skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Aktualności

Tajemnicza koperta Maria Antonina Pirand

Kochana Helenko!
Ogromnie ucieszył mnie Twój ostatni list. Wiem, że niedługo się zobaczymy, lecz nie sądzę, bym mogła czekać tyle czasu... Wolę więc już teraz opisać Ci wydarzenia ostatnich dni. Często wydaje nam się, iż już nic nas w życiu nie zaskoczy. Nic bardziej mylnego...!
Ta historia zaczęła się całkiem zwyczajnie. Zostałam zaproszona na przyjęcie urodzinowe do Stasi. Jak wiesz, w naszym wieku każda rozrywka jest mile widziana. Bez żalu zostawiłam więc moje szydełko oraz kolejną powieść i pojechałam do pięknego górskiego domku mojej przyjaciółki (sądzę, że go pamiętasz).
Pogoda dopisywała, a goście czuli się nadzwyczajnie w tak przyjaznym otoczeniu. Do tego jeszcze stół uginał się od wymyślnych potraw. Ukoronowaniem wieczoru był trzypiętrowy tort pistacjowy. Wszystko zatem wyglądało jak zwykle.
W pewnym momencie Stasia podjęła jednak zajmujący ją od niedawna temat: – Nie mam pojęcia, o czym myślała moja mama, każąc mi szukać instrukcji do odnalezienia skarbu – powiedziała.
Nie zadawałam pytań. Znałam dręczący ją problem z wcześniejszych rozmów telefonicznych.
Chyba Ci o tym nie pisałam. Stasia od jakiegoś czasu zmagała się z rozwikłaniem pewnej zagadki. Jej matka, Walentyna, wyjawiła jej przed śmiercią, iż zostawiła córce skarb. Stasia jednak nie miała pojęcia, gdzie go szukać. Jedyną wskazówkę stanowiła wzmianka Walentyny o karteczce, na której będą napisane dokładniejsze dane.
Stasia straciła już nadzieję, gdyż w całym domu niczego takiego znaleźć nie mogła. – A strych? Tam też szukałaś? – zapytałam. Walentyna należała do istot tajemniczych i każdą możliwość należało brać pod uwagę. Stasia skinęła głową. – Na strychu, w piwnicy i wszędzie, gdzie było to możliwe.
Tknęło mnie wtedy jakieś niezrozumiałe przeczucie. Zaproponowałam, byśmy poszukały jeszcze raz. Tak też zrobiłyśmy. Stasia zatrzymała mnie w górach i następnego dnia zabrałyśmy się do dzieła.
Według moich wskazówek najpierw podążyłyśmy na strych. Możesz sobie wyobrazić, kochana Helenko, szukanie niewiadomego wyglądu karteczki pośród tylu kufrów i skrzyń.
Tak minęło wiele godzin, aż w końcu wzrok mój natrafił na jakąś starą, pożółkłą kopertę. Otworzyłam ją i... znalazłam w środku kartkę podziurawioną jakimiś dziwnymi punkcikami. Nic z tego nie zrozumiałam. Byłam bliska umieszczenia zdobyczy w koszu na śmieci; coś mnie jednak powstrzymało. Pomyślałam, że Walentyna zawsze działała w określonym celu.
Próbowałam przypomnieć sobie, gdzie widziałam takie kropki. Nagle mnie olśniło. – Stasiu, czy Twoja Mama znała pismo Braille’a? – zapytałam. Otrzymałam odpowiedź przeczącą (jak mało wiemy o innych ludziach, prawda?). Nie dałam się zwieść pozornej pewności przyjaciółki. Przypuszczenie, które kiełkowało w mojej świadomości, z każdą chwilą stawało się silniejsze.
Niczego więcej na strychu nie znalazłyśmy. Na piwnicę nie starczyło już czasu, gdyż musiałam wracać do domu. Zabrałam do Krakowa tajemnicze znalezisko i postanowiłam pokazać je Mariannie, niewidomej bibliotekarce, którą znałam z widzenia. Tak też uczyniłam. Kobieta siedziała dłuższą chwilę w milczeniu.
– Tak, pani przyjaciółka ma szczęście, że znalazłyście tę instrukcję; jak sądzę, będzie to dla niej cenna informacja – powiedziała Marianna i podyktowała mi treść karteczki. Istotnie, był to tekst napisany brajlem, lecz nie na tabliczce czy maszynie, tylko za pomocą igły. To właśnie dlatego punkty wyglądały zupełnie inaczej.
Liścik brzmiał następująco: „Kochana Stasiu! Moja przyjaciółka nazywa się Altagracia Torres Melgarejo i mieszka w Meksyku, ona odda Ci należącą do mnie część skarbu. Koniecznie się z nią skontaktuj” (po tym następował numer telefonu i adres).
