skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Nie wieszam butów na kołku Beata Dązbłaż

Kulę ziemską przebiegł już dwa razy, choć o swoich wyczynach sportowych mówi, jakby to było coś najzwyczajniejszego w świecie. A przecież jego puchary i medale nie mieszczą się na jednej półce, byłby potrzebny na nie oddzielny pokój. Sławomir Jeżowski, słabowidzący sportowiec z Klubu „Syrenka”, uważa, że wszystkiego można się nauczyć, a najważniejsze jest nasze nastawienie.

Co prawda sport zawsze lubił, trochę pływał, trochę biegał, ale dopiero po wypadku w pracy w 1987 r., zachęcony przez swoją koleżankę Anię Baranowską, która pracowała w Spółdzielni Metal, a potem dla Stowarzyszenia Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących (CROSS), poszedł z ciekawości na Warszawiankę, by zobaczyć, jak inni trenują. I tak to się zaczęło. – W 1978 r. oglądałem pierwszy maraton zorganizowany w Warszawie i dziwiłem się, jak oni tak mogą. Nie wiedziałem, że za 10 lat będę robił dokładnie to samo – mówi Sławomir Jeżowski. - Wcześniej nie miałem do czynienia z osobami niepełnosprawnymi, chodziłem w okularach i szczęście w nieszczęściu, że one uratowały mi wzrok podczas wypadku. Na jedno oko nie widzę, na drugie mam -8. Po wypadku trochę nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, i tak nadarzył się ten sport.

Najpierw biegi
Najpierw zaczął biegać. Na pierwszych mistrzostwach Polski, w których startował, wystawiono go na 100, 200 i 400 m, ale sam wiedział, że nie jest jeszcze dobrze przygotowany do startu. – Biegałem jak na szczudłach. Potem powstał już CROSS w 1992 r. Po przepracowaniu całego roku biegłem na 100, 200 i 400 m i już na tych mistrzostwach zdobyłem dwa medale – srebrny i brązowy na 200 i 400 m. Można powiedzieć, że początkiem był 1989 r. Potem zwiększałem dystanse. Wszystkiego można się nauczyć, także biegania – mówi Sławomir Jeżowski.
Bieganie do dziś jest dla niego najważniejszą dyscypliną, ale nie jedyną, którą uprawia. Kiedy w CROSS-ie powstała dyscyplina tańca towarzyskiego, zachęcono go, aby przyjechał na jedno ze szkoleń. – Jak to ja, niespokojny duch, pojechałem i zobaczyłem. I tak z Anią Baranowską tańczyliśmy przez 12 lat tańce standardowe i latynoamerykańskie – mówi. Po ostatnim starcie w 2012 r. w tej dyscyplinie lekarz zabronił mu uprawiania dwóch tak intensywnych kategorii sportowych, przerzucił się więc na kolarstwo.
- Musiałem znowu na nowo uczyć się wszystkiego, jazdy na tandemie, z przewodnikiem. Przez cały rok jeździłem tylko na rowerze. W 2015 i 2016 r. startowałem z Henrykiem Groszkowskim w jeździe drużynowej na czas. W 2015 r. w Poznaniu zdobyliśmy brązowy medal na 40 km, a w 2016 r. w Kaliszu zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, przegraliśmy tylko z paraolimpijczykami – mówi.

Potem rower, kajakarstwo, triathlon i taniec
- W 2013 r. zacząłem też uprawiać triathlon. Wcześniej jeszcze było kajakarstwo. Już gdy byłem prezesem Stowarzyszenia CROSS, pojechaliśmy z Piotrem Dukaczewskim i wystartowaliśmy w kajakach ze sterem, wcześniej nie mieliśmy możliwości tak trenować. Trzeba było sterować nogami i wiosłować. Doszliśmy do finału i prowadziliśmy na 300 m, ale chcieliśmy być bardzo kulturalni, więc gdy spłynęliśmy na tor przeciwników, chcieliśmy wrócić na swój, ale w ferworze walki - zmęczenie też zrobiło swoje, tak dociskaliśmy wiosłem czy sterem, że stanęliśmy w poprzek na 50 m i zajęliśmy ostatecznie 4. miejsce. W następnym roku byliśmy jedyną osadą, która jako jedyna z tego poprzedniego roku weszła do finału, i zdobyliśmy brązowy medal. Potem jeszcze startowaliśmy, ale nie osiągaliśmy sukcesów i zakończyliśmy – opowiada pan Sławomir.
W tym roku po raz dziesiąty wystartował w triathlonie w Bydgoszczy, gdzie zajął czwarte miejsce w kategorii niedowidzących.
Wziął też udział w zawodach Ironman. – W tym roku zrobiłem połówkę Ironmana, 20 maja w Płocku przepłynąłem 1900 m, przejechałem 90 km na rowerze i przebiegłem 21 km – mówi. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w 2017 r. zdiagnozowano u niego raka i cały ten rok upłynął mu pod znakiem leczenia, włącznie z przeszczepem komórek macierzystych i kilkoma chemiami. – Jak zawsze miałem jakieś rekordy, bo już po 2,5 tygodniach po przeszczepie mój organizm się jakoś odbudował. W 2017 r. próbowałem coś trenować, ale tylko tyle, żeby cokolwiek się ruszać. Stopniowo zwiększałem natężenie, tak, by nie przesadzić. Moja myśl była tylko taka – wejść, wystartować i ukończyć. Zajęło mi to 7 godzin i 6 minut, nie byłem ostatni, zająłem 127. miejsce na 145 startujących, ponad 25 osób nie ukończyło zawodów w ogóle. Moim celem jest, by w przyszłym roku wystartować w pełnym Ironmanie.

Sukcesy
Pan Sławomir trenuje sam, ale w zawodach bierze udział z przewodnikiem. Na jego puchary i medale w domu nie ma za dużo miejsca. – Kiedyś była na to przeznaczona półka ok. 2,5-metrowa, teraz wisi taka na 4 m, na której stoją te najważniejsze nagrody, ale są jeszcze 2 pudła po telewizorach w piwnicy i cała antresola. Medali już nawet nie wieszam, poukładane są w torbach, te z zagranicznych maratonów są oddzielnie.
Za to każdy rok startów jest udokumentowany oddzielną teczką, w której pan Sławomir zapisuje wyniki, czasy i osiągnięcia – a nawet jemu samemu nie jest łatwo je wszystkie zapamiętać. W samych tylko biegach ma ponad 20 tytułów mistrzowskich na wszystkich dystansach – zaczynał od 100, 200 i 400 m, potem 800, 1500 m i 5 oraz 10 km. – Na pewno byłem mistrzem Polski na 1500 m, 2 razy na 10 km na pewno, na 5 km także, ale ile razy, już tego nie pamiętam, na półmaratonie na 21 km także – mówi.
Przebiegł 43 maratony, wszystkie największe w Europie, m.in. w Berlinie, Londynie, Barcelonie, Paryżu i na świecie – Nowym Jorku, aż po ten najtrudniejszy w Bostonie, gdzie był 3. w kategorii osób niedowidzących. – Pierwszym Polakiem, który stawał tam na podium, był Wiesław Miech, paraolimpijczyk z Seulu, mój bardzo dobry kolega i przyjaciel. Maraton w Bostonie jest najtrudniejszy, dlatego, że cały czas jest bieg z góry na dół, różnica między startem a metą wynosi 20%, a nie może być nie więcej niż 2, dlatego nie zalicza się tam rekordów. Aby wziąć udział w swoim pierwszym maratonie zagranicznym, do Frankfurtu nad Menem jechał 17 godzin. - Przeżyłem wtedy szok, jak mocno kibice dopingowali zawodników, gdzie były platformy, muzyka, mnóstwo kibicujących, którzy poklepywali nas po ramieniu, dodając sił – mówi pan Sławomir. W maratonie 14 razy był mistrzem Polski.
Od 2013 r. nie biega już maratonów, choć po osiągnięciu najbliższych celów (udział w triathlonie i Ironmanie) chce osiągnąć liczbę 50 przebiegniętych maratonów.
Pan Sławomir przebiegł też 20 razy po 100 km. – Dwa razy wygrałem w naszej kategorii z czasem 9 godzin i 20 minut. W maratonie mój rekord to 2 godziny i 51 minut, który osiągnąłem w Warszawie. Dwa razy biegłem także po 24 godziny – w 2000 r. w Zamościu, gdzie był potworny upał, przebiegłem wtedy przez dobę 134 km, ale nie biegłem cały czas. W 2008 r. nastawiłem się, żeby być w pierwszej dziesiątce. Nie bardzo mi szło, w 22. godzinie miałem 140 km, pytam innego zawodnika, czy uda mi się zrobić 20 km w te 2 godziny. On odpowiedział, że raczej nie, bo dochodzi już zmęczenie. Jak pomyślałem, że jak to, ja nie dam rady, to tak adrenalina poszła mi w górę i się zaczęło – przebiegłem 161 km i 302 m, byłem na 7. miejscu wśród amatorów. Jak dobiegłem do mety, czułem się, jakbym miał zacząć biegać. Kluczowe jest to nastawienie w głowie, to jest niesamowite – opowiada pan Sławomir.
Wspomina zabawną historię z półmaratonu w Sochaczewie, gdzie zapamiętał, że do stadionu prowadzi któraś z poprzecznych ulic. W tym samym czasie kadra Polski odbywała tam ćwiczenia, więc w pewnym momencie zrównał się z ćwiczącymi kobietami, a potem pobiegł dalej. – Czułem, że coś jest nie tak od pewnego momentu, wciąż biegnąc, pytam człowieka jadącego na rowerze, gdzie jest stadion, a on mówi: „Panie, to już 2 km za Sochaczewem pan jesteś” – opowiada ze śmiechem.
- Mój najlepszy okres biegowy był wtedy, gdy startowałem z zawodnikami takimi, jak Waldemar Kikolski i Tomek Chmurzyński. Moje pierwsze mistrzostwa to były także ich pierwsze mistrzostwa. Nigdy nie doszedłem do ich wyniku, ale starałem się być zawsze za nimi. Kolegowaliśmy się z Waldkiem aż do jego tragicznej śmierci - wspomina.

Pozytywni górą
Nigdy nie zszedł z żadnych zawodów, może nie zawsze ukończył je z takim czasem, jakby chciał – jak wtedy w Berlinie, gdy na moment się zatrzymał, czego nie wolno robić, ale nigdy ich nie przerwał. Jednak nawet wtedy był w pierwszym tysiącu na 40 tys. startujących. 2008 r. był dla niego szalonym czasem – startował w 3 maratonach i w mistrzostwach tańca, wszędzie osiągając sukcesy. Ze swoją partnerką w tańcu – Anną Baranowską – brali udział w turniejach dla pełnosprawnych, występując w swojej kategorii. Zdobyli 19 tytułów mistrzowskich w standardzie i łacinie, startowali także w kategorii open. W 2008 r. wygrali wszystkie 4 finały – open w obu stylach i w swojej kategorii.
- Jeśli chodzi o triathlony, np. w Płocku, byłem czwarty w kategorii ogólnej, a innym razem trzeci. O sporcie mogę opowiadać godzinami, podobnie jak oglądać kolarstwo czy inne wydarzenia sportowe. Sport uczy dyscypliny, systematyczności, zmienia podejście do życia, człowiek nie gnuśnieje, jest pogodniejszy. Zawsze byłem narwany, raptus, ale choroba i ta świadomość, że za chwilę może cię nie być – zmienia nastawienie do życia i punkt widzenia. Człowiek robi się spokojniejszy, nie przejmuje się drobiazgami. Teraz też czasami mnie coś zdenerwuje, ale cały 2017 r. sobie powtarzałem – ja nie mogę się denerwować, i tak już zostało. Na pewne rzeczy nie reaguję, bo nie ma po co. Sport mnie uratował, pozwolił mi przetrwać chorobę.
Pan Sławomir dziś ma 57 lat. Przez 25 lat pracował w Spółdzielni Metal, obecnie pracuje na recepcji w PZN przy ul. Konwiktorskiej. Syn nie poszedł w jego ślady, choć pośrednio, przez zawód dziennikarza, też jest ze sportem związany.
– Poprzez przezwyciężenie choroby można pokazać, że nie ma rzeczy niemożliwych, jeśli człowiek od samego początku nastawi się pozytywnie i wierzy, jeszcze potrafi coś robić i uda się mu wrócić do sprawności, nie można się załamywać, zawieszać butów na kołku, trzeba robić swoje – kończy Sławomir Jeżowski.