skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Małżeństwo z rozsądku Rafał Kanarek

Kiedy byłem małym chłopcem, spotkałem dorosłego niewidomego pana. Szedł sam alejką, a w dłoni trzymał białą laskę, taką polskiej produkcji, z kulką przy gumce mocującej, składaną. Chciałem być jak on, choć nie do końca zdawałem sobie sprawę z ograniczeń, które powoduje brak wzroku, ale z naiwną, dziecięcą radością mówiłem, że też chcę taką laskę mieć. Oczywiście, nikt mi jej nie dał, musiałem na nią poczekać jeszcze kilka lat.

Los się do mnie uśmiechnął, gdy osoba opiekująca się mną pojechała na Konwiktorską i kupiła dla mnie biały kijek, również składany, ale trochę inny od tego, który wcześniej widziałem. Od razu zaczęły się spacery we dwoje, z trzecim, widzącym towarzyszem, przecież wtedy nie miałem jeszcze nastu lat, a więc różne niebezpieczeństwa czyhały na mnie za każdym rogiem. Mój opiekun, jak go nazwę na potrzeby tego tekstu, miał dużo czasu i choć nie posiadał „tyflopapierów”, głowę miał na karku. Z jednej strony podnosił poprzeczkę, z drugiej wspierał: samotna podróż z Dworca Centralnego do mieszkania na Bielanach była dla mnie prawdziwą lekcją życia. Jedyną niewiadomą było to, skąd mój opiekun wiedział, że idąc do domu, przewróciłem się o krawężnik, przed którym nie ostrzegła mnie moja „blondynka”. Z robieniem samodzielnych zakupów było już lepiej i choć czujne oko Wielkiego Brata wyglądało za mną z balkonu, to nic mi się nie stało.
Niestety z laską miałem do czynienia jedynie wtedy, gdy odwiedzałem dom rodzinny. W ośrodku w Laskach nikt nie chciał jej na co dzień nosić. Poruszaliśmy się samodzielnie po laskowskich ścieżkach, nieraz wpadając na siebie i udając, że wszystko gra, to taki wypadek przy pracy. Po słownej utarczce lub łacińskim przerywniku trzeba było iść w swoją stronę. W tamtych czasach lekcje z orientacji przestrzennej miały tylko te osoby, które postanowiły opuścić mury szkoły i kontynuować edukację w szkole masowej. Pozostali uczyli się tego dopiero przed maturą. Ponieważ nie miałem do końca sprecyzowanych planów, co zrobię po ukończeniu podstawówki, byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy rozpoczęli naukę chodzenia z białą laską już w szkole podstawowej.
W stronę samodzielności
Bez względu na pogodę zajęcia z orientacji przestrzennej dawały mi wiele radości. Była to okazja do poznania czegoś nowego oraz do rozmowy z bardzo ciekawym człowiekiem, który był surowy, wspierający i konkretny. Na moje pytanie, kiedy będę miał egzamin, odpowiedział, że tak naprawdę jego zadaniem jest nauczyć mnie prawidłowego posługiwania się „blondynką”, a swój egzamin będę zdawał przez całe życie. I choć wielokrotnie słyszałem, że w dorosłości będę miał dosyć samodzielnego chodzenia, byłem innego zdania, za wszelką cenę chciałem chodzić z „blondynką” po znanych i nieznanych ścieżkach.
I stało się! Po ukończonym kursie i podpisaniu zgody przez rodziców mogłem swobodnie opuszczać ośrodek. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że taki wyjazd musieliśmy zgłosić u wychowawcy, by miał pojęcie, gdzie jesteśmy. Poczułem się wolny jak ptak, a otrzymanie kluczy od mieszkania jeszcze bardziej wzmocniło moje przekonanie o samodzielności – mogłem jak kot chodzić swoimi drogami bez uzależniania się od innych, chyba że z jakiegoś powodu zapomniałem wziąć swej przyjaciółki.
Od tej pory biała laska jest moją nieodłączną towarzyszką. Nieważne, czy idę do sklepu, czy wyjeżdżam za granicę, ten niewielkich rozmiarów składany kijek czyni mnie niezależnym. Nie jestem już niewolnikiem, ale panem swojego losu. Wiem, że niektórzy obawiają się białej laski. Myślę jednak, że z nią będziemy lepiej postrzegani przez społeczeństwo niż bez niej. I nie podzielam zdania, że „chodzenie bez białej laski jest lepsze, tylko buty się szybciej zdzierają”. Z nią jesteśmy niezależni i choć czasem musimy poprosić o pomoc, to świat stoi przed nami otworem. A więc lagi w dłonie i do przodu!