skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Ograniczenia zostawia za sobą Beata Dązbłaż

Podczas rozmowy mam wrażenie, że nic jej nie ogranicza. Dysfunkcja wzroku – owszem, jest, a Monika Dubiel po prostu żyje. Naszą rozmowę przerywa dowóz zakupów, Monika musi je przyjąć i włożyć do lodówki, po chwili znów do niej wracamy. Prosta, zwyczajna rzecz potwierdzająca tylko to, co mówi sama – chęć samodzielności i niezależności jest motorem wielu jej decyzji i wyborów.

Rozmawiam z Moniką zaraz po jej powrocie z urlopu, który spędziła, podróżując po Portugalii, od południa, w Faro, poprzez portugalskie plaże, aż po Lizbonę, a potem Porto i Bragę na północy. Portugalia jest jej znana – mieszkała w Lizbonie podczas wymiany studenckiej na Erasmusie.
Na studia do Warszawy przyjechała z rodzinnego Lublina, nie bez obaw. – Trochę się bałam, ale z drugiej strony wiedziałam, że to jest konieczne. Byłam laureatką olimpiady, więc miałam ten komfort, że mogłam wybrać studia i bez problemu dostać się na Uniwersytet Warszawski (UW), co było istotne ze względu na poziom edukacji. Inaczej pewnie mieszkałabym z mamą, studiując w Lublinie, i nie usamodzielniłabym się tak szybko – mówi Monika Dubiel.
Stawiam na samodzielność
Potrzeba samodzielności była w niej bardzo silna, sama przyznaje, że jest przyczyną wielu jej wyborów. Bo przeprowadzka z Lublina do Warszawy była tylko początkiem, potem rozpoczęły się liczne wyjazdy studenckie za granicę. Studiowała w Kolegium Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW, jak się to wówczas nazywało, co dało jej możliwość swobodnego doboru zajęć. Jako wiodące kierunki wybrała psychologię i filologię hiszpańską. Na psychologii obroniła magisterium, a na iberystyce licencjat i magisterium. – Korzystałam ze swobodnego doboru przedmiotów, np. bardzo dużo wybierałam ich z polonistyki, która mnie zawsze pociągała, ale nienawidzę językoznawstwa, dlatego nie wybrałam tego kierunku. Miałam np. ciekawe zajęcia z historii rock and rolla na muzykologii, historię Bliskiego Wschodu na historii, wybierałam też wiele zajęć z kulturoznawstwa. Chodziłam nawet przez trzy lata na rzeźbę na Akademię Sztuk Pięknych, bo przed studiami zajmowałam się rzeźbą, ale po pierwszym wyjeździe na Erasmusa już do tego nie wróciłam – opowiada. Studiowała także rusycystykę we Wrocławiu.
Ciekawość gna mnie po świecie
Na pierwszy wyjazd w ramach Programu Erasmus pojechała do Barcelony, potem były praktyki studenckie w Sienie w tamtejszym związku niewidomych, gdzie chciała szlifować język włoski, w którym zakochała się już wcześniej. Potem była Portugalia przez pół roku, a w ramach wymiany na rusycystyce spędziła rok w Tomsku na Syberii oraz pół roku w USA w Karolinie Północnej. – Gna mnie po świecie głównie ciekawość, chęć poznania, żądza wrażeń. Bardzo lubię podróżować, poznawać nowe miejsca i ludzi, choć panicznie boję się latać. Kiedy w 2009 r. pojechałam na pierwszego Erasmusa, znalazłam się w bardzo kosmopolitycznym mieście, co było dla mnie otwarciem i wyzwaniem jako niewidomej z punktu widzenia samodzielności. W Warszawie miałam poczucie, że dom jest blisko, że za 2,5 godziny mogę być w Lublinie, miałam też dużo znajomych ze szkoły w tym mieście. Za granicą już w dużo większej mierze byłam zdana tylko na siebie i było to bardzo ciekawe wyzwanie. Było to także bardzo ciekawe przeżycie otwierające mnie na świat, bo miałam tam znajomych z Kolumbii, Peru, Meksyku i państw Afryki, których nie potrafiłam znaleźć nawet na mapie. Dużo więc dowiedziałam się o tych krajach od nich i to było bardzo fajne – opowiada Monika.
Motywacją do wyjazdów były też zawsze języki. Wyjeżdżając, uczyła się języka kraju, do którego jechała. – Jestem też leniuszkiem, nie lubię odrabiać prac domowych i powtarzać słówek, dlatego zawsze chciałam wyjechać, żeby nauczyć się języka w praktyce – mówi. Obecnie najczęściej używa języka angielskiego i hiszpańskiego, przygotowując doktorat z iberystyki. Miłość do literatury była zresztą drugim powodem nauki – chciała czytać w oryginale.
Mityczne miejsca
– Najciekawsze są dla mnie te miejsca, o których przez wiele lat czytałam w książkach i były dla mnie mityczne, a nagle jadę tam świadomie jako dorosły człowiek. Miałam poczucie, będąc w Nowym Jorku, że dla większości Europejczyków jest to miejsce mityczne, mamy wizję tego miasta, a jak przyjeżdżamy, to okazuje się, że to jest to normalne miasto, tam też są ludzie, korki. Tak też miałam z Syberią, sporo po niej podróżowałam. Kiedy byłam nad Bajkałem, niesamowite było to, że znając to miejsce tylko z literatury, mogłam wreszcie rzeczywiście je zobaczyć – mówi Monika.
