skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Historia

Pójdę – gdzie mnie pan pośle Beata Dązbłaż

O początkach i tworzeniu struktur Polskiego Związku Niewidomych w powojennej Polsce, o druku pierwszego numeru „Pochodni” i pracy niewidomych rozmawiamy z 94-letnim dziś Tadeuszem Józefowiczem. Artykuł ukazał się w „Pochodni” nr 2/2016.

– Jestem niewidomy od urodzenia i ze światem niewidomych zetknąłem się w 10 roku życia. W 1932 r. poszedłem do szkoły dla niewidomych w Łodzi. Prowadził ją wspaniały kierownik Eugeniusz Stasiuk, tam byłem do 1937 r. Potem przez rok uczyłem się w Instytucie Głuchoniemych i Ociemniałych w Warszawie – rozpoczyna swą opowieść Tadeusz Józefowicz.

Burzliwe początki
Zaraz po wojnie przystąpił do Związku Niewidomych miasta Łodzi, który swoją działalność rozpoczął jeszcze przed wojną w 1939 r., ale wtedy pan Tadeusz był jeszcze za młody, by zajmować się pracą społeczną. – Zaraz po wojnie rozpoczęły się prace z dr. Dolańskim nad organizacją ogólnopolskiego związku niewidomych. Brali w nich udział także: Józef Buczkowski z Łodzi, Paweł Niedurny ze Śląska i inni. W 1945 r. odbył się zjazd organizacyjny w Łodzi. Doprowadziliśmy do tego, że rok później odbył się zjazd Związku Pracowników Niewidomych, w którym brały udział organizacje związkowe: łódzka, bydgoska, warszawska, śląska, była też grupa z Gdańska. Tam co prawda nie było formalnego związku, ale działał zakład dla niewidomych i drukarnia. I tak, na tym zjeździe w Chorzowie, powstał oficjalny ogólnopolski związek niewidomych – opowiada pan Tadeusz.
Początki były burzliwe, bowiem wszystkie organizacje, poza warszawską, chciały, by prezesem Związku został dr Dolański, a przedstawiciele Warszawy opowiadali się za Lisowskim. – Sprawa była trochę polityczna, co tu dużo mówić. Lisowski był w partii i liczono, że bardziej pomoże niewidomym – mówi Tadeusz Józefowicz. Prezesem ostatecznie został dr Dolański, sekretarzem Lisowski, w zarządzie była też pani Sabina Kalińska z Łodzi. W tej postaci Związek działał do 1950 r., ale ówczesny sekretarz często stawał w kontrze, nie mogąc pogodzić się z tym, że nie został prezesem. – Tak więc prezydent Warszawy rozwiązał nasz związek w 1950 r. Dlaczego Warszawy? Bo był to związek ogólnopolski z siedzibą w Warszawie – wspomina.
– W 1956 r. powstał Związek Pracowników Niewidomych, czyli właściwie to samo. Jego kuratorem, opiekunem był major Wrzosek - dlatego uważa się, że początek Związku był w 46 r.

Wojenne dzieciństwo
– Pochodzę spod Ozorkowa, z wioski, która dziś jest jego ulicą. Po wojnie mieszkałem już w Łodzi, zdobywałem tam średnie wykształcenie. Uczyłem się i pomagałem w Związku w miarę swych możliwości. Wojnę w większości spędziłem w domu. Niemcy wysiedlili nas w 1942 r. z naszego małego gospodarstwa; mieliśmy 1,5 morgi piaszczystej ziemi i maleńką chatkę. Pojechaliśmy na roboty do Niemiec, ale po miesiącu mnie, rodziców i młodsze rodzeństwo z powrotem puszczono do domu, bo nie nadawaliśmy się do pracy. Jak jednego dnia zacząłem pielić pszenicę, to rządca złapał się za głowę – wspomina z uśmiechem pan Tadeusz. – Dwaj starsi bracia byli na robotach do końca wojny, a dwie siostry wróciły wcześniej, bo jedna zachorowała, a o powrót drugiej starał się aptekarz, u którego pracowała, i Niemcy zgodzili się na to.

