skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Aktualności

Zobaczyć Horn Aleksandra Kleszcz

Przylądek Horn... Miejsce odległe, trudne do zdobycia, oferujące wiele przygód. Miejsce pełne wiatru i sztormów. Wyzwanie dla żeglarzy i spełnienie ich marzeń. Żeglarski Mount Everest, o którym śpiewa się szanty i opowiada pełne grozy historie.

Tak najczęściej opisuje się ten najdalej wysunięty na południe skrawek Ameryki Południowej. Przez lata zdobywali go żeglarze z różnych stron świata, w tym roku do grona tych śmiałków dołączyli Justyna Kucińska i Darek Borowiak, niewidomi podopieczni fundacji Zobaczyć Morze im. Tomka Opoki, organizującej rejsy morskie, w których połowę załogi stanowią osoby z dysfunkcją wzroku. Cel ten pomogli im osiągnąć członkowie Śląskiego Yacht Clubu. Razem stworzyli projekt Zobaczyć Horn i spełnili żeglarskie marzenia.

Zanim wypłynęli
Wspomniany projekt został stworzony, by jego uczestnicy, tj. Justyna Kucińska i Darek Borowiak z Zobaczyć Morze oraz Jacek Załuski i Piotr Niesobski ze Śląskiego Yacht Clubu, mogli, na pokładzie jachtu morskiego Selma Expeditions, opłynąć ten sławny przylądek. Mieli oni dołączyć do załogi Selmy, pod kapitańskimi skrzydłami Andrzeja Pochodaja. Jednak, jak sami twierdzą, nie był to ich jedyny cel. Chcieli po raz kolejny pokazać, że osoby niewidome mogą i potrafią przełamywać bariery, zwłaszcza te mentalne. Chcieli pokazać, że mimo niepełnosprawności można spełniać marzenia. Czasem oczywiście potrzeba wsparcia drugiej osoby, ale proszenie o pomoc i otrzymywanie jej nie jest niczym złym.
Justyna i Darek, mimo że od rejsu minął już jakiś czas, wciąż chętnie dzielą się swoimi wspomnieniami i wrażeniami z tej wyprawy.
Jak to się zaczęło? Pomysł zorganizowania wyprawy zrodził się w 2016 r., podczas rejsu Nasza Droga Odra, na który to żeglarze ze Śląska po raz pierwszy zaprosili osoby niewidome. Kiedy tylko Piotr Kuźniar, współwłaściciel Selmy, zapewnił, że w terminie kwiecień – maj 2018 r. taka wyprawa będzie możliwa właśnie na pokładzie tego jachtu, rozpoczęto pracę nad logistyką całego przedsięwzięcia i pozyskaniem na nie środków. Ich partnerem została Fundacja Lotto. Otrzymali również ogromne wsparcie od firmy Euvic. W końcu ustalono terminy i zaczął się czas oczekiwania, podczas którego dopinano wszystko na ostatni guzik, np. przygotowywano doposażenie ekwipunku niezbędnego w tego typu wyprawie.
W mediach pojawiły się pierwsze informacje, pierwsze wywiady z uczestnikami projektu. Na forach internetowych można było zobaczyć słowa zachęty, podziwu czy niedowierzania. Takim właśnie niedowiarkom postanowili udowodnić, że można i że niepełnosprawność nie jest czynnikiem uniemożliwiającym żeglowanie i bycie częścią załogi.
Wreszcie wszyscy poznali termin wyprawy – 12–24 maja 2018 r.