Jednak najbardziej egzotyczną dla niej podróżą była ta do Ameryki Południowej. Po pierwszym roku iberystyki spędziła wraz z mamą dwa tygodnie wakacji w Peru i dwa w Boliwii. – Mogłam naprawdę zobaczyć to, o czym uczyłam się na pierwszym roku studiów. To zupełnie inna kultura, jedzenie, stroje, wszystko barwne, nowe, przepiękna przyroda. Druga pod względem niezwykłości to podróż na Syberię. Chodzi się po wygasłych wulkanach, spotyka się na każdym kroku jakieś drzewa szamańskie, obwieszone wstążeczkami, jakieś kamienie, na których leżą ofiary, pieniądze, jedzenie i widać, że to miejsce żyje w zupełnie inny sposób. Syberia to też setki, tysiące dróg bez asfaltu i piękna przyroda – opowiada.
Piękno natury
Zazwyczaj podróżuje z kimś, bo o ile w mieście mogłaby szybciej poradzić sobie sama, o tyle w wyjazdach ceni sobie bardzo piękno natury, a jej poznawanie, jak np. chodzenie po górach, może być utrudnione bez pomocy kogoś innego. – Trudne jest to, że zawsze jestem od kogoś zależna, muszę na początku pobytu w nowym miejscu prosić o pomoc, np. w poznaniu przestrzeni. W Polsce na UW jest to świetnie zorganizowane, jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego miałam naukę orientacji przestrzennej z asystentem z Biura Osób Niepełnosprawnych. Byłam zaskoczona, jak kompleksowo ono działa. Mogłam np. wypożyczyć laptopa czy skaner na cały rok akademicki. Mogłam skorzystać z pomocy w centrum adaptacji materiałów. Za granicą nie wszędzie działa to tak dobrze, bo np. w Hiszpanii takie rzeczy zapewnia związek niewidomych, ale tylko dla Hiszpanów, i trudno było mi zdobyć nawet lekcje orientacji przestrzennej. Nie ma tam w ogóle adaptacji materiałów. Z kolei w Portugalii materiały do nauki dostałam, ale nie było nauki orientacji przestrzennej – opowiada Monika.
Bunt nastolatki i biała laska
W dzieciństwie zachorowała na zapalenie błony naczyniowej oka i wzrok zaczął się znacznie pogarszać. W podstawówce nosiła bardzo silne okulary, korzystała w szkole z lupy, powiększalnika czy zeszytów z pogrubioną linią i kratką. – Pod koniec podstawówki już prawie nic nie widziałam, od początku gimnazjum używałam maszyny brajlowskiej. Mama uparła się, żebym chodziła do normalnej szkoły masowej, więc zacisnęła pasa i poszłam do prywatnej szkoły podstawowej, gdzie akurat dyrektor była tyflopedagogiem. Liceum było już publiczne.
Monika przyznaje, że sama bardzo długo się buntowała przeciwko temu, że nie widzi. – Nie chodziłam z białą laską, bo uważałam, że to „obciach”. Dopiero idąc na studia, przekonałam się do tego i nie miałam wyboru, musiałam się przełamać.
Sama wie, że trudno jest dać radę nastolatkom, którzy się buntują, bo do niej także nie docierały wtedy żadne argumenty. – Na pewno bardzo dużo zależy od rodziców. Moja mama zawsze wypychała mnie do konkursów, nieważne jakich, ale chciała, żebym robiła to, co inni rówieśnicy, a może nawet więcej. Dużo ode mnie wymagała i to sprawiło, że ja też dużo od siebie wymagam. Nigdy nie powiedziała mi, nie rób tego czy tego, bo sobie nie poradzisz. Oczywiście, martwiła się czasami, jak to mama, ale jakiejkolwiek decyzji bym nie podjęła, wspierała mnie – mówi Monika. Sama zna osoby, które zostały, jak mówi „uniepełnosprawnione” przez rodziców, choć są tylko niewidome, a co więcej, przez to nie wierzą, że mogą sobie poradzić.
Pasje sportowe i nie tylko
Wielką pasją Moniki od zawsze było żeglarstwo i bardzo lubiła spędzać w ten sposób wakacje. – Bardzo lubię także góry. Ostatnio uprawiam Blind Tenis w Stowarzyszeniu Sportowym Blind Tennis Polska, które działa na kortach Legii. Na razie jesteśmy małą drużyną, tylko w Warszawie, ale zależy nam na promocji tego pomysłu tak, żeby w Polsce powstały inne kluby – mówi.
Jej niesportowe pasje to oczywiście także literatura wszelkiej maści – im dłuższe, tym lepsze – jak mówi żartobliwie. Chętnie sięga po literaturę iberoamerykańską, rosyjską czy współczesną polską.
Monika czuje się reprezentantem interesów grupy niewidomych, jednak nie ma zbyt wielu niewidomych znajomych. Poznała kilku z nich w ramach żeglarskiego projektu „Zobaczyć morze” na studiach, współpracowała także przez rok na Niewidzialnej Wystawie.
Obecnie pracuje w Fundacji Kultury bez Barier, gdzie głównie zajmuje się koordynacją projektów teatralnych w Polsce dotyczących dostępności dla osób niewidomych oraz szkoleniami z obsługi widza z niepełnosprawnością. To ważna część jej życia, gdyż sama jest z zamiłowania odbiorcą kultury i chciałaby, by była ona dostępna dla wszystkich.