Moją pasją było drukowanie i książki
Tadeusz Józefowicz skończył naukę w szkole średniej w 1948 r. - Dr Dolański zapytał mnie, co zamierzam robić. – Gdzie mnie pan pośle, tam pójdę – odpowiedziałem. Wiedział, że moją pasją było drukowanie, książki dla niewidomych. Myślałem, że będę mógł pracować w drukarni i studiować, ale to nie wyszło, bo pracy było bardzo dużo. Dr Dolański powiedział, że w Gdańsku udało się wyremontować prasę drukarską i że jest tam praca. W lipcu pojechałem tam z dwoma kolegami na wczasy, a w sierpniu już do pracy – wspomina pan Tadeusz.
Trzeba wiedzieć, że w Gdańsku-Wrzeszczu jeszcze przed pierwszą wojną światową społeczeństwo ufundowało zakład dla niewidomych. Był to piękny, rozległy ośrodek, składający się z kilku budynków, niedaleko lasu, w pięknej okolicy. Po II wojnie oddano niewidomym jeden budynek, w którym był hotel dla niewidomych. Tam też dr Dolański założył najpierw biuro kopistek. – To było preludium do drukarni. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z maszyną drukarską, miałem tylko dobre chęci. Była tam koleżanka, która była przy remoncie tej maszyny, więc mówiła mi, jak to działa. Praca była o tyle skomplikowana, że trzeba było wszystko przygotować, zanim dało się przystąpić do drukowania. A więc postarać się o papier, dać do pocięcia na odpowiedni rozmiar. Nie było matryc. Kupiliśmy więc blachę, którą ręcznie przycinałem, by włożyć ją do drukarki – opowiada.
„Ustaliliśmy wspólnie, że nasze czasopismo będzie się nazywało «Pochodnia», tak jak pismo wydawane w brajlu przez doktora Dolańskiego jeszcze przed wojną, w warunkach zupełnego rękodzielnictwa. Pierwszy numer «Pochodni» ukazał się w druku międzyrządkowym, trochę dlatego, by początkującym ułatwić czytanie, a jeszcze bardziej dlatego, że nie byliśmy przygotowani na tłoczenie innym drukiem. Przez ten czas skompletowałem wszystkie niezbędne urządzenia i poznałem dokładnie budowę i działanie maszyny drukarskiej. Wiele pomógł mi w tym pan Brygier, który maszyny tego rodzaju naprawiał już przed pierwszą wojną światową” – wspominał sam Tadeusz Józefowicz w „Pochodni” z 1973 r.
Nie obyło się też bez przygód. – Pierwszy numer przysłał mi pocztą redaktor Wacław Kotowicz. Wydrukowaliśmy i pod koniec sierpnia 1948 r. pierwszy numer był już gotowy. Potem okazało się, że trzeba zanieść gazetę do Urzędu Kontroli Prasy, czego nikt wcześniej nie zrobił. Poszedłem zatem, a tu niespodzianka. Urzędnik mówi, że wszystko może przyjąć, ale nie pierwszy, wstępny artykuł. Wycięliśmy więc pierwsze trzy kartki, redaktor napisał drugi artykuł o tym samym tytule, wydrukowaliśmy ponownie te trzy kartki i trzeba było to wklejać. Było z tym bardzo dużo roboty. Nie pamiętam dokładnie, jaki był nakład, ale mogło to być 100-200 egzemplarzy.
W zbiorach pana Tadeusza nie zachował się tamten pierwszy numer „Pochodni”. Za to z tamtych czasów pozostał mu egzemplarz „Ballad i romansów”.
Gdy redaktorem został Józef Buczkowski, zaproponował druk „Światełka”, dziecięcej wersji „Pochodni”. – Drukowaliśmy „Pochodnię”, „Światełko”, ale też staraliśmy się, by były to inne książki, założyliśmy coś na kształt biblioteki „Pochodni”.
W 1950 r. Związek Niewidomych musiał oddać budynek Akademii Medycznej, podjęto więc decyzję o przeniesieniu drukarni do Warszawy. – To był jednak stracony czas, od lipca 1950 r. do ok. maja 1951 r. drukarnia nie pracowała. Przychodziliśmy do pracy codziennie, obowiązywała dyscyplina pracy, więc musiałem dzwonić do majora Wrzoska, meldować, że wszyscy są, a on mówił np. ułóżcie papier, matrycę itp. Dałem sobie w końcu spokój i przeprowadziłem się do Wrocławia.
„Wychodziliśmy z różnymi propozycjami, aby wreszcie przystąpić do pracy, ale kierownictwo nasze czekało na plan, który miał sporządzić ktoś, kto nie znał ani naszej drukarni, ani naszych możliwości. To samo było na ulicy Wolskiej, gdzie przenieśliśmy się w końcu października. Doszło jeszcze kilku pracowników, a wśród nich nasze dwie niezwykle miłe lektorki: panie Janka i Zofia. W styczniu czy lutym 1951 roku zaczęliśmy coś drukować, coś, co się nigdy nie ukazało. Tymczasem ja, zniechęcony bezczynnością, już wcześniej załatwiłem sobie pracę we Wrocławiu. Opuściłem drukarnię. Niełatwe to było rozstanie, ale co było robić…” – tak Tadeusz Józefowicz wspominał w „Pochodni” z 1973 r. tamten czas. „Takie to były początki naszego wydawnictwa. Dziś, kiedy mamy komputery, książki mówione i inne urządzenia tego rodzaju, z rozrzewnieniem wspominam stukot pras drukarskich. Niech stukają i niech płynie z nich drukowane słowo do wszystkich niewidomych w Polsce”.

