skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Rozmaitości

Od ruchu płetwy po ryk – o emocjach zawartych w głosie Przemysław Barszcz

Według jednej z naukowych hipotez historia głosu zaczęła się 450 milionów lat temu, od ruchu rybiej płetwy.

Do takich wniosków doszli naukowcy z Cornell University w Ithaca w stanie Nowy Jork w USA, badający ryby z rodzaju ropuszników (Porichthys), zamieszkujących wody przybrzeżne północnego Atlantyku i północno-wschodni Pacyfik. Ruchy płetw, do dziś służące rybom różnych gatunków do komunikowania się, ewoluowały w komunikację niewerbalną, odpowiadającą na przykład ludzkiej gestykulacji. Według hipotezy rozwój odpowiedzialnych za to struktur mózgu doprowadził w ciągu milionów lat do wykształcenia się mowy.
Jak zaznacza profesor Andrew Bass (po polsku „Okoniopstrąg”), umiejętność wydawania głosu przez ryby nie jest rzadka. Polskie piskorze, niewielkie rybki z mulistych rowów, potrafią gwizdać. Wspomniane ropuszniki w czasie zalotów buczą niekiedy tak głośno, że zakłócają sen mieszkańców domów na wybrzeżach. Kilkadziesiąt lat temu wielu mieszkańców brytyjskiego Southampton zgłosiło się do psychiatry, obawiając się, że zwariowali, słyszeli bowiem dziwne, niewytłumaczalne głosy, których źródła nie mogli zlokalizować. Dopiero wnikliwe śledztwo wskazało na ropuszniki.

Chór rzekotek i kumaków
Mimo prawdopodobnego wspólnego pochodzenia ewolucyjnego, mechanizm wydawania głosu przez różne grupy zwierząt jest odmienny. I nic dziwnego. Kwestie techniczne są bowiem sprawą uboczną, najważniejszy jest sterujący komunikacją głosową mózg. Żaby i ropuchy na przykład rechoczą za pomocą specjalnych struktur nazywanych rezonatorami, których dźwięk wzmacniany jest przez wydymające się na kształt balonu fałdy skóry. Rechot żab może być niezwykle donośny – podczas obserwacji przyrodniczych na bagnach biebrzańskich wielokrotnie spotkałem się z tak masowym rechotaniem samców podczas wiosennego sezonu godowego, że sprawiał on wrażenie huku dobiegającego z płytkich, nagrzanych słońcem rozlewisk. W takich okolicznościach szczególnie silnie odczuwa się zawarte w płazich głosach emocje, zmuszające małe, szare i zielone ciałka do zapamiętałego koncertowania – dzień i noc.

Wołanie czy kszyk?
Jeżeli już wspomnieliśmy o emocjach, mistrzami w zawieraniu swoich uczuć w głosach są ptaki. A skoro mowa o bagnach i o różnych mechanizmach stosowanych w komunikacji głosowej, nie mogę nie wspomnieć o kszyku. Pamiętam pewien bardzo wczesny świt z przełomu maja i kwietnia. Słońce jeszcze nie wzeszło. Dniało, trawy były mokre i zimne i bardzo nie chciało mi się wychodzić ze śpiwora, a tym bardziej z rozbitego wśród oparzelisk namiotu.
Głos, który słyszałem na zewnątrz, był jednak tak niezwykły, że nie mogłem opanować ciekawości. Był osobliwy, a przy tym tak melancholijny, jakby wydawał go duch bagnisk. Ostrożnie rozsunąłem zamek namiotu i bosymi stopami (po co ubierać buty, skoro i tak zaraz przemokną, dobrze jednak podwinąć spodnie) wkroczyłem na zielony „przestwór oceanu”, który tym razem wcale suchy nie był. Uważnie przy tym rozglądałem się dookoła, spodziewając się, że niesamowity głos dochodzić będzie z nizin, z powierzchni ziemi; obstawiałem, że to jakiś płaz.
„Beeee…” usłyszałem znowu. Z góry, nad moją głową. Mały, ciemny w przedświcie kształt wirował w powietrzu, wykręcając kozły i beczki. Kiedy przechodził do lotu nurkowego, wydawał ten właśnie wibrujący głos. Bekas kszyk! Ptak siewkowaty, który zamiast śpiewać, wywija w locie łamańce, rozkładając przy tym dwie skrajne sterówki, czyli pióra z ogona. To one, rozedrgane od pędu powietrza i targających ptakiem emocji, są głosem z bagien – choć poznałem jego tajemnicę, do dziś zawarty w nim ładunek uczuć porusza mnie, ilekroć go słyszę.
Ptaki wielekroć są dla nas, ludzi, właśnie głosem i zawartymi w nim emocjami. Derkacz z rodziny chruścieli, mieszkaniec rozległych łąk, dla świata zewnętrznego mógłby równie dobrze istnieć jedynie w sferze wokalnej. Lata bardzo niechętnie, przedkładając nurkowanie i myszkowanie po trawiasto-ziołowych komyszach łąk. Jego donośny głos, przypominający terkotanie patykiem po wielkim grzebieniu (stąd nazwa łacińska Crex crex), w którym zawarte są historie walk i romansów, radość rodzicielska i wyzwanie rzucane rywalom, strach i entuzjazm, jest na ogół jedynym znakiem istnienia skrytego derkacza.
Czasem najwyższe emocje, na granicy życia i śmierci, sprawiają, że zwierzę dobywa z siebie głos, którego nigdy byśmy mu nie przypisali, bo jest krzykiem najwyższej desperacji – i ostrzeżeniem. Taki wrzask, gdyż w tym wypadku nie mógłbym inaczej określić owego głosu, usłyszałem pewnego dnia. Było w nim coś takiego, że zerwałem się zza biurka (mieszkałem wówczas na ósmym piętrze, można więc sobie wyobrazić, jak donośny musiał być głos dochodzący gdzieś z dołu), zbiegłem po schodach, wyprzedzając windę, i wybiegłem na zewnątrz. Krążąc dookoła, zlokalizowałem krzyczącego; był to krogulec, w jakże nietypowej sytuacji! Zamiast krążyć po niebie, siedział wciśnięty pomiędzy żywopłotem, w który wbił się rozpędem w pogoni za wróblami, a metalową siatką. Za żywopłotem, odcinając wyjście, czaił się kot – zdezorientowany głosem, jakiego widocznie nie tylko mnie niedane było nigdy wcześniej słyszeć.
Byłem zdeterminowany, żeby pomóc krogulcowi wydostać się z pułapki. Postąpiłem jeszcze krok w jego stronę, wyciągnąłem ręce, żeby unieść siatkę… krogulec wydał z siebie jeszcze jedno ścinające krew w żyłach wołanie, łypnął dziko, sprężył się w sobie, wydłużył i przecisnął przez oczko siatki, które wydawało się zbyt wąskie dla tego sporego ptaka. Był wolny.

Saga sikorzego rodu
Sikorki – ptaki niewyróżniające się szczególnie pięknym śpiewem. No chyba że jest wiosna, wtedy śpiewnie, choć dyskretnie podzwaniają, zaabsorbowane rolą przydzieloną im przez naturę: dawców genów nowym pokoleniom. Generalnie jednak są przykładem na to, że odgłosy żywych stworzeń mogą być upakowane po dekiel emocjami, wcale nie brzmiąc spektakularnie. Głos sikorek tworzy dźwiękowe tło dla krzyków, skrzeków i pieśni innych ptaków bardziej zaprawionych w dramatycznych widowiskach. Jest to tło często ignorowane i nieznajdujące zainteresowania, podobnie jak starania operowych drugoplanowców produkujących się na końcu sceny. I tak wszyscy patrzą na primabalerinę. W lesie czy na polach uwagę słuchacza prędzej skradnie głośna sójka, wydzierająca się do utraty tchu, niż chórek szaro-żółtych sikor przeżywających skrycie swoje barwne przygody. Inaczej sprawa się ma, gdy sikorki zamieszkają tuż przy oknie salonu.
Jan Sokołowski, nestor polskiej ornitologii, w jednej ze swoich książek zwraca uwagę na fakt, że śpiew nawet niepozornych i drobnych ptaków jest nieproporcjonalnie doniosły w stosunku do rozmiarów ich ciał. Słyszany z bliska, robi kolosalne, ogłuszające wrażenie. Głos leśnej drobnicy dostosowany jest do tego, aby być słyszalnym poprzez różnego rodzaju przeszkody, gęste liście, szum wiatru i inne hałasy. Dzięki tej cesze ptasiego śpiewu rok w rok mam możliwość poznawać nastroje, emocje i przeżycia doświadczane przez kolejne generacje sikorzego rodu. Budka dla ptaków wisi nad oknem. Gdy jest ono uchylone, słyszę dosłownie wszystko, co dzieje się w środku. A jest co podziwiać. Majowe i czerwcowe poczynania sikor w mojej budce są bardziej fascynujące niż niejedna audycja radiowa. Najpierw bowiem para – samica i samiec – odnajdują to drewniane schronienie. Wokół budki słychać wesołe, lecz ciche odgłosy przypominające odgłos dzwoneczka. Następnie małżonkowie biorą się do roboty. Zapracowane pogwizdywania wskazują na trud związany ze znoszeniem do budki lęgowej traw i mchów. Wiją w środku gniazdo. W końcu jeden z głosów zamiera, bo samica zaczyna swe wysiłki koncentrować na zniesieniu i wysiadywaniu jaj. Samiec lata wte i wewte, przynosząc partnerce pożywienie. Wszystko do tej pory rozgrywa się dość dyskretnie, bez rozgłosu, trochę konfidencjonalnie. Ukradkowość kończy się wraz z pojawieniem się młodych. Od pęknięcia skorupek pisklaki rozpoczynają bezpardonową walkę o pożywienie, której głównym orężem jest tembr i siła głosu. Z początku niewprawne głosiki tylko popiskują nerwowo, lecz gdy tylko płuca i gardziołka nabiorą mocy, komunikat maluchów przeradza się w przeraźliwy pisk. Alarmuje on rodziców, kota sąsiadów i mnie. Każdego na inny sposób. Rodziców przynagla do większych i częstszych porcji jedzenia. W kocie rozbudza instynkt łowcy. A ja pozostaję z całym tym problemem, martwiąc się, czy nie umrą z głodu lub czy nie zginą na skutek ataku kotowatego drapieżnika. Poziom emocji wywołanych głosem zwierząt sięga apogeum wraz z końcem wiosny właśnie w moim ogródku.

Świadomość butlonosa
Wielokrotnie zastanawiamy się, czy głosy wydawane przez zwierzęta są rodzajem instynktownej reakcji, czy też emocjonalną, świadomą komunikacją, dowodzącą naprawdę ich bogatego życia wewnętrznego. Internet pełen jest filmików prezentujących nagrania gadających papug. Moim faworytem jest żako Artur. Kto chce przekonać się, jak uczuciowym stworzeniem jest duża papuga, koniecznie musi wpisać hasło „żako Artur” na YouTubie. Hodowałem kiedyś zresztą nie papugę, lecz ryżowca, małego ptaszka z wielkim, czerwonym dziobem i elegancko szaroperłowymi piórkami. Chociaż ten gatunek nie ma takich umiejętności wokalnych jak kakadu, żako czy ara, po latach zacząłem rozumieć każdy odcień jego ćwierknięcia – co więcej, niewielki ptak rozumiał, co do niego mówiłem, nawet jeżeli były to skomplikowane kwestie: „Zostaw karteczki, nie wolno”. Kiedy patrząc na moją reakcję, podlatywał do stosu bibliotecznych fiszek, ćwierkał w swoim języku coś w rodzaju „Nie wolno? Aha…”, po czym łapał tekturkę dziobem, zrzucał na podłogę i czekał na moją reakcję.
Mistrzami wyrażania emocji głosem są walenie. Według Diany Reiss, profesor psychologii badającej delfiny, komunikacja dźwiękowa butlonosów jest tak skomplikowana, że ssaki te nie tylko potrafią opowiadać sobie o swoich uczuciach; każdy z delfinów ma w języku butlonosów swoje własne, odmienne od pozostałych członków stada imię. Rozmowne delfiny mają tak wysoki poziom samoświadomości, że jeżeli podstawić im lustro, wiedzą, że patrzą na siebie, i z zainteresowaniem badają budowę swojego ciała! Poziom ten człowiek osiąga dopiero w drugim roku życia.
Ryk jaguara czy jelenia – byka na arenie rykowiska, wycie unisono wilczej watahy; tak, głosy zwierząt to emocje w czystej postaci. A głosy roślin?

Mowa roślin
Tym, czym dla ludzi są słowa, a dla zwierząt chrząkanie, ryczenie i mruczenie, tym dla roślin są lotne związki chemiczne. Rośliny też mają emocje, też umieją je wyrażać i tak jak człowiek posiadają złożony system komunikacji. Chociaż homo sapiens wylądował na Księżycu, wysłał sondę na Marsa i zgłębił istotę soczewkowania grawitacyjnego, którego elementy znajdują się 10 miliardów lat świetlnych stąd, to badania nad komunikowaniem się roślin rosnących u naszych stóp wciąż są na etapie co najwyżej pionierskim. Uwagę naukowców zwrócił jasmonian metylu. Związek ten znany jest jako regulator wzrostu roślin. Odpowiada za stymulowanie dojrzewania owoców i rozpad chlorofilu, ale także za hamowanie rozwoju pąków czy kiełkowania. Rośliny jednak posiadły pewną mądrość, przejawiającą się w niejako ubocznym wykorzystaniu jasmonianu. Wykorzystują go bowiem do komunikowania się.
Roślina, podgryzana przez roślinożernego owada, aby przetrwać, musi skoncentrować siły na tym jednym celu. Broni się, ogranicza więc w tym czasie wzrost i rozwój. Do wyhamowania procesów rozwojowych użyty zostaje jasmonian metylu. Substancja ta jest więc pierwszą odpowiedzią rośliny na stres. To jej krzyk. Co niezwykłe, to nie wołanie w przestrzeń, protest – krzyk ten jest sposobem na ostrzeżenie innych roślin. Gdy w badaniach naukowych jasmonian metylu, normalnie dla ludzkiego oka niewidoczny, został za pomocą lucyferazy, fluorescencyjnego białka, rozświetlony, okazało się, że jego chmura, niczym fala dźwiękowa, dociera do innych roślin. Te umieją odczytać komunikat wysłany przez zranioną roślinę i przygotować się do ataku roślinożercy. Przygotowanie polega między innymi na wzmożonym wytwarzaniu jasmonianu metylu, ale nie tylko. Szałwia, nakłuwana w eksperymencie naukowym w sposób identyczny jak czynią to roślinożerne owady, wysyłała powiadomienie, które odbierał krzak tytoniu. Zaalarmowany tytoń zaczynał wydzielać lotne substancje zapachowe, które odstraszały szkodniki. W ten sposób tytoń ratował nie tylko siebie, ale także rosnącą w pobliżu szałwię.
Kiedy gaz, wydzielany przez ogórek podczas krojenia, przepuszczono przez specjalny dekoder, dał się słyszeć przejmujący syk. Co więcej, po chwili ostrzegawczo syczeć zaczęły również ogórki leżące obok szatkowanego delikwenta.
Na łamach „Annals of Forest Science” Michael Perks opisał badania, podczas których udało się wyodrębnić i usłyszeć zaniepokojone bulgotanie wydawane przez sosny cierpiące od braku wody. Susza to czynnik stresowy, osłabiający, a osłabione drzewa są bardziej podatne na atak owadów. Bulgotanie można więc odczytać jako hasło wzywające do wytężenia produkcji substancji toksycznych dla korników, przypłaszczków i rębaczy. Kiedy zaspokojono pragnienie sosen, bulgot uspokoił się, przechodząc w łagodne szemranie.
Dla nas zapach to doznanie estetyczne, dla roślin komunikat. Ile ostrzeżeń, zachęt, zaproszeń i skarg zawartych jest w zapachach przesycających żywiczną wonią las? Wstyd powiedzieć, ale wciąż tego nie wiemy. Jesteśmy głusi na emocje zawarte w mowie roślin.