skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Historia

Tajemnicze punkciki Ewa Fraszka-Groszkowska

Rocznice zwykle skłaniają nas nie tylko do organizowania uroczystych obchodów, ale również do refleksji. To dobrze, bo gdyby nie fakt, że „Pochodnia” obchodzi w tym roku swoje sześćdziesięciolecie ukazywania się w wersji brajlowskiej, z pewnością nawet nie przyszłoby mi na myśl, że tak wiele mnie z nią łączy.
Po pierwsze – mamy prawie tyle samo lat i o ile ja w tym miejscu nie mam się czym chwalić, o tyle ona znajduje się z całą pewnością w czołówce, jeśli chodzi o wiek czasopism polskich, które są miesięcznikami.
Moja znajomość z „Pochodnią” zaczęła się we wrześniu 1974 r. Wtedy to jako studentka I roku dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim musiałam odbyć miesięczną praktykę, przed rozpoczęciem studiów, w redakcji jakiegoś czasopisma. I tu właśnie zostałam mile zaskoczona, gdy opiekunka roku zasugerowała mi redakcję „Pochodni”, a wszystko dzięki temu, że znała jej ówczesnego redaktora naczelnego – Józefa Szczurka, który kilkanaście lat wcześniej również na UW studiował dziennikarstwo. Tak zaczęło się moje studenckie terminowanie w redakcji „Pochodni”.
Po rozpoczęciu roku akademickiego przychodziłam tu już w każdy piątek. Nie mogłam chyba trafić lepiej. Przecież Warszawa była dla mnie wtedy zupełnie obcym miastem. Nie miałam tu ani rodziny, a początkowo nawet znajomych. Mieszkałam w akademiku. Dlatego też pracowników redakcji oraz samo czasopismo uważałam za coś bardzo mi bliskiego. Do redakcji przychodziłam zawsze z ogromną radością. Tu mogłam o wszystko zapytać – nie tylko o zagadnienia dotyczące warsztatu dziennikarskiego, ale także o to, co często było bardzo istotne dla osoby całkowicie niewidomej, która nie znała zupełnie Warszawy.

Przyjemne z pożytecznym
Prawdziwe zmagania z brajlowską „Pochodnią” zaczęły się od momentu, gdy okazało się, że tematem mojej pracy dyplomowej jest „Monografia «Pochodni»”. Przez kilka miesięcy bywałam wtedy na Konwiktorskiej codziennie. Czasami od rana do późnego wieczora siedziałam w bibliotece książek brajlowskich i wertowałam „Pochodnię” – stronę po stronie, numer po numerze. Jakaż byłam szczęśliwa, że w mojej pracy jestem samodzielna, a to wszystko przecież było zasługą pisma punktowego, które towarzyszy naszemu miesięcznikowi od jego powstania do dziś.
To nie koniec mojej przygody z „Pochodnią”. Dokładnie 32 lata [do końca 2017 r. – czyli do kiedy p. Ewa pracowała w redakcji naszych czasopism – minęło 41 lat – przyp. red.] temu rozpoczęłam pracę na etacie młodszego redaktora w redakcji tego miesięcznika. Dzięki niej poznałam osobiście i korespondencyjnie ogromną rzeszę jego czytelników. Nie sposób tu nie wspomnieć, że redaktor Józef Szczurek był dla wielu niewidomych kimś bardzo bliskim. Nie szczędził dla nikogo czasu na rozmowę, bardzo dużo wyjeżdżał na spotkania z czytelnikami oraz chętnie przyjmował wszystkich przybywających do redakcji. Ja również często korzystałam z jego cennych dziennikarskich doświadczeń. Była to dla mnie także doskonała okazja, aby poznać nie tylko środowisko niewidomych i słabowidzących, ale także zetknąć się z nurtującymi je problemami oraz różnymi sposobami ich rozwiązywania.
Kiedy później stałam się samodzielnym pracownikiem Polskiego Związku Niewidomych, wielokrotnie odwoływałam się do moich umiejętności – zarówno tych zdobytych dzięki pracy w redakcji „Pochodni”, a także tych pozyskanych poprzez lekturę tego czasopisma, które okazało się dla mnie ogromną kopalnią wiedzy.

„Pochodnia” na co dzień
Mogę dziś powiedzieć, że przebrnęłam chyba przez wszystkie egzemplarze „Pochodni”. Czytam ją, gdzie się da – w domu, w pracy, ale najczęściej sięgam po nią, podróżując – w autobusach i tramwajach, jadąc pociągiem. Mam ją więc prawie zawsze blisko siebie. Jej dwutomowe brajlowskie wydanie nie zajmuje zbyt dużo miejsca w podręcznym bagażu, co sprawia, że mogę podróżować z „Pochodnią” niemal wszędzie, gdzie się udaję.
Kiedyś jechałam autobusem do pracy i, co zresztą często się zdarza, utknęłam w dużym korku. Aby nie marnować czasu, zabrałam się do czytania „Pochodni”. Po kilku minutach siedzący obok mnie pasażer zapytał: „Przepraszam, ale intryguje mnie, co znaczą te tajemnicze kropeczki i dlaczego pani je tak uporczywie głaszcze?”. Nie ukrywam, że uśmiechnęłam się od ucha do ucha, po czym wyjaśniłam, na czym rzecz polega. Pan był bardzo zdziwiony, ale podziękował i powiedział, że zupełnie inaczej wyobrażał sobie pismo Braille'a. Potem dodał jeszcze, że nawet w autobusie można się wielu rzeczy nauczyć. Muszę przyznać, że podobnych epizodów przeżyłam wraz z brajlowską „Pochodnią” bardzo dużo.
Dzięki lekturze poznałam bogatą historię tego czasopisma. Natomiast od momentu mojego zetknięcia się z tym miesięcznikiem redaguje go już trzeci zespół. Wydaje mi się, że to bardzo dobrze, iż młode pokolenie przejęło teraz ster w swoje ręce. W ślad za tym zmieniło się również oblicze „Pochodni”. Zamieszczane materiały nie są na ogół długie, a jeśli nawet tak się zdarza, to dzielą je śródtytuły, co czyni je lekkimi i bardzo odpręża czytelnika. Różnorodność form literackich – wywiady, felietony, informacje – to wszystko uatrakcyjnia czasopismo. No i co najważniejsze – nie zatraciło ono swojego pierwotnego charakteru, bo nadal ukazuje się także w wersji brajlowskiej, a więc służy również tym osobom niewidomym, które potrzebują bezpośredniego, osobistego kontaktu ze słowem pisanym, do których ja się również zaliczam.