmy ze znalezionej we Wrzeszczu starej maszyny klawiszowo-nożnej do pisania matryc oraz prasy introligatorskiej, dzięki czemu można było przystąpić natychmiast do wznawiania po dwudziestoletniej przerwie czasopisma „Pochodnia”. Na redaktorów tego pisma udało mi się pozyskać obywateli: Wacława Kotowicza i Tadeusza Józefowicza, którzy doskonale orientowali się w problematyce spraw niewidomych i całym sercem byli jej oddani.
Pierwszy wrześniowy numer „Pochodni” wydany we Wrzeszczu w roku 1948 był kontynuacją dawnej „Pochodni” lwowskiej, a zadaniem jej było rozwiązywanie trudnych spraw życia niewidomych w nowej rzeczywistości budującej się Polski Ludowej. Przez następne dwa lata dobrze prosperujące wydawnictwo doznało nowego wstrząsu z powodu niewłaściwie wykorzystywanych wpływów politycznych przez niektóre jednostki, celem osobistych rozgrywek, co w konsekwencji musiało odbić się ujemnie i na całokształcie sprawy niewidomych. W roku 1950 obywatel Kotowicz na skutek narzuconej mu linii postępowania w pracy redakcyjnej rezygnuje z zajmowanego stanowiska naczelnego redaktora, a w rok później czyni to samo i obywatel Józefowicz. Było to niepowetowaną stratą dla wydawnictwa. Odtąd bowiem te stanowiska są przeważnie zajmowane przez ludzi przypadkowych, bez żadnego przygotowania i znajomości właściwej problematyki, a jedyną ich kwalifikacją był fałszywie pojęty awans społeczny.
Przy tych trudnych, sztucznie wywołanych warunkach, niezdrowych ambicjach i antagonizmach oraz nieprzyjaznej atmosferze, jaka do niedawna panowała, nie można było nawet myśleć o harmonijnym zespoleniu wysiłków i wykorzystaniu wszystkich wartości ludzi, którzy mogliby przyczynić się do wydajniejszej współpracy redakcyjnej.
Oddanie setnego numeru „Pochodni” do rąk czytelników zamyka okres, w którym nic już nie da się zmienić, ale popełnione błędy oraz wysoka cena, która została za nie zapłacona, powinny być hamulcem przed ich powtarzaniem. Znany polityk i filozof osiemnastego wieku – Benjamin Franklin powiedział: „mądry jest ten, kto potrafi uczyć się na cudzych błędach, głupi ten, kto nie potrafi nauczyć się na własnych”. To twierdzenie tak proste i jakże jednocześnie trudne bywa do wprowadzenia w czyn.
Pozostaje życzyć obecnemu zespołowi redakcyjnemu, by należąc do pierwszej grupy ludzi wskazanych przez Franklina, potrafił wnieść do „Pochodni” żywy, tętniący nurt, wnikający we wszystkie przejawy życia społecznego, ekonomicznego, oświatowego, bytowego każdej jednostki. Niechaj „Pochodnia” stanie się kuźnią, w której wykuwać się będą w ogniu dyskusji złote charaktery, ścierać się będą poglądy na świat, na te, jakie może i powinno być w nim nasze miejsce, bowiem od poziomu etycznego, wykształcenia zawodowego i uczciwego stosunku do pracy otaczających nas ludzi zależeć będzie stanowisko niewidomego w naszym socjalistycznym społeczeństwie.