skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Kultura

Pożegnanie: Kora (1951-2018) i Tomasz Stańko (1942-2018) Konrad Zych

Pochodzili z różnych muzycznych światów. On – najsłynniejszy polski trębacz, występował z gigantami europejskiego i amerykańskiego jazzu. Ona – jedna z ikon rodzimej nowej fali, pokazała tysiącom dziewczyn w Polsce, jak należy śpiewać rocka. W sierpniu pożegnaliśmy dwie muzyczne legendy, Olgę Sipowicz i Tomasza Stańkę.

W wyprodukowanym dwa lata temu dokumencie Bartosza Konopki, „Droga do mistrzostwa”, Kora nie mówiła o zespole Maanam. Nie opisywała pierwszych koncertów, tłumu fanów pod sceną ani, nieudanych niestety, prób zaistnienia na Zachodzie. Wokalistka opowiadała o swoim dzieciństwie. Śmierci matki. Ciągłej nieobecności ojca. Pięcioletnim pobycie w domu sierot. Rozłące z ukochaną siostrą. Niewyobrażalnej wprost biedzie. Mimo dramatycznej wymowy, obraz kończył się optymistycznie. Pochwałą piękna. Piękno. To ono pomogło jej przetrwać. Było z nią do końca.
Drugi obraz jest inny. Zaczyna się od nagłego zrywu perkusji. Wkrótce do bębnów dołącza nerwowy puls kontrabasu. Mężczyzna w kapeluszu uśmiecha się, przykłada trąbkę do ust. Nie trzeba być fanem jazzu, by rozpoznać unikalne brzmienie Tomasza Stańki. Kolejne ujęcia portretują trębacza jako artystę w pełni sił twórczych, ale też człowieka o niezwykle chłonnym, otwartym umyśle. Muzyk ze swadą, nie stroniąc od dygresji, opowiada o sztuce improwizacji. Poszukiwanie nowych muzycznych dróg przyrównuje do ewolucji. Dobór naturalny, genetyka, ludzki mózg – skacze z tematu na temat. Nauka to był jego „konik”.

Szalona stylistka
Film Bartosza Konopki miał swoją premierę w pierwszych dniach kwietnia 2016 roku. Wtedy też artystyczne drogi Kory i Tomasza Stańki splotły się po raz ostatni. W owym czasie wokalistka niemal całkowicie wycofała się z życia publicznego. Wraz ze swoim wieloletnim partnerem, Kamilem Sipowiczem, przeniosła się do Bliżowa w powiecie zamojskim, gdzie spędziła ostatnie dwa lata życia. Marzenia o powrocie na scenę przekreśliła choroba, rak jajnika, zdiagnozowany u artystki pięć lat wcześniej (silne bóle brzucha zaczęła odczuwać jeszcze w latach dziewięćdziesiątych). Mimo cierpienia, piosenkarka do ostatnich dni pozostała aktywna. Zdążyła m.in. wystąpić na solowej płycie byłego wokalisty Sweet Noise, Glacy. Utwór „Człowiek”, opublikowany w połowie kwietnia 2018 roku, można potraktować jako rodzaj hołdu dla Kory i zespołu Maanam. W refrenie wykorzystano fragment jednego z największych przebojów formacji – „Krakowski spleen”. Ostatnim, tym razem pozamuzycznym, przedsięwzięciem artystki okazał się jednak udział w polskiej wersji językowej filmu „Iniemamocni 2”. Kora po raz drugi wcieliła się tam w postać Edny Mode, szalonej stylistki, którą przypominała stylem bycia i silną, nietuzinkową osobowością.