Wszyscy na pokład
Selma na czas wyprawy stała się ich domem. Miejscem, o które musieli dbać każdego dnia, w którym odpoczywali, jedli i z którego oglądali świat. I dzięki któremu mogli spełnić swoje marzenia. Darek, zapytany o ten ich tymczasowy dom, opowiada:
– Selma to stalowy, dwumasztowy kecz, jacht wyprawowy o długości około 21 metrów. Jeśli chodzi o wielkość, to jest to jednostka wypośrodkowana między jachtami, które mają nieco ponad czterdzieści stóp, a Zawiszą Czarnym. Przemieszczanie się po pokładzie jest bardzo proste. Znajduje się tam dużo elementów stałych oraz taśm asekuracyjnych zapewniających bezpieczeństwo. Niewiele jest wystających ponad pokład knag, które mogłyby utrudniać poruszanie się. Pod pokładem również nie mieliśmy problemu z dotarciem tam, dokąd chcieliśmy się dostać.
Najpierw trzeba szczegółowo zapoznać się z rozmieszczeniem wszystkich elementów znajdujących się na jednostce i przyzwyczaić się do innego sposobu poruszania. – Po lądzie chodzimy z białą laską lub psem, jednak pokłady jachtów rządzą się swoimi prawami – mówi Justyna. – Tam nie ma ani laski, ani psa – jesteśmy my, jacht i pozostali członkowie załogi. Ale to przecież nic strasznego! Wspierani przez załogę, poznajemy jacht, by później swobodnie móc się po nim poruszać.
Tak jest zawsze, nie tylko podczas tej wyprawy. Kiedy niewidomy zna jacht, staje się mniej zależny, może bardziej skupić się na czekających go obowiązkach i na tym, by nie być jedynie kimś, kogo należy przetransportować z jednego miejsca w drugie. Może stać się pełnoprawnym członkiem załogi, który pełni wachty, obsługuje żagle, steruje, przygotowuje posiłki itp. Istnieją oczywiście rzeczy, których osoba niewidoma nie jest w stanie zrobić bez pomocy osoby widzącej, oraz takie, których nie zrobi nawet z taką pomocą. Dla Darka, oprócz stania na oku, były to na przykład desant oraz pomoc w momencie pracy windy kotwicznej.
– Starałem się nie podsuwać tam swoich kończyn – opowiada – mając w pamięci, iż one nie odrastają. Pozostałe prace nie stwarzały mu jednak większego problemu.
Płynęli więc, podzieleni na dwu-, trzyosobowe wachty, walcząc z własnymi słabościami i czasem chorobą morską. Wiedzieli, że są częścią doświadczonej załogi i nawet, gdyby nastąpiło załamanie pogody, będą umieli sobie z nim poradzić. Płynęli, przygotowani na silny wiatr, którego porywy dochodziły do sześćdziesięciu węzłów. Płynęli, ani przez chwilę tego nie żałując. Płynęli, by nabrać doświadczenia. Płynęli, bo gdzieś tam czekał Horn – spełnienie ich marzeń.
I oglądali. Podziwiali. Odczuwali. Wiedzieli o wszystkim, co działo się dookoła: o cienkiej, kruszonej przez dziób warstwie lodu, o poszczekujących radośnie fokach, krzyczących kormoranach podrywających się do lotu, przepływających obok łodzi wielorybach, które sapaniem ogłaszały swoją obecność. A to, o czym opowiadali im widzący członkowie załogi, było jedynie dopełnieniem powstałego w ich głowach obrazu. W końcu, kiedy wszystko milkło, słyszeli niesamowitą ciszę, której nie można usłyszeć tak po prostu, na co dzień. Ciszę głęboką, wyjątkową i przejmującą. Świadectwo tego, gdzie naprawdę się znajdowali. Tego, że było to miejsce niezwykłe, tak bardzo odległe od cywilizacji i działań człowieka. I to wszystko niosło ze sobą potężną dawkę emocji.

Tam, gdzie wody mniej
Płynęli, ciesząc się czystym powietrzem i odczuwając, jak zmienia się wiatr i pogoda. Kiedy nie pływali, wtapiali się w życie na lądzie. A tam, jak mówią, spotykały ich kolejne fale emocji i obrazów. Wystarczy wspomnieć o czterech zatokach, w których nocowali, stojąc na kotwicy: Caleta Olla, Caleta Voilier, Caleta Julia i Caleta Ferrari. W pierwszej i trzeciej popłynęli na ląd z pomocą pontonu. Zatoka Olla, zamiast piaszczystą plażą, przywitała ich różnorodnymi muszlami, powywracanymi pniami drzew oraz wydrążonymi przez wodę, pokrytymi mchem pustymi kłodami. Oglądali je wszystkie, będąc pod ogromnym wrażeniem.
W zatoce Julia pod stopami mieli torfowe podłoże i musieli być ostrożni ze względu na dużą liczbę grzęzawisk.
Słuchali i obserwowali, jak żyje ludność w tamtejszych miejscowościach portowych i wczuwali się w ich codzienność. Mogli poznać smak tamtejszej aromatycznej kawy, którą zostali ugoszczeni, czy świeżych krabów prosto z kutra.
Eksperymentowali, do czego zresztą zachęciła ich Ziemia Ognista. Rozpalili ogień, a leżące na plaży drewno, choć pokryte szronem i przemarznięte, paliło się radośnie. Cieszyli się tą chwilą pośród oszronionych drzew i krzewów. W końcu niechętnie zgasili ogień. Dogasili gałązki w wodach zatoki i wrócili na pokład jachtu, by już jakiś czas później radować się obecnością mnóstwa gwiazd.
I wciąż czekali... Czekali na kolejne doznania i na spotkanie z lodowcami. Czekali, bo wiedzieli, że to jeszcze nie koniec.

