skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

#ścieżkadostępu – podziel się przestrzenią! Małgorzata Szumowska

Drodzy Czytelnicy, dziś biorę na warsztat temat wałkowany od lat, na sto sposobów, niczym kotlet mielony w książkach kucharskich. Listwy prowadzące. Ścieżki komunikacyjne. Prowadnice. Linie. W towarzystwie pinezek, guzków lub jak kto woli ćwieków. Urocze, błyszczące niczym drogocenny skarb prowadnice na szorstkich i brudnych posadzkach dworcowych, choć nie tylko. W deszczu lub w zimie sprawiają gdzieniegdzie, iż wszyscy drżą, bo zamieniają się w niebezpieczną ślizgawkę… Sama kilka razy straciłabym na nich uzębienie, wykonując coś na kształt piruetów, z moich ust wypływały wówczas słowa powszechnie sklasyfikowane jako mało eleganckie… Ale to, z czego są wykonane, to temat na oddzielną dyskusję.

Póki co jest problem. Ludzie nie wiedzą. Nie rozumieją. Nie pojmują po co, na co i dlaczego ktoś postanowił wzbogacić przestrzeń tym cudem, wybrykiem szalonego architekta…
Tak, jak napisałam – nie jest to temat nowy, zwłaszcza dla ludzi z naszego środowiska – celowo piszę „naszego”, bo wierzę głęboko, że łączy nas wspólna sprawa, a jeśli ktoś widzący siedzi w „branży”, to powinien mieć poczucie wspólnoty. Wielokrotnie spotykałam się z tym zagadnieniem na warsztatach, pogadankach, widziałam rozmaite akcje, te najgłośniejsze po wypadku mojego znajomego z dysfunkcją wzroku, fantastycznego kibica pewnego klubu piłkarskiego. Były kampanie – nie ma po nich śladu. Kiedy pytam widzących znajomych i nieznajomych, czy wiedzą, co to błyszczy na posadzce, takie długie, smukłe, tajemnicze, na dziesięć pytanych osób siedem rozkłada ręce. Musicie wiedzieć, drodzy czytelnicy, że w ramach sportu i rekreacji postanowiłam ostatnio spędzić trochę czasu na stołecznym Dworcu Centralnym, aby pooglądać, popodglądać i porozmawiać. Robiłam zdjęcia, dokumentowałam, zapisywałam odpowiedzi. Ze znajomymi rozmawia się inaczej, z obcymi inaczej. Wiadomo.
Dlaczego Centralny? Prosta sprawa – jest on takim tyglem, soczewką społeczeństwa. Tempo zawrotne, różnorodność ogromna. Nie zabraknie tych, którzy przed południem spożyli już solidną dawkę promili, znajdzie się elegancki biznesmen, studenci i rodziny. I mam blisko do pracy, więc moja chęć zbawiania świata nie rzutuje na obowiązkach. Jak to mawiają – dwie pieczenie na jednym ogniu!
A ogień był, wracając do moich rozmówców! Wcieliłam się w rolę szalonej reporterki i pytałam po prostu: czy Pan, Pani wie, co leży pod Pana, Pani stopami. Najczęściej w krzyżowy ogień pytań brałam gagatków, którzy bez skrępowania stali na ścieżkach, ciągnęli po niej swój bagaż, zdarzyło się, że spotkałam sympatyczną rodzinkę, której czteroletnie bliźniaki miały przednią zabawę, siedząc na listwach.
Efekty sondy były następujące: wielbiciele mocnych trunków mieli – niespodzianka – mgliste, ale jednak pojęcie: „Ci niewidomi po tym chodzą chyba”. Miłe zaskoczenie. Pan biznesmen z walizką ciągniętą po ścieżce spojrzał na mnie jak na dziwo, ale nie odpuściłam mu i zszedł ze ścieżki.
Rodzinka była lekko zdezorientowana. Wiecie, to trudny temat – chwila oddechu dla rodziców, dzieci znalazły sobie urocze, srebrzyste linie do zabawy, dorośli mogą pogadać. Ekstra, ale nie takim kosztem. Ja też mam czterolatkę, która doskonale wie, do czego służą ścieżki. Okej, to pewnie wynika z faktu, że pracuję i działam z ludźmi z niepełnosprawnościami wszelkimi, temat jest absolutnie naturalny. Ale chęć poszerzenia horyzontów to dobra sprawa. Polecam. Państwo nie byli przekonani co do słuszności mojej koncepcji, ale kiedy przytoczyłam słowa mojego serdecznego kolegi Roberta, zmienili optykę. Rozpędzony, solidnie zbudowany facet z laską może takiego małolata trochę poturbować. I tu trafiłam w sedno, choć jeszcze wspomniałam, że to nie chodzi o strach, nie chodzi o dzieci. Tu chodzi o niewidomych, którzy chcą być bezpieczni. Chcą dotrzeć z punktu a do punktu b. A fakt, że nie chcą mieć na sumieniu berbecia, dla którego takie ekstra szyny to przednia zabawa, to efekt uboczny. Nie jestem pewna, czy zrozumieli, ale dzieci zeszły z trasy. Zadowolone nie były.
Młode studentki, które popijały aromatyczną kawkę z papierowego kubka, stojąc na ścieżce były moim numerem jeden. Wysłuchały, zadały wiele ciekawych pytań. Łącznie z tym, co się stanie, jeśli przez niefrasobliwość ludzką złamie się laska. Ile ona kosztuje? Czy każdy niewidomy nosi zapasową? Rozmawiałyśmy prawie dwadzieścia minut i dało mi to ogrom pozytywnej energii. Obiecały szerzyć wiedzę. A ja wierzę im, że to zrobią. Kilku rozmówców zaczepiałam po prostu – nie szli na ścieżce, ale pytałam, czy wiedzą, co to jest. Większość nie wiedziała, ale znaleźli się oświeceni. Jest robota do wykonania. Trzeba uczyć. I ja to zrobię…
Właściwie to wrócę do początku – temat stary i niby co można jeszcze zrobić? Otóż powiem Wam, co – widzącym najlepiej wytłumaczy inny widzący. Ale musi doskonale czuć środowisko niewidomych. Rozumieć je i lubić. Mieć poczucie misji i chęć. Nie chcę robić z siebie Joanny D’Arc na barykadzie niewiedzy. Ale lubię takie edukacyjne wyzwania, mam jakiś warsztat merytoryczny, jeśli chodzi o promowanie idei. Dam radę! Co ciekawe, rzeczone ścieżki rozpaliły we mnie niedawno pochodnię (o jakie miłe nawiązanie!) kreatywności. Na początku lata cierpiałam na niemoc twórczą. Obleciał mnie nawet strach – co to będzie? Czy po niespełna siedmiu latach przeżywam coś na kształt wypalenia w dziedzinie tworzenia? Moja praca to wiele elementów, które tworzą całość – bieżące zarządzanie, finanse, marketing, pr i cała reszta. W jednej, małej osobie. No, może nie takiej małej … Ten przerażający, słowo daję, stan trwał ponad miesiąc. Nie polecam. Urlop nie pomógł. I nagle – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki to właśnie listwy na Centralnym poukładały mi w głowie. Kiedy zobaczyłam rząd ludzi stojących przy kasie biletowej, uparcie stojących na listwie, przy czym obok położono znak poziomy informujący o tym, że jest to ścieżka dla osób niewidomych i prośba o nie zastawianie jej (całkiem spory znak dodam!), dostałam piany! I wszystko wskoczyło na swoje miejsce! To jest twórcze. To jest ważne! W tym się sprawdzę…! Napisałam dość długi post na facebookowym fanpejdżu Niewidzialnej Wystawy. O moich spostrzeżeniach, o doświadczeniach moich pracowników, kolegów, znajomych. Szał – ponad 250 udostępnień. Pytania. Odpowiedzi. Zaprzyjaźnione media napisały o tym. Radio Kolor, które wspiera mnie od lat, zaprosiło na rozmowę. I najpiękniejsza część – wrzuciłam moje skromne przemyślenia na grupę fejsbukową „Niewidomi i niedowidzący – bądźmy razem”. Nie liczyłam na stuprocentową przychylność. Nauczona doświadczeniem czułam, że ktoś może szukać dziury w całym, posądzać o złe intencje, negować sposób działania… Zero. Zero negatywnych emocji. Wielkie wsparcie. Mnóstwo ciepłych wiadomości. Drużyna…
Postanowiłam zrobić to porządnie, ale inaczej. Akcję nazwałam prosto: #ścieżkadostępu – podziel się przestrzenią! i przyznam Wam, kochani czytelnicy „Pochodni”, że jestem niezwykle dumna z tej nazwy. Podoba się i niewidomym, w imieniu których działam, i widzącym, którzy podchwycili ją w mig. Prosto, konkretnie, na temat. Daję sobie czas do 15 października. Symboliczny Międzynarodowy Dzień Białej Laski jest dla mnie niezwykle ważną datą. Mam sto pomysłów i wiele osób chętnych do pomocy i wsparcia. Ale to Wasze wsparcie jest dla mnie najważniejsze. Bo daje wiarygodność! Wiem, jak rozmawiać z ludźmi, aby zostać wysłuchaną. Wiem, jak wgryźć się w ich świadomość i pozostawić ślad. Wykorzystam to z radością. Social media są sprzymierzeńcem w takich akcjach. Ale liczę też na pomoc włodarzy miasta, obiektów użyteczności publicznej, dziennikarzy… Jeśli oni zrozumieją, o co chodzi, komunikat pójdzie dalej. Dobre przykłady. Mamy głos! Mówię my – celowo, bo tylko wspólnie, razem możemy coś zmienić, a wierzę, że ta zmiana mentalności ludzkiej, otworzenia oczu jest niezbędna i trzeba o wielu prostych dla nas rzeczach mówić. Nie zawsze brak prawidłowej reakcji jest wynikiem głupoty, ignorancji lub braku empatii. Czasem to zwyczajny brak wiedzy. I wraz z Wami, mam nadzieję, będę tę wiedzę dawać. Zupełnie za darmo. Bo chcę też pokazać, że całkiem dobrą kampanię społeczną można zrobić bez ponoszenia kosztów. Bez projektów. Bez dofinansowania. Trzeba chcieć, mieć parę kontaktów, fajnych przyjaciół i skonsolidowane środowisko za sobą…
To co? Działamy? #ścieżkadostępu – podziel się przestrzenią! Dla wspólnego dobra, dla bezpieczeństwa, dla przyjaznego społeczeństwa! Odwiedźcie mnie na Facebooku!