Również Tomasz Stańko o chorobie dowiedział się późno. Zaawansowane stadium raka płuc zdiagnozowano u niego dopiero po świętach Wielkiej Nocy. Podjęte natychmiast leczenie doprowadziło do zawieszenia licznych projektów, w które trębacz zaangażowany był w ostatnich kilkunastu miesiącach. W planach, oprócz trasy koncertowej promującej ostatnią - jak miało się okazać – płytę muzyka (album „December Avenue” ukazał się pod koniec marca roku 2017), miał m.in. nagrania z inną gwiazdą wytwórni ECM, włoskim trębaczem Enrico Ravą. Rok temu obaj artyści wystąpili na jednej scenie podczas... rockowego festiwalu w Jarocinie. Towarzyszyli im członkowie nowojorskiego kwartetu Stańki, kontrabasista Reuben Rogers i perkusista Gerald Cleaver, oraz młody włoski pianista Giovanni Guidi. Ten sam skład miał firmować wspólną płytę obu trębaczy. Jarocińską scenę muzycy dzielili m.in. z legendą amerykańskiego post-punku, grupą Pere Ubu, wschodzącą gwiazdą polskiej alternatywy, Organkiem, i cenionym za umiejętne łączenie hip-hopu z jazzem O.S.T.R.-em. Kolejny dowód, że dla Tomasza Stańki muzyka nie miała granic.

Elektryczny prysznic
Początki kariery obojga artystów upłynęły w cieniu silnych muzycznych osobowości, Marka Jackowskiego i Krzysztofa Komedy. Kiedy pod koniec lat sześćdziesiątych nastoletnia Olga Ostrowska (jak brzmiało prawdziwe imię i nazwisko Kory) znalazła się w Krakowie, gdzie szybko wyrosła na jedną z barwniejszych postaci w ówczesnym środowisku hipisowskim, jej późniejszy mąż, Marek, był już cenionym muzykiem. Za sobą miał m.in. występy w łódzkiej grupie jazz-rockowej Vox Gentis i zespole Marka Grechuty Anawa. Współtworzył też, wraz z kontrabasistą Jackiem Ostaszewskim i perkusistą Tomaszem Hołujem (obaj, choć w różnych okresach życia, należeli do bliskich współpracowników Tomasza Stańki), pionierską na polskim gruncie formację Osjan, łączącą jazz z wpływami muzyki świata. W roku 1976 wraz z Milo Kurtisem, multiinstrumentalistą greckiego pochodzenia, założył duet M-a-M, który z czasem przekształcił się w Maanam Elektryczny Prysznic. Nowa nazwa podkreślać miała zwrot ku muzyce ostrzejszej, opartej na zelektryfikowanym brzmieniu gitar, a przez to jednoznacznie rockowej. W tym czasie w zespole nie było już Kurtisa. Zastąpił go, na krótko zresztą, Walijczyk John Porter. Wokalistką zespołu została żona Jackowskiego, Olga, która już wcześniej – jeszcze w czasach hipisowskich – przybrała pseudonim „Kora”. Para pobrała się w roku 1971. Olga, choć okazjonalnie pojawiała się na występach Osjana (według niektórych źródeł to ona była pomysłodawczynią projektu), nie miała dotychczas zbyt wielu okazji, by zaprezentować się na scenie.
W roli wokalistki Maanamu (który z czasem skrócił pierwotną nazwę do pierwszego członu) zadebiutowała na deskach poznańskiego Klubu Medyka „Aspirynka”. Z tego okresu pochodzą też najwcześniejsze utwory grupy: „Derwisz”, „Chcę ci powiedzieć”, „Blues Kory” czy „Jest taka pora”. Piosenka „Hamlet”, nagrana przez pierwsze wcielenie zespołu (o regularnym „zespole” trudno zresztą w tym przypadku mówić – Jackowskim towarzyszyli muzycy grupy Dżamble), stała się nawet radiowym przebojem. Duża w tym zasługa Teresy Kowińskiej, dziennikarki Programu Trzeciego Polskiego Radia, która umieściła utwór na swojej liście Top 10. Sporą popularnością cieszyło się też zaśpiewane przez Jackowskiego „Oprócz”. Prawdziwym przełomem okazało się jednak drapieżne wykonanie utworów „Boskie Buenos” i „Żądza pieniądza” na XVIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Zdaniem niektórych dało ono początek rockowej rewolucji w Polsce. Jeszcze inni widzieli w nim... symboliczne zakończenie epoki Gierka. W tym czasie ukonstytuował się także pierwszy, „złoty” skład Maanamu: z braćmi Olesińskimi i perkusistą Pawłem Markowskim, który po drobnych korektach – miejsce Krzysztofa Olesińskiego zajął Bogdan Kowalewski – utrzymał się do roku 1986, pierwszego w historii grupy zawieszenia działalności.

Najlepszy instrumentalista Polski południowej
W czasie, gdy Kora współtworzyła w Opolu historię polskiego rocka, Stańko był już gwiazdą światowego formatu, jednym z najbardziej rozpoznawalnych europejskich jazzmanów. W swoim muzycznym dossier miał nagrania z gigantami, Dave’em Hollandem, Garym Peacockiem czy fińskim perkusistą Edwardem Vesalą (słynna sesja w mauzoleum Tadż Mahal), a także pierwszy album dla fonograficznego potentata, niemieckiej wytwórni ECM („Balladyna” z roku 1976). Płyty, które stworzył ze swoim ówczesnym kwintetem, „Purple Sun”, „Jazzmessage from Poland” czy – zwłaszcza – dedykowane Komedzie „Music for K”, to prawdziwe klejnoty w jego dyskografii, ale i jedne z najświetniejszych dokonań jazzu pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Nie tylko europejskiego. Z czasem muzyk zaczął odchodzić od wypracowanej z kwintetem konwencji. W późniejszym okresie coraz śmielej spoglądał w stronę elektroniki i technicznych nowinek. Te ostatnie zdominowały brzmienie jego albumów z lat osiemdziesiątych. Na tym polu też był zresztą pionierem. Pierwsze próby z syntetycznymi dźwiękami podjął blisko dekadę wcześniej – na płycie „Fish Face”, nagranej z saksofonistą Tomaszem Szukalskim i perkusistą Stu Martinem. W roku 1985 powołał do życia grupę Freelectronic, swój sztandarowy elektroniczny projekt.
Początki kariery muzyka, podobnie jak większości twórców tzw. polskiej szkoły jazzu, sięgają jednak dwie dekady wstecz, do przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX stulecia. Wtedy to, zainspirowany koncertem Dave’a Brubecka w krakowskim klubie Rotunda, Stańko (wówczas uczeń III Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Kochanowskiego w Krakowie) postanowił grać jak Amerykanie. W roku 1962 powołał (wraz z pianistą Adamem Makowiczem) zespół Jazz Darings, który wkrótce przekształcił się w jedną z pierwszych europejskich formacji freejazzowych. Duża w tym zasługa dwudziestoletniego wówczas zaledwie Janusza Muniaka, saksofonisty, który do składu doszlusował kilka miesięcy później. Sekcję rytmiczną tworzyli wówczas perkusista Wiktor Perelmuter i późniejszy współzałożyciel Osjana, Jacek Ostaszewski. To m.in. dzięki niemu (w latach siedemdziesiątych basista zetknął się ze środowiskiem krakowskich hipisów) Stańko pozna Korę. Wróćmy jednak do roku 1962. Wzorem dla zbuntowanej młodzieży był Ornette Coleman, geniusz i hochsztapler amerykańskiego jazzu. Koncerty Jazz Darings, wyraźnie inspirowane dokonaniami Amerykanina, pomogły przeszczepić freejazzową estetykę na polski grunt. Dla młodych muzyków stały się również przepustką do gry z najlepszymi. Makowicz (odszedł z grupy tuż przed przyjściem Muniaka) nawiązał współpracę z zespołem Andrzeja Kurylewicza. O Stańkę, najlepszego instrumentalistę Konkursu Amatorskich Zespołów Jazzowych Polski Południowej, upomnieli się Andrzej Trzaskowski i Michał Urbaniak. W tym czasie trębacz nawiązał również, trwającą blisko pięć lat, współpracę z zespołem Krzysztofa Komedy. Epizod ten na długie lata określił jego muzyczny styl. W roku 1965 międzynarodowy skład kwintetu (oprócz lidera i wspomnianego już Stańki formację współtworzyli saksofonista Zbigniew Namysłowski, kontrabasista Günter Lenz i perkusista Rune Carlsson) zarejestrował materiał, który do dziś – po przeszło pięćdziesięciu latach od powstania! – uchodzi za najważniejszą polską płytę jazzową. „Astigmatic”. Jest to równocześnie jeden z dwóch polskich albumów odnotowanych w rankingu „The 100 Jazz Albums That Shook The World” magazynu „Jazzwise”. Drugi to „Soul of Things” kwartetu Tomasza Stańki. Płyta, nagrana trzy dekady po śmierci Komedy, otwiera ostatni, artystycznie niezwykle udany, etap w karierze muzyka. W nowe tysiąclecie trębacz wkroczył bowiem jako jazzowy klasyk, jedna z gwiazd prestiżowej wytwórni ECM. Ale nie uprzedzajmy faktów.

Pamięci K
Lata dziewięćdziesiąte to bowiem, tak dla Stańki, jak i dla Kory, czas muzycznych przewartościowań. Po okresie eksperymentów z elektroniką (erę „syntetyczną” w dyskografii jazzmana zamyka nagrany z Januszem Skowronem album „Tales For a Girl, 12, and a Shaky Chica”) trębacz powrócił do bardziej naturalnego, akustycznego brzmienia. Zmianę podejścia przyniosła już kolejna płyta, „Bluish” z roku 1992. Nagrana z norweskimi muzykami, Jonem Christensenem i Arildem Andersenem, portretowała Stańkę jako spadkobiercę najlepszych tradycji europejskiego jazzu. Za prawdziwe „nowe otwarcie” w karierze polskiego jazzmana uznać wypada jednak o rok późniejszy album „Bosonossa and Other Ballads”. Wydawnictwo firmował tzw. międzynarodowy kwartet, współtworzony przez dwóch Szwedów, Polaka i Anglika. Szwedzkiego pianistę Bobo Stensona i jego rodaka, kontrabasistę Andersa Jormina, wspierał urodzony w Sheffield perkusista Tony Oxley. Polak to oczywiście Stańko. Ze składem tym, począwszy od roku 1994, trębacz nagrał dwa cenione albumy dla niemieckiej ECM. Na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza inspirowana filmem Jerzego Kawalerowicza (i dedykowana reżyserowi) „Matka Joanna”.
Szczególne uznanie zyskała przygotowana przez inny międzynarodowy skład, tym razem septet (oprócz Stensona w studiu znalazł się m.in. znany z „Bluish” Christensen oraz jego rodak, gitarzysta Terje Rypdal) „Litania”. Longplay zawierał zaaranżowane na nowo kompozycje Krzysztofa Komedy. W ten oto sposób historia zatoczyła koło. Przypomnijmy: pierwszy album słynnego kwintetu Stańki, „Music for K” z roku 1970, choć przynosił autorskie kompozycje lidera, poświęcony był zmarłemu rok wcześniej pianiście. Do twórczości Komedy trębacz powracać będzie zresztą i w późniejszych latach. Następca „Litanii”, zrealizowany w gwiazdorskiej obsadzie (m.in. John Surman, Dino Saluzzi, Michelle Makarski) longplay „From the Green Hill” ugruntował mocną pozycję Polaka w europejskim i światowym jazzie. Był też – zważywszy, że wszyscy zgromadzeni w studiu muzycy reprezentowali barwy niemieckiej ECM – dowodem ogromnego uznania ze strony wytwórni. Ostatnie dokonania artysty to m.in. nagrane z trio Marcina Wasilewskiego albumy „Soul of Things”, „Suspended Nights” i „Lontano”, płyta dedykowana Wisławie Szymborskiej oraz, wspomniane już, „December Avenue”. Zamieszczone na nich wykonania dowodzą nie tylko dobrej dyspozycji muzyka. Świadczą też, na co zwrócili uwagę krytycy, o pewnym „uszlachetnieniu” konwencji rozwijanej systematycznie od lat dziewięćdziesiątych XX wieku. I tym razem nie zabrakło ukłonów w stronę Komedy. Ostatni z „polskich” albumów Stańki, „Lontano” z roku 2006, przyniósł nową wersję kompozycji „Kattorna”, oryginalnie opublikowanej na płycie „Astigmatic”. Na późniejszym o trzy lata „Dark Eyes” (longplay firmował kolejny kwintet – tym razem międzynarodowy) znalazły się zaś, również skomponowane przez pianistę, „Dirge for Europe” i „Etiuda baletowa nr 3”.

Maanam – reaktywacja
W czasie, gdy Stańko odchodził powoli od stylistyki fusion i syntetycznych, syntezatorowych brzmień na rzecz bliższego tradycji, akustycznego grania, Kora pracowała nad solowym albumem... z utworami Kabaretu Starszych Panów. Pomysł narodził się pod koniec lat osiemdziesiątych podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, poświęconego twórczości Agnieszki Osieckiej. Wokalistka z powodzeniem wykonała wówczas „Okularników” i „Kochanków z ulicy Kamiennej”. Na płytę „Ja pana w podróż zabiorę”, w całości wypełnioną kompozycjami tandemu Wasowski – Przybora, trzeba było poczekać aż do roku 1993. Powodem nie były jednak, jak można by oczekiwać, przedłużające się nagrania ani krótka, udokumentowana zaledwie jednym albumem, współpraca z Püdelsami, lecz nieoczekiwana reaktywacja grupy Maanam. Wydawnictwa z lat dziewięćdziesiątych, oprócz powrotu oryginalnego składu krakowskiej formacji (z Krzysztofem Olesińskim na gitarze basowej), przyniosły wyraźne złagodzenie brzmienia. Piosenki takie, jak „Sahara”, „Jeśli chcesz” czy „Po to jesteś na świecie”, kierowały zespół w stronę przyjemnego, radiowego pop rocka. Z dwóch albumów zrealizowanych w takiej konwencji („Róża” z roku 1994 i o dwa lata późniejsze „Łóżko”), ciekawszy wydaje się pierwszy. Grupie zdarzały się jednak i momenty mocniejsze, przywodzące na myśl najlepsze dokonania z lat osiemdziesiątych XX wieku. Dowodem nawiązująca do stylistyki „Boskiego Buenos” kompozycja „Puerto Rico” czy ciężkie, utrzymane w duchu nowofalowych poczynań zespołu, „Wieje piaskiem od strony wojny”. Teledysk do tego ostatniego często pojawiał się na antenie ówczesnej MTV.
Sukcesem artystycznym odrodzonego Maanamu okazał się niewątpliwie „Hotel Nirvana”, ostatni album przygotowany w oryginalnym składzie. Płyta przyniosła kompozycje silnie zabarwione elektroniką, różne zarówno od klasycznych utworów grupy, jak i znacznie bardziej komercyjnych dokonań z lat dziewięćdziesiątych. Niestety, metamorfozy zespołu nie docenili słuchacze. Sprzedaż albumu ledwo pokryła koszty produkcji. W międzyczasie z grupy odeszli wszyscy – poza Korą i Markiem Jackowskim – muzycy oryginalnego składu. Para zdecydowała się jednak kontynuować działalność pod dotychczasowym szyldem. Nagrany przez „zreorganizowany” Maanam album „Znaki szczególne” (do wokalistki i gitarzysty dołączył m.in. znany z Tie Breaku, Janusz „Yanina” Iwański), mimo powrotu do klasycznego brzmienia formacji, okazał się ostatnią propozycją w jej bogatym dorobku. Wkrótce, po poważnym wypadku Marka, zespół zawiesił działalność. Kora postanowiła kontynuować karierę pod własnym nazwiskiem.

Wyznawczyni słońca
Choć z perspektywy czasu może wydawać się to zaskakujące, na pierwszą płytę artystki z całkowicie autorskim materiałem („Kora Ola Ola!” z roku 2003 to kolejne, po nagraniach z Püdelsami i zbiorem piosenek Kabaretu Starszych Panów, wydawnictwo z przeróbkami) trzeba było poczekać aż do roku 2011. „Ping Pong”, przygotowany z muzykami młodszego pokolenia (tylko basista Marcin Ciempiel, znany m.in. z Wilków i Oddziału Zamkniętego, występował w Maanamie na krótko przed powrotem oryginalnego składu), przyniósł porcję dynamicznych, rockowych dźwięków, bliskich dokonaniom zespołu z lat dziewięćdziesiątych. O tym, że Kora nie zamierzała odcinać się od przeszłości, świadczy nie tylko brzmienie. W piosenkach „Nie jestem biała i nie jestem czarna” czy „Przepis na szczęście” natrafić można na wyraźne aluzje do przebojów Maanamu sprzed lat. Kontrowersje wzbudził – wytypowany do promocji albumu – utwór tytułowy. Tekst piosenki, przez niektórych odbierany jako satanistyczny, nawiązywał do opublikowanego w roku 2010 poematu Józefa Kurylaka „Bicie mojego serca”. To stąd Kora zaczerpnęła obraz dziecka-demona podbijającego czarną piłeczkę i powracające w refrenie słowa: „Ping pong ping pong / skąd to dziecko nie wiem skąd”.
Warto przypomnieć, że już wcześniejszy singiel artystki, „Zabawa w chowanego” z roku 2010 (piosenka, podobnie jak nagrane ze Stanisławem Soyką „Nigdy nie zamknę drzwi przed Tobą”, ostatecznie nie znalazła się na albumie) wywołał protesty części konserwatywnie nastawionych dziennikarzy i słuchaczy. Piosenkarka odniosła się w nim do sytuacji z dzieciństwa, gdy – jeszcze jako wychowanka domu dziecka w Jordanowie – była molestowana przez księdza. Negatywna ocena roli Kościoła katolickiego, jak również śmiałe deklaracje światopoglądowe (Kora opowiadała się za całkowitym dostępem do aborcji i legalizacją marihuany) zjednywały artystce równie wielu zwolenników, co przeciwników. Stawały się również źródłem licznych – często nieprzychylnych – komentarzy ze strony polityków czy kościelnych hierarchów. Kontrowersje, zwłaszcza wśród części duchowieństwa, wzbudził też świecki pogrzeb artystki. Sama Kora, pytana o swój stosunek do religii, określała się jako wyznawczyni „słońca, wiatru i kwiatów”.
Epilog
Kora i Tomasz Stańko. Dla setek tysięcy, a może i milionów słuchaczy w Polsce stali się – każde na swój sposób – symbolem muzycznej niezależności. Barwni, dziwaczni, pozbawieni kompleksów – na tle peerelowskiej szarzyzny wyróżniali się samym tylko wyglądem. Choć poznali się jeszcze w latach siedemdziesiątych, ich muzyczne ścieżki przecięły się dopiero w następnej dekadzie. Podczas sesji nagraniowej drugiego albumu grupy Maanam, „O!”. Charakterystyczne brzmienie trąbki Tomasza Stańki, brudne, nieco chropowate, a jednak urzekające słowiańską melancholią, usłyszeć można w dwóch utworach. Krótkim, trwającym niespełna minutę solo pt. „Zwierzę” i dynamicznym, nowofalowym songu, „Die Grenze”. Ten ostatni, przejmujący głos w obronie ludzkości podzielonej „murami, zasiekami, zaporami”, zabrzmiał 8 sierpnia na warszawskich Powązkach. Tego dnia tłumy fanów przyszły pożegnać Korę. Dwa dni później w tym samym miejscu odbył się pogrzeb Tomasza Stańki. Trudno o bardziej wymowny symbol.