Przekazałam tę rewelację Stasi, która na szczęście świetnie władała językiem hiszpańskim (z pewnością zadbała o to jej przezorna matka). Przyjaciółka zadzwoniła do mnie po miesiącu. Umówiłyśmy się na spotkanie. Stasia opowiedziała mi, że po telefonie do tajemniczej Altagracii niemal od razu wyruszyła do Meksyku. Tam poznała historię swojej matki.
Przed wybuchem II wojny światowej Walentynie udało się wyjechać z kraju. Do Polski wróciła dopiero w latach 50. Czas wojny spędziła w bezpiecznym Meksyku, gdzie wiadomości z frontu nie wzbudzały takich emocji jak w Europie. W ciągu tych lat Walentyna pracowała jako nauczycielka języka francuskiego i łaciny. Ponieważ jedną z jej podopiecznych była niewidoma dziewczynka z prowincji, Walentyna nauczyła się brajla, by lepiej służyć pomocą uczennicy. Uważała, iż to fundamentalne w kontakcie z osobami, które mają problem ze wzrokiem. Jej zdaniem stanowiło to wręcz obowiązek dobrego pedagoga.
W Meksyku Walentyna poznała Altagracię, która bardzo szybko została jej przyjaciółką. Pewnego dnia wybrały się do Monterrey. W drodze do tego miasta z daleka ujrzały piękny zamek. Zatrzymały się. Ze wzgórza roztaczał się malowniczy widok. –prawdziwe piękno przyrody, niezniszczone ręką ludzką. Dwie młode i łaknące wrażeń dziewczyny weszły do zamku. Ku ich zaskoczeniu, budynek nie był pusty. Stanęły twarzą w twarz ze starszym, łagodnie wyglądającym mężczyzną. Wyjaśniły mu, iż przywiodła je do zamku ciekawość, a Walentyna od razu odkryła przed nieznajomym swoje pochodzenie. Jegomość uśmiechnął się, zadowolony, iż ma przed sobą Europejkę.
Człowiek ten był właścicielem zamku. Po śmierci ukochanej żony pragnął wyjechać i resztę życia spędzić, podróżując. Po krótkim zastanowieniu zaproponował młodym panienkom, by zabrały z zamku trochę skarbów dla siebie. Wyjaśnił jednocześnie, iż nie będzie w stanie zabrać wszystkiego ze sobą, a im na pewno przydadzą się złoto i klejnoty. Wyglądają na poczciwe osoby, więc wierzy, że nie zmarnują jego majątku. Walentyna i Altagracia były skonsternowane, ale taka okazja drugi raz mogła się już nie powtórzyć. Podziękowały, życząc baronowi del Castillo y Alarcón del Río wspaniałej podróży dookoła świata. Niezwykłe, prawda?
Dziewczęta ukryły skarb w sejfie notariusza Carbajala, wieloletniego przyjaciela rodziny Altagracii. Dzięki hojności barona ich przyszłość była zabezpieczona. Altagracia otworzyła salon mody i poświęciła się projektowaniu sukien, a Walentyna większą część należącego do niej skarbu pozostawiła pod pieczą przyjaciółki. Nie wiedziała bowiem, jak miałaby przetransportować kosztowności do Polski. Zabrała tylko tyle, by starczyło jej na godne życie w ojczyźnie. Wierzyła, iż jej córka kiedyś spożytkuje ten skarb – wspaniały dar od losu.
Ustrój w powojennej Polsce niepokoił Walentynę, dlatego postanowiła ukryć instrukcję dla Stasi w brajlu. W jej opinii było to pismo nadal zbyt mało znane w naszym społeczeństwie, by ktoś niepowołany mógł je rozszyfrować. Ona sama przypisywała mu ogromne znaczenie. Nauczyła się nawet czytać palcami. Uwielbiała, gdy poruszały się one po szorstkim papierze. Była w tym jakaś nieokreślona satysfakcja. Znajomość brajla podnosiła jej wartość jako człowieka, pozwalała lepiej zrozumieć innych ludzi.
To piękna historia, kochana Helenko! W następnym liście doniosę Ci, jakie plany ma wobec skarbu Stasia. Spotkamy się jutro, więc na pewno opowie mi o tym szczegółowo. Już za dwa miesiące przyjadę do Toronto; uwielbiam coroczne wizyty w Twoim pięknym domu, a zwłaszcza otaczający go jabłoniowy sad.

Przesyłam serdeczności dla Ciebie i Williama!
Twoja wierna przyjaciółka Róża
Kraków, 25 marca 2018 r.