skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Cywilizacja

Ryba w sieci Małgorzata Szumowska

Doszliśmy do momentu, w którym większość z nas prowadzi podwójne życie. Brzmi to strasznie, niemoralnie, ewentualnie trąca nieco schizofrenią. Takie mamy czasy i coraz ciężej oprzeć się trendom. Ale, ale, Drodzy Czytelnicy – żeby była jasność – nie będzie grożenia paluszkiem i pogadanki o tym, co dobre, a co złe. Będzie za to o tym, co piszczy w Internecie, na czele z social mediami, blogami, vlogami i innymi tego typu atrakcjami! Tak właśnie wygląda obecna rzeczywistość. Swój czas dzielimy na realną egzystencję i obecność w wirtualnym świecie. Znam takich, którzy mimo młodego wieku, pomstują na to, niczym starsza pani siedząca na parkowej ławeczce i wzdychająca „kiedyś to były czasy…” Były. Ale świat pędzi do przodu niczym tgv i nie zamierza zwalniać. Pytanie, jak my – zarówno widzący, jak i niewidomi – odnajdziemy się w tym szaleństwie…
To mój drugi artykuł w „Pochodni”. Propozycja kontynuacji pisania dla znakomitych czytelników tego tytułu cieszy mnie ogromnie. Lubię pisać, przychodzi mi to z lekkością i sama łapię się na tym, że – wbrew pozorom, bo jestem nieokiełznaną gadułą – wolę pisać, niż na przykład porozmawiać przez telefon. Rozmowa na żywo – doskonale. Telefony – męczą mnie okrutnie. Za to SMS-y… Zaraz, zaraz! Jakie SMS-y?! Najczęściej Messenger, czyli facebookowy komunikator – to jest to! Teraz rozmawia się poprzez rozćwiczone opuszki palców, które z większą lub mniejszą zręcznością pomykają po (w większości) dotykowych klawiaturach. Sama łapię się na tym, że dokładnie taki sposób komunikacji jest dla mnie najnormalniejszy. Tylko co to za norma…? Moi niewidomi znajomi zdecydowanie stawiają mnie do pionu i wyciągają z tego szaleństwa. Dla nich zdecydowanie wygodniejsze i bardziej dostępne jest zamienienie dwóch zdań przez telefon, ale dają radę i trzymają tempo nawet na komunikatorach. Często słyszę pytania: ale jak to, jak „oni” sobie radzą… Ci tajemniczy, magiczni wręcz „oni” radzą sobie doskonale. Ale warto jednak dostosowywać się i być dostępnym. Dostępność! Kocham to słowo tym bardziej, im dłużej mam okazję pracować nie tylko wśród osób z dysfunkcją wzroku, ale generalnie z różnymi niepełnosprawnościami. Skoro o dostępności mowa – przejdźmy do sedna. Dzieląc się z Wami doświadczeniami z moich prób połączenia – niczym w pracy na Niewidzialnej Wystawie – dwóch perspektyw, od pewnego czasu z niemiecką wręcz dyscypliną opisuję wrzucane zdjęcia, grafiki i memy. Wśród znajomych na Facebooku mam ponad 80 osób z niepełnosprawnością wzroku. Jak można, zwłaszcza reprezentując tak zacną instytucję jak wspomniana wystawa, edukując, szkoląc i krzewiąc wartości, pominąć potrzeby tych kilkudziesięciu? Nie wypada! Tu też raz za razem dostaję od widzących znajomych wiadomości: o co chodzi z tym Twoim „#opisujemy” pod zdjęciami. Tłumaczę więc ze swoją znaną już anielską cierpliwością, że zdjęcie wrzucone do sieci jest dla niektórych niedostępne. Jest niczym. A patrząc szerzej – jest pokazaniem środkowego palca potrzebom tej grupy. Oczywiście, coraz częściej telefony – zwłaszcza te z uroczym nadgryzionym jabłuszkiem – dają radę i coś próbują ze zdjęcia wyczytać, ale wciąż pozostawiają zbyt duże pole wyobraźni. Dzięki konieczności opisywania zdjęć działam też bardziej selektywnie i nie wrzucam tuzinów urokliwych fotek, spamując biedną facebookową społeczność niczym szalona szafiarka czy influencerka (znacie to?). Wszyscy korzystają. Publikuję z głową. Więcej piszę, niż pokazuję. Jest treść, jest dostępność. Brawo! Swoją drogą, nawet pisząc ten tekst łapię się, co jest także znakiem naszych czasów, że co jakiś czas wklejam kombinacje znaków, które mają tworzyć uśmiechnięte buźki, przymrużone oczka i inne popularnie zwane emotikonami cuda. Chyba wracamy do jaskini… Pismo obrazkowe znowu dominuje… Funkcjonalność językowa, przejrzystość wypowiedzi… To jest coś, nad czym wszyscy powinni pracować. To jak projektowanie uniwersalne!
Po tym wstępie, nieco przydługim i absolutnie pobocznym w odniesieniu do wyznaczonego przez moją redakcyjną „górę” tematu przewodniego, mogę przejść do sedna. Okażę się pewnie jednak rebeliantką, która ten wątek trochę zmodyfikuje. Ale cała przestrzeń Internetu to temat rzeka, a ja sama wiem od Was, Kochani Czytelnicy, znacznie mniej w kwestii tego, kto robi dobrą robotę w sieci, mimo iż niewidomy lub słabowidzący. Subiektywnie jednak zabiorę głos, bo być może moja opinia będzie ciekawym drogowskazem dla tych, którzy próbują swoich sił w wirtualnym świecie…
Pisać i nagrywać może teraz każdy, kto ma nawet lichy sprzęt i dostęp do Internetu. To akurat w sumie bardzo dobrze – mnie, absolwentkę studiów dziennikarskich, bardzo cieszy taki bieg wydarzeń. Trochę jak w dżungli – utrzymają się z tego nieliczni, ale szanse są w miarę równe. Poza faktem, że na topie pozostaną merytorycznie najciekawsi, uda się też tym bardziej pomysłowym. Zależy, czego oczekujemy. Mnie osobiście przeraża trochę trend, jaki zaobserwowałam – na szczęście moi czytelnicy mogą odetchnąć z ulgą – sprawa dotyczy youtuberów i ta przestrzeń zasadniczo wizualnie jest mało dostępna. Czasem może i lepiej. Pewnych rzeczy, jak mawiają młodzi, nie da się „odzobaczyć”. I ci sami młodzi ekscytują się patologicznymi filmikami, na których – na żywo, młodzież upokarza się wzajemnie, stosuje przemoc. Wyobrażacie sobie, że za dostęp do takich rzeczy trzeba płacić, a nie ma nad tym jakiejś szerszej kontroli? Straszne…
Do meritum jednak – czy to Facebook, czy Twitter, czy raczej niedostępny dla bezwzrokowców Instagram, czy wreszcie blog lub vlog – trzeba mieć koncepcję, aby zaciekawić, aby przyciągnąć, przywiązać do siebie i zatrzymać na dłużej. Podobno później już z górki, czekają wielkie pieniądze, sponsorzy i splendor… Ha! Żeby było tak łatwo…
Moim pierwszym zetknięciem z blogowaniem przez osoby z dysfunkcją wzroku była produkcja Moniki Dubiel, ukrywającej się pod blogowym pseudonimem „Ślepa Mysz” (http://slepamysz.blogspot.com). Kilka lat temu nie znałam jej, a jednak zakochałam się bez pamięci w lekkim piórze, gawędziarskim stylu i relacjach z podróży. Trafiłam zupełnie przypadkiem, zostałam, ale szanowna młoda dama się nieco rozluźniła w dyscyplinie pisania i… zawitała na Niewidzialną Wystawę, gdzie przez ponad rok pracowała z nami. Jak się okazało – swoją osobowością, tak samo jak blogiem Ślepej Myszy, potrafiła oczarować i dawała dużo pozytywnej energii. Gdyby kontynuowała swoje blogowanie, byłabym zapewne namiętną czytelniczką i promowałabym jej treści z całego serca. Na szczęście swoją kreatywną i twórczą naturę kieruje zawsze tam, gdzie trzeba, więc wybaczam jej porzucenie blogowania. Niech inni postarają się godnie wypełnić podróżniczo-blogerską lukę.
Było o podróżowaniu – to poszerzajmy horyzonty i wypłyńmy na światowe wody! Niedługo po podjęciu pracy na Niewidzialnej Wystawie totalnie zauroczyłam się Tommy’m Edisonem (http://blindfilmcritic.com), facetem, którego nie da się zamknąć w żadne ramy! Z biglem i poczuciem humoru opowiada o swoich doświadczeniach, nagrywa fantastyczne podcasty, występuje jako mówca i… porywa tłumy! Widać, że jest już po prostu sprawnie prosperującym przedsiębiorstwem i doskonale daje sobie radę. Jak mniemam, także finansowo, a więc – da się! Oczywiście – nie każdy ma do siebie tak szalony dystans, niektórzy stwierdzą, że Tommy zawodowo robi z siebie pajaca, ale – z mojej perspektywy, to będzie raczej zgrzyt zębów tych, którzy po prostu trochę zazdroszczą Tommy’emu przysłowiowych „jaj”.
Pozostając na światowym podwórku, czasem zdarza mi się podglądać Molly Burke (https://www.mollyburkeofficial.com) – piękną, pełną optymizmu, nieco szaloną dziewczynę, która – podobnie jak Edison, zrobiła ze swojej przygody z Youtubem dobry biznes. Motywuje, choć bez takiego coachingowego zadęcia, jest pozytywnie zakręcona, odpowiada na wiele pytań, które nurtują widzących. Jej działalność, podobnie zresztą jak Tommy’ego, to nie tylko Youtube – to także Facebook, Twitter i Instagram. I tu świetna wiadomość – używając hasztagu #accessibility Molly opisuje swoje zdjęcia (czego niestety nie robi wspomniany Edison). Z Instagramem – o czym zresztą wspomniałam – jest kłopot. Bo zasadniczo jest to przestrzeń obrazkowa. Może dojrzejemy – ze mną włącznie – do opisywania i tam, szeroko, powszechnie, naturalnie…
Wracamy na polskie podwórko, nie będę robiła osobistej listy blogowo-vlogowych przebojów. Będę brutalnie szczera, ale wierzę, że taka szczerość i przykłady spoza granicy są mobilizujące. Jest popyt na to, aby dzielić się swoimi doświadczeniami. Pewnego rodzaju polaryzacja emocjonalna przynosi nam wspomnianą patologię, z drugiej jednak strony są normalni, fantastyczni ludzie, o dużym poziomie wrażliwości, którzy mają już serdecznie dość oglądania kompozycji sztucznych zdjęć ciuchów, podróży i jedzenia. Chcą się czegoś dowiedzieć. Sandra Tworkowska, która także przez pewien czas była częścią Niewidzialnej Wystawy, przez pewien czas blogowała na platformie natemat.pl (http://sandratworkowska.natemat.pl). Prawdopodobnie wir różnych zajęć oderwał Sandrę od pisania, a szkoda, bo można było wynieść całkiem sporo z jej treści, jednocześnie ciesząc się z lekkiego pióra autorki. Nie ma jednak o czym mówić, bo ostatni wpis datowany jest na 2016 rok, więc można śmiało stwierdzić, że chyba jest już po temacie…
Przytoczę więc bardziej aktualny przykład, który daje podstawę, aby uwierzyć, że można zrobić coś dojrzale, ciekawie, porządnie i nie tylko dla „swoich”. Asia Witkowska (skrytkawitka.wordpress.com), na co dzień związana z Fundacją Vis Maior, doskonale wie, jak zainteresować czytelnika, także tego widzącego. Mało tego, jej wszechstronność tematyczna, ukazująca rozmaite aspekty życia, związane z nim anegdoty i problemy wciąga i skłania do refleksji. Uczy i bawi. Codzienność, choć malowana ciemnymi barwami, skrzy pozytywną energią i zachęca do złapania jej trochę dla siebie. Asia zresztą ma fantastyczne pióro, więc nawet wymagający odbiorca nie ma powodów do narzekań. Trochę kultury, szczypta poezji, obserwacje dotyczące savoir-vivre’u względem osób niewidomych (a może jego braku?) okraszone celnymi komentarzami... Niektórzy pokiwają głową ze zrozumieniem, bo temat znają z autopsji, inni – jak ja, będą czerpać, choć pewne tematy są oswojone, to jednak świeże spojrzenie na nie bywa inspirujące...
A skoro o inspiracji mowa – trochę prywaty z własnego podwórka. Prowadzenie fanpage’a na Facebooku to też pewnego rodzaju forma internetowej publicystyki, a systematyczność w działaniu można zuchwale podpiąć pod miniblogowanie. Prowadząc fb Niewidzialnej Wystawy, przyjęłam prostą filozofię – jako swoisty łącznik z tymi, którzy na co dzień widzą, zdecydowanie obrałam kurs na pokazywanie różnorodnych źródeł. Wystawa – wystawą, dobrze pokazywać to, co dzieje się u nas, ale to właśnie ta różnorodność jest siłą! Dlatego z ogromną radością udostępniam dobre treści, między innymi Asi Witkowskiej, z nadzieją, że będą one skarbnicą ciekawostek i wiedzy dla wszystkich zainteresowanych! I mam apetyt na więcej!
Wspieram również młodość! Młodość jest szalona, kreatywna, czasem… nieco męcząca, ale jednak jest i ma na siebie pomysł. Ktoś pomyśli, że uprawiam tu promocję „swoich”, ale jest to całkowity zbieg okoliczności, a dodatkowo – faktycznie – mam farta do otaczania się ludźmi twórczymi. Mikołaj Jabłoński, czyli „Słabowidzący – dobrze myślący” (http://slabowidzacy-dobrzemyslacy.blogspot.com/), to nadpobudliwy dżentelmen, który rozumie mechanizmy, jakie rządzą siecią. I dobrze to wykorzystuje, robiąc fajnego, ciekawego bloga, który ostatnimi czasy ewoluował w kierunku kanału na Youtube. Mikołaj nie boi się poruszać tematów kontrowersyjnych, przeplatając je zgrabnie treścią uniwersalną. Podróże, seks, jedzenie, praca… Nie ma tabu, za to jest życie i energia. Jeśli będzie konsekwentny i jednocześnie nie zabraknie mu pokory, która chroni przed tak zwaną „sodówką”, ma szansę zostać liderem pewnych zmian w środowisku. Dobrze byłoby jednak, aby miał równie energetyczną konkurencję!
Wyszłam od dostępności i do niej wracam. Opisywanie, opisywanie – a na Facebooku, który przecież jest naturalną platformą przekazywania treści bez potrzeby zakładania strony, od dawna działa społeczność „opisujemy” i grupa „opisujemy niewidomym” założona – niespodzianka – przez Łukasza Słowika, który pracuje ze mną, jednocześnie jest moim serdecznym kolegą, którego podziwiam i szanuję za pomysłowość, pracowitość, a także pewnego rodzaju dyscyplinę i konsekwencję… Może jego doba jest trochę za krótka, ale wierzę, że krzewienie wiedzy o potrzebie dostępności grafiki i zdjęć jest tak naturalna jak uderzanie w klawiaturę i skoro zabrał się za to, nie raz o nim usłyszycie. Nie trzeba przecież opowiadać o życiu i jego aspektach, aby zdobyć uznanie internautów. Czasem proza istnienia, jaką jest brak możliwości przeczytania instrukcji do nowej pralki, okazuje się bodźcem do działania i choć nie jest to może najbardziej porywające, to na „opisujemy niewidomym” można pokazać, że Internet nie lubi próżni. I to jest fascynujące!
Kończąc moją tyradę, dochodzę do zaskakującego wniosku. Piszę, piszę i piszę, i nagle – olśnienie – znajduję sens w tym pisaniu i przedstawieniu Wam swojego spojrzenia na temat internetowej – nazwijmy to hucznie – publicystyki. To, co mnie zaciekawiło, nie musi porwać Was, Drodzy Czytelnicy. Ale spojrzenie osoby widzącej może pomóc niektórym wyjść z pewnych szufladek, rozwinąć skrzydła, pójść o krok dalej. Być może wiele jest ciekawych osób, które równie ciekawie piszą lub nagrywają, ale ani ja, ani moi (niewidomi) koledzy nie mają o nich pojęcia. Warto się odważyć i korzystać z doskonałej passy. Sieć na Was czeka! Ja w swojej pracy, wraz z moją najlepszą na świecie ekipą dajemy wędkę tym, którzy chcą wiedzieć więcej! Wierzę głęboko, że wyłowią właśnie kogoś z Was, aby poszerzyć swoją wiedzę! Do następnego razu! Nie mogę się doczekać!