skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Sport

Warto czasem zostać na lodzie Dominika Putyra

Od dziecka kochałam sporty zimowe. Nim skończyłam 6 lat, stanęłam na nartach. Marzyłam o przyszłości zawodowego sportowca - narciarza zjazdowego. Kochałam wiatr i prędkość, tę biel pod moimi deskami; te ślady na śniegu, które zależały od mojej fantazji. 3 miesiące po 10 urodzinach zakończył się ostatni zimowy sezon z moim udziałem. W maju usłyszałam wyrok: najdalej za 5-7 lat stracę wzrok. Sprzęt, i marzenia odłożyłam na zawsze.
Łyżwy nie były moją pasją. Znałam jedynie łyżwiarstwo figurowe i choć mama zachęcała mnie, kilkuletