skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Rozmaitości

Paszcza z głębin i przybysze z Kosmosu – czyli co czyha w polskich wodach Przemysław Barszcz

W naszym kraju nie ma pozostawiających z ofiary tylko szkielet piranii, rażących prądem, grubych jak ramię mężczyzny węgorzy elektrycznych, płaszczek uzbrojonych w kolec ze śmiertelnie groźnym jadem, żarłaczy ludojadów i krokodyli. Czy znaczy to jednak, że głębiny polskich rzek, jezior czy Bałtyku są całkowicie bezpieczne? Czy jesteśmy pewni, że wiemy, co mieszka w zielonej toni i jakie są zwyczaje i zamiary tych istot? Polska to nie Amazonia czy australijska Wielka Rafa Koralowa, mimo to życie pod powierzchnią wody jest zaskakująco i nadspodziewanie bujne...

Proponuję zacząć przegląd polskich wód w stylu Alfreda Hitchcocka – mocne uderzenie na początek, a potem – napięcie będzie rosnąć. Otóż ryba, ryba tak wielka, że jedynie kilka spośród ryb słodkowodnych świata może jej dorównać, żyje w Polsce. Drapieżna, z paszczą wielkości obręczy do koszykówki, uzbrojoną w niezliczone zęby i wyposażoną w długie, sztywne wąsy, bezbłędnie namierzające zdobycz. Rozmiary? Nawet 3 metry długości i 150 kilogramów masy ciała.
To sum europejski, istotnie jedna z największych (a według niektórych ichtiologów największa) ryb słodkowodnych świata. Żyje zarówno w rzekach, jak i w jeziorach, zwłaszcza w tych połączonych z wodami płynącymi. Chociaż brakuje informacji o udokumentowanych ofiarach śmiertelnych (poza opowieściami o rybakach, którzy zasadzając się na suma, przywiązali do nogi sznur z hakiem i przynętą i zostali wciągnięci pod wodę i utopieni przez gigantyczną rybę), ataki tych stworzeń na ludzi są faktem. W 2008 roku sum rzucający się na kąpiących i gryzący ich dotkliwie, terroryzował odwiedzających berlińskie jezioro Wannsee. Wielokrotnie raportowano też o agresywnych sumach atakujących pływaków, którzy nieopatrznie zbliżyli się do ich legowiska.
Nie demonizujmy jednak tych ryb – sam nigdy nie zostałem zaatakowany przez suma wąsala – chociaż pływałem w wodach, w których żyje, ani nie spotkałem nikogo, kto padłby ofiarą ataku – lecz pamiętajmy, że obecność tych stworzeń w naszych wodach jest faktem i z pewnością wielką („wielką” to dobre określenie) osobliwością przyrodniczą.

Jadowity jak ostrosz
Warto zwrócić też uwagę na ostrosza wiperę, rybą morską, o długości ciała do kilkunastu centymetrów. Ostrosz spędza czas zagrzebany w morskim piasku na dnie, wystawiając ponad jego powierzchnię część głowy i wyłupiaste oczy. Łacińskie słowo vipera, od którego pochodzi drugi człon jego nazwy, oznacza żmiję, co daje już pewne wyobrażenie o tej rybie. Pierwsze słowo – „ostrosz” też zresztą jest tu pomocne i wiele mówi. Jego płetwy wyposażone są w długie, kolcopodobne, ostre promienie. Szczególnie długie, sztywne i kolące są te na przedniej części płetwy grzbietowej. Dodatkowo zawierają silny jad.
Pokłucie kolcami jadowymi płetw ostrosza jest bardzo bolesne dla człowieka. Ból, osiągający szczytowe natężenie po pół godzinie, utrzymuje się przez dobę. Pierwsza pomoc, zanim udamy się do lekarza, polega na obmyciu rany i zanurzeniu jej w gorącej, minimum 40oC, wodzie. Im woda gorętsza, tym lepiej, ponieważ wysoka temperatura powoduje rozkład toksyny. Oczywiście należy być ostrożnym, żeby do jadowitej rany nie dołożyć poparzenia.
Kolce ostrosza są tak twarde i ostre, że mogą przebić podeszwę buta. Poza bólem, zranione miejsce puchnie; niekiedy dochodzą do tego problemy kardiologiczne, trudności z oddychaniem i gangrena.
Bardzo interesujący opis porażenia jadem ostrosza zawiera XVII-wieczny pamiętnik Krzysztofa Arciszewskiego, naszego rodaka – admirała, zdobywcy Brazylii, głównodowodzącego artylerii króla Polski, poety i wygnańca, który jako pierwszy być może człowiek w historii skonstruował skafander nurkowy. W skafandrze tym oddawał się wielogodzinnemu nurkowaniu, na przykład w Morzu Północnym w okolicach Scheveningen w Holandii, kiedy to pokłuł się płetwą ostrosza znalezionego w dryfujących sieciach rybackich.
Na szczęście dla nas ostrosze występują raczej w Atlantyku, Morzu Śródziemnym i Północnym. W Bałtyku raczej rzadko możemy na nie natrafić, chociaż istnieją udokumentowane przypadki nie tylko odnalezienia tej ryby w polskim morzu, ale i porażenia jej jadem. Nie można wykluczyć, że w przyszłości zasięg występowania ostrosza zwiększy się i jego obecność w wodach Bałtyku nie będzie już tylko sporadyczna.

Ruchome piaski i ławica meduz
Skoro przenieśliśmy się na plaże Bałtyku, będące według słów klasyka, dziewiętnastowiecznego naturalisty i podróżnika Alexandra von Humboldta, jednymi z trzech najpiękniejszych morskich plaż w Europie, koniecznie wspomnieć należy o ruchomych, wciągających ludzi piaskach. To mało znane zagrożenie znajduje się na przykład na Helu. Piasek staje się pułapką, gdy nasączony jest wodą w takim stopniu, że ma konsystencję zawiesiny niż pewnego podłoża. Najczęściej zdarza się to w rejonach, w których występują wyraźne pływy morskie i cofająca się woda odsłania grząskie, niestabilne dno. Słyszałem o takich sytuacjach na Bałtyku, kiedy uwięzionego przez piasek, uratowały spokój, brak gwałtownych ruchów i pomocna dłoń. Obecność drugiej osoby, mającej kąpiącego się stale na oku, to zresztą absolutna podstawa – abstrahując od opisywanych w niniejszym artykule zagrożeń, realnych, lecz stanowiących w naszym kraju głównie przyrodnicze ciekawostki, najzwyklejsze utonięcie jest w Polsce bardzo częstą przyczyną tragicznej śmierci.
Wróćmy jednak do zoologii, a później przejdźmy do szerzej pojętych nauk przyrodniczych, gdyż nie wszystko, co zębate, żarłoczne, jadowite, parzące i trujące, należy do świata zwierząt.
Chociaż w wodach Bałtyku żyje kilkanaście różnych gatunków meduz, najczęściej spotykaną, a nawet masowo pojawiającą się tuż przy brzegu jest piękna, różowo-fioletowa chełbia modra Aurelia aurita. Należąca do typu parzydełkowców, gromady krążkopławów, chełbia wyposażona jest w parzydełka, służące jej do obezwładniania i łowienia drobnych żyjątek morskich. Jad parzydełek nie jest groźny dla człowieka, chociaż wpłynięcie w ławicę kłębiących się meduz to swego rodzaju przygoda, a u osób bardziej wrażliwych może spowodować lekkie poparzenia. I jeszcze jedno – nie należy łapać meduz do wiaderek, wpuszczać ich do wykopanych dołków ani porzucać na plaży. Nie są zabawkami – to żywe, delikatne stworzenia, a takie postępowanie sprawia, że giną.

Space project „Cyanobacteria”
Sinice to organizmy bardzo zagadkowe i mało poznane; do tego stopnia, że najśmielsi w formułowaniu hipotez zakładają, iż mogły przybyć na Ziemię z Kosmosu, pędząc na naszą planetę przez zimne czeluście na przykład na asteroidzie. Póki co, brakuje na to pewnych dowodów, niewątpliwie jednak są organizmami co najmniej zastanawiającymi. Pierwszym problemem jest ich zaklasyfikowanie. Obecnie zalicza się je do bakterii, warto jednak napomknąć o związkach sinic z roślinami, związkach, których konsekwencją jest ni mniej, ni więcej, tylko możliwość istnienia życia na Ziemi. Wiele wskazuje bowiem na to, że samożywne, zdolne do wykorzystywania energii słonecznej sinice miliony lat temu... zamieszkały w komórkach roślin, czy też wniknęły do nich, i stały się chloroplastami – zielonymi organellami, dzięki którym rośliny fotosyntetyzują, czyli mówiąc w uproszczeniu, odżywiają się, zapewniając przy okazji wyżywienie całej planecie.
Sinice rozmnażają się przez podział. Niekiedy jest to zjawisko tak masowe, że prowadzi do zakwitu wody, czyli zmiany jej zabarwienia, a nawet pokrycia gęstym kożuchem na powierzchni wielu kilometrów kwadratowych. Sinice, podobnie jak niektóre glony, wydzielają wówczas toksyny, niebezpieczne dla ryb, fok i ludzi. Zarówno synteza toksyn przez sinice, jak i ich skład chemiczny i działanie, które często określić można jako „piorunująco-porażające”, pozostają dotychczas w dużej mierze zagadką.
Trucizny sinicowe mogą niszczyć całe ekosystemy i zamieniać je w pustynię, zatruwają kąpiących się nieopatrznie ludzi, są groźne także dla osób spożywających ryby i owoce morza z sinicowych wód. Z sinicami nie ma żartów – zatrucie ma poważny przebieg, niekiedy skutkuje śmiercią.
Dla uspokojenia wspomnę, że występujące gdzieniegdzie w stawach, rzekach i jeziorach raki nie są groźne dla ludzi (chociaż dla przyrody, jeżeli mowa o rakach inwazyjnych, są niebezpieczne, i to bardzo). Podobnie nie należy obawiać się ataku bałtyckiej foki szarej ani osobliwego, skrajnie zresztą rzadkiego, delfinowatego morświna.

Gdzie szukać informacji o zagrożeniach wodnych
Pierwszą informacją, żeby nie wchodzić do wody, którą powinniśmy pozyskać we własnym zakresie, może być jej nietypowy zapach. Niestety, nie zawsze jest to takie proste. Nawet woda pozornie czysta i przejrzysta może być nieodpowiednia do kąpieli i groźna dla zdrowia lub życia. Poza uprzednio wymienionymi zagrożeniami, z których część, oprócz sinic, jest na szczęście raczej przyrodniczą ciekawostką, istnieją te całkiem realne i niebezpieczne – na przykład skażenia bakteryjne, niekiedy o rozmiarach epidemii, pojawiające się zwłaszcza w małych, pozbawionych dopływu świeżej wody, tłumnie odwiedzanych stawach i jeziorkach.
Rada pierwsza i najważniejsza: korzystajmy z kąpielisk strzeżonych, a przed wejściem do wody porozmawiajmy z ratownikiem.
Rada druga: wszystkie szanujące się miejscowości wypoczynkowe, a niezależnie od nich także Główny Inspektorat Sanitarny i poszczególne wojewódzkie stacje sanitarno-epidemiologiczne regularnie badają jakość wód i publikują na swoich stronach informacje na ten temat, a także dane o ewentualnych zanieczyszczeniach i zagrożeniach. Instytucje te, jak również urzędy gmin, na których terenie znajdują się kąpieliska, zobowiązane są do udzielenia aktualnej informacji telefonicznie każdemu, kto się z taką prośbą do nich zwróci.
Nie wahajmy się skorzystać z pomocy tych instytucji, aby nasz pobyt – nad wodą i w wodzie – był bezpieczny i udany.