Wrocław
Wybór padł na Wrocław, bo Tadeusz Józefowicz miał tam kolegów, było też wolne mieszkanie, po niewidomym, który przeprowadzał się z kolei do Warszawy. – Zapłaciłem za to karę, 100 czy 200 zł, bo nie miałem przydziału na to mieszkanie, ale gdybym się o nie starał i tak bym go pewnie nie dostał. Do zeszłego roku mieszkałem w tym właśnie mieszkaniu przez cały czas.
We Wrocławiu pan Tadeusz rozpoczął pracę w spółdzielni, przy robieniu szczotek, czego nauczył się jeszcze w łódzkiej szkole. – Pracowałem najpierw w przybijalni, potem naciąganie pęczków, później byłem brygadzistą, majstrem, prezesem technicznym, potem kierownikiem ds. rehabilitacji, a potem kierownikiem hotelu. Byłem też w zarządzie Związku w Okręgu Wrocławskim, przewodniczącym komisji rewizyjnej. W Gdańsku jeszcze założyliśmy oddział Związku Niewidomych, zanim się wyprowadziliśmy, i wraz z Buczkowskim stanowiliśmy zarząd tamtejszego oddziału.

Rodzina
Żonę Annę, także niewidomą, Tadeusz Józefowicz poznał w Gdańsku, gdzie pracowała w biurze kopistek. – Była z pochodzenia Ukrainką, mieszkała we Lwowie, wtedy nielegalnie przeprowadziła się do Polski, trafiając na Śląsk. Stamtąd przyjechała do Gdańska, do pracy, i tam się poznaliśmy.
Najpierw w Laskach był ślub kościelny, a potem, po przeprowadzce do Wrocławia oficjalny ślub cywilny. – Wychowaliśmy troje dzieci, córka i syn niestety odziedziczyli po mnie kataraktę, a potem także i wnuczka, która skończyła Uniwersytet Wrocławski. Mam sześcioro wnuków – dwie wnuczki i czterech chłopców. Żona nie żyje już od ponad 20 lat.

Było inaczej
– Na pewno na początku istnienia Związku było inaczej niż teraz. Wtedy Związek starał się pomagać, jak dowiedzieliśmy się o jakimś niewidomym, który poszukuje pracy, to jechaliśmy do niego i spółdzielnia go przyjmowała. Była wtedy większa troska. Do spółdzielni przychodziły listy niewidomych z okolicy, jeździliśmy do nich i proponowaliśmy pracę. W spółdzielni pracowało ponad 1200 osób, ok. 300 chałupniczo. Był to zakład pracy chronionej, 50% zatrudnionych to niewidomi, a 25% to osoby z innymi niepełnosprawnościami.
– Związek pomagał także w innych zawodach. Toteż mieliśmy w naszym stowarzyszeniu: nauczycieli, masażystów, prawników, muzyków itp.
Dolnośląska Spółdzielnia Niewidomych Dolsin istnieje do dziś, zatrudnia ok. 200 osób. Pan Tadeusz pracował w niej do 1981 r., od 60 r.ż. jest na emeryturze.
Tadeusz Józefowicz, miłośnik słowa drukowanego, nie boi się także nowinek elektronicznych i komputera. – Tata zaczął się uczyć posługiwać komputerem ok. 10 lat temu, będzie sam mógł odebrać od Pani wiadomość – słyszę na koniec rozmowy od córki pana Tadeusza, Danuty.