skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Historia

Spojrzenie wstecz Danuta Tomerska

Fragmenty artykułu Danuty Tomerskiej przybliżającego historię czasopisma od pierwszego powojennego numeru, do roku 1956, czyli do setnej publikacji. Tekst ukazał się w czerwcu 1996 r.

(...) „Pochodnia” znowu ukazała się we wrześniu 1948 r. w Gdańsku-Wrzeszczu, w nowej rzeczywistości Polski Ludowej (pierwsze pojawienie się czasopisma miało miejsce w okresie międzywojennym – dop. red.). Była miesięcznikiem drukowanym na szarym kartonie, w odstępach co drugi wiersz, aby ułatwić czytanie początkującym brajlistom. Redaktorem naczelnym został Wacław Kotowicz. Pracował w niezwykle trudnych warunkach. Nie miał lektorki, czytał sam przy pomocy silnie powiększających szkieł, nie wyjeżdżał w teren i nie miał pieniędzy na honoraria. Według opinii znających go ludzi był pracowitym i zdolnym redaktorem, ale miał silną indywidualność i duże trudności w pracy kolektywnej. Nie mogąc zgodzić się z narzuconą mu linią postępowania, złożył rezygnację.
Patronat nad „Pochodnią” objął wówczas Komitet Redakcyjny (pierwsze kolegium), w skład którego weszli: Józef Buczkowski – nauczyciel i działacz społeczny, Tadeusz Józefowicz – kierownik drukarni brajlowskiej, i Wacław Perkowski – korektor. Komitet działał tylko pół roku, ale zdążył powołać do życia – w ramach czynu pierwszomajowego – dwutygodnik dla niewidomych dzieci w wieku szkolnym – „Światełko”.
Po likwidacji zakładu we Wrzeszczu i przeniesieniu „Pochodni” do Warszawy jej redaktorem naczelnym został Stanisław Madej – działacz partyjny i związkowy. Główną jego troską było upolitycznienie „Pochodni”, zgodnie z wymogami czasów stalinowskich. Poszczególne numery czasopisma z tego okresu zawierają masę przedruków o treści ideologicznej, prezentują sylwetki przywódców komunizmu, teksty pieśni masowych itp. Ale trafiają się materiały dotyczące działalności organizacyjnej niewidomych w Polsce, a czerwcowa i lipcowa „Pochodnia” z 1951 r. poświęcona jest pierwszemu zjazdowi Związku Niewidomych.
W 1952 r. rozpoczyna pracę w redakcji nowo ociemniała dziennikarka – Jadwiga Stańczakowa, która potem przejęła funkcję naczelnego redaktora „Pochodni”. Odtąd życie czasopisma toczy się już ustabilizowanym rytmem. Jego treść obejmowała następujące działy: artykuł wstępny, wiadomości z kraju i ze świata, z życia niewidomych, z pracy Zarządu Głównego PZN, literatura i sztuka, wiadomości popularnonaukowe, muzyka, radio, teatr, film, sport, humor, odpowiedzi redakcji. Wkrótce przybył jeszcze „kącik kobiet”.
Dużo tu było przedruków, ale w dziale literackim prezentowali swe utwory również niewidomi autorzy. Pisali, jak umieli, uwieczniali swoje dzieła według zdolności i możliwości twórczych. Prawie w każdym numerze można było przeczytać opowiadanie lub wiersze Józefa Śmietanki – późniejszego redaktora „Pola Stelo”, a w rubryce „Uśmiechnij się”, obok Wiecha, Grodzieńskiej, Załuckiego, zaznaczył swoją obecność zabawnymi fraszkami „Sztyfcik” – Rudolf Wysocki – działacz związkowy ze Śląska. W sporcie były nie tylko wiadomości ogólne, lecz także kącik szachowy dla niewidomych i gimnastyka poranna, zaś w muzyce – nuty brajlowskie.
Nadzwyczaj interesujący był dział „Niewidomi za granicą”, który redagował Jan Silhan – i robił to świetnie. Znał kilka języków, otrzymywał prasę brajlowską z różnych krajów, skąd czerpał materiały, i można powiedzieć bez przesady, że dzięki tej rubryce Jan Silhan stał się jakby znakiem firmowym „Pochodni”.
Treść miesięcznika wzbogacała również Jadwiga Stańczakowa swoimi profesjonalnymi reportażami. Często wyjeżdżała w teren, odwiedzając zakłady pracy dla niewidomych. W swych problemowych artykułach uwypuklała to, co rozbudzało społeczną wyobraźnię.
Już w końcu 1952 r. rozpoczęła się na łamach miesięcznika ożywiona dyskusja, poprzedzona artykułem J. Silhana pt. „Jaką chciałbym widzieć «Pochodnię»”. Celem dyskusji było powiązanie treści czasopisma z życzeniami jego odbiorców. (...)
Poszczególne działy „Pochodni” przekształciły się w kwartalne dodatki, a potem już jako samodzielne periodyki zaczęły żyć własnym życiem („Magazyn Muzyczny”, „Niewidomy Spółdzielca”, „Głos Kobiety”).
W dniach 26 i 27 listopada 1954 r. odbył się w Warszawie, w Sali Budżetowej Sejmu, pierwszy zjazd korespondentów „Pochodni”. Jednym z bohaterów zjazdu był Michał Kaziów, którego aktywna postawa wobec życia, wytrwała, ciężka praca nad opanowaniem brajla i czytania górną wargą, zjednała mu wśród zebranych z całej Polski ludzi podziw i szacunek. Artykuł o tym zjeździe napisał do „Pochodni” student Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego – Józef Szczurek.
„Pochodnia” tamtych czasów była niedoskonała, prosta, siermiężna, ale jedyna, swojska i ukochana przez czytelników. Świadczą o tym liczne listy do redakcji. Współpracowali z nią ściśle – i to warto podkreślić – czołowi aktywiści oraz przywódcy Związku Niewidomych i spółdzielczości. Nie podaję tu nazwisk, bo nie sposób wymienić wszystkich, którzy dokładali kolejne cegiełki do wzbogacania pisma.
W połowie lat pięćdziesiątych wokół „Pochodni” skupiło się wielu ludzi młodych – absolwentów szkół średnich i studentów. Ówczesna młodzież dobrze znała brajla, więc „Pochodnię” czytała. To pismo w pewnym sensie stało się też trybuną dla młodych talentów. Tu umieszczali swoje utwory Jerzy Szczygieł, Michał Kaziów i inni.
Oto wiersz Bartka Rogowskiego, studenta polonistyki, zatytułowany „Łatwiej”:
Łatwiej jest nic nie mówić, będąc pełen wrażeń,
łatwiej czegoś nie wykonać, kiedy zarząd każe,
łatwiej jest już pilnować swoich obowiązków
łatwiej jest się zegarka doczekać ze związku,
łatwiej starczym nie prawić juniorom moraliów,
łatwiej nawet z „Pochodni” dostać honorarium,
koncert spotkać już łatwiej z pełną salą ludzi,
łatwiej już referatem słuchaczów nie znudzić
łatwiej wiersz ten czytając o jego autorze,
myśleć, że człek normalny (lub niewiele gorzej),
łatwiej spotkać zabawę bezalkoholową,
łatwiej znieść już krytykę ostrą, ale zdrową,
łatwiej żyć niewidomym jak przystało, zgodnie...
niźli całą – do końca przeczytać „Pochodnię”.
Pochylam się nad starymi zakurzonymi rocznikami „Pochodni” i przeglądam artykuły sprzed 40 lat. Są tak różne – i znaczące, i pisane nieporadnie, amatorsko. Czytam je ze wzruszeniem, bo są tak szczere, wyraziste, zaangażowane, że niemal słychać w nich rytm ludzkiego serca. Odczytuję nazwiska ludzi, którzy je pisali. Niektórych znałam, lubiłam, podziwiałam. Pamiętam, jacy byli – starzy, młodzi, wysocy, niscy, przystojni czy szpetni. Jedni odeszli w niepamięć, inni już – na zawsze. W czerwcu tego roku zmarła Jadwiga Stańczakowa. Kiedy ją poznałam, była ładną niewysoką blondynką o pięknych jasnych włosach i niebieskich oczach.
W grudniu 1956 r. ukazał się setny numer „Pochodni”. Znalazłam w nim artykuł Włodzimierza Dolańskiego pt. „W świetle minionych faktów”, który kończy się słowami: „Niechaj «Pochodnia» stanie się kuźnią, w której wykuwać się będą w ogniu dyskusji złote charaktery, ścierać się będą poglądy na świat, na to, jakie może i powinno być nasze w nim miejsce, bowiem od poziomu etycznego, wykształcenia zawodowego i uczciwego stosunku do pracy – zależeć będzie stanowisko niewidomego w naszym społeczeństwie”.
Czy to przesłanie nie jest aktualne i dziś? W 1958 r. Jadwiga Stańczakowa zrezygnowała z pracy w redakcji, aby poświęcić się twórczości literackiej. Stanowisko naczelnego redaktora „Pochodni” objął młody absolwent Wydziału Dziennikarstwa – Józef Szczurek. Jego pogodne usposobienie, poczucie humoru i życzliwość zjednały mu wielu przyjaciół wśród czytelników „Pochodni” (...).