Marzenie spełnione
15 maja 2018 r. to dzień, który dla tej dwunastoosobowej załogi z pewnością stał się najważniejszym dniem w jej żeglarskiej historii. To właśnie wtedy, o godzinie 15.47, po trzydziestu godzinach żeglugi od wyruszenia z Puerto Toro, w odległości niecałej mili od lewej burty, osiągnęli przylądek Horn. Chcieli go opłynąć około 09.00, jednak panujące tam warunki zmusiły ich do zmiany planów. Opóźniły ich wiatr, częste halsy i fale, które nie pozwoliły im wylądować na Hornie. Obiecali sobie jednak, że tę część planu zrealizują następnym razem.
Zmaganie z silnym wiatrem, którym przywitał ich przylądek Horn, było dla Darka motywującym wyzwaniem. Jak mówi, mógł potwierdzić swoją wytrzymałość i możliwości. Zapytany o to, co czuł w tamtym momencie, odpowiada: – Ogromne emocje, bo marzyłem o tym od dziecka. I dumę, że stało się to owocem przygody rozpoczętej z fundacją Zobaczyć Morze.
Cała ta wyprawa zresztą była dla niego kolejną lekcją pokory. – Przyroda i morze – dodaje – rządzą się swoimi prawami, a człowiek musi to zaakceptować i przede wszystkim zadbać o swoje bezpieczeństwo. I nie przeceniać własnych możliwości.

Bo każdy ma swój Horn
Projekt Zobaczyć Horn to nie tylko zdobyty przylądek. To również wiele innych miejsc, sytuacji, doświadczeń. To wielu ludzi, zarówno tych biorących udział w wyprawie, jak i tych wspierających żeglarzy czy czekających na lądzie na ich bezpieczny powrót. To w końcu wiele emocji i doznań. Obrazów i wspomnień. To wszystko to, o czym teraz opowiadają nam członkowie załogi Selmy oraz to, o czym opowiedzieć zwyczajnie nie potrafią. Bo pewnych zdarzeń i związanych z nimi emocji nie można ująć słowami. Pewne rzeczy trzeba po prostu przeżyć osobiście.
I nie musi to być dosłowne zdobywanie przylądka Horn. Może to być zdobycie własnego Hornu, osiągnięcie celu, który dotąd wydawał się poza zasięgiem. Dla jednych może to być samodzielne wyjście z domu i udanie się do pobliskiego sklepu, dla innych podjęcie się wymarzonej pracy, a dla jeszcze innych podróż do miejsc, o których do tej pory jedynie czytali.
Każdy z nas ma własny Horn do zdobycia, jednak one wszystkie mają wspólną cechę: niosą ze sobą niewyobrażalną dawkę doznań. Doznań, które tylko my jesteśmy w stanie w pełni docenić.
Każdy z nas ma jakieś marzenia, które czasem wydają się wręcz niemożliwe do spełnienia. Czy jednak naprawdę tak jest? Justyna i Darek marzyli o tym, by opłynąć przylądek Horn i z pomocą Śląskiego Yacht Clubu udało im się to marzenie spełnić. Teraz, mimo że już jakiś czas temu wrócili do domów i życia na lądzie, nadal realizują cele projektu. Opowiadają innym o tym, co przeżyli, i przekonują, że niewidomi również mogą być pełnoprawnymi członkami załóg. Już sama wyprawa na pokładzie Selmy sprawiła, że kolejnych ośmiu doświadczonych żeglarzy nie widzi przeszkód w zabieraniu na pokłady jachtów osób z dysfunkcją wzroku.
Beneficjenci Zobaczyć Morze chcą również swoje wspomnienia wydać w formie albumu i audiobooka, by każdy, kto tylko zechce, miał do nich dostęp i mógł zapoznać się bliżej z całą wyprawą.
Warto więc brać z nich przykład i mimo trudności spełniać swoje marzenia. Warto próbować zdobyć własny Horn, a kiedy ten zostanie już zdobyty, znaleźć nowy i nie tylko marzyć o jego opłynięciu, ale też podejmować konkretne kroki, by móc to marzenie spełnić i cieszyć się z własnych osiągnięć. Nie należy skupiać się na przeszkodach, jakie stoją na drodze do realizacji konkretnego marzenia, a na tym, w jaki sposób można je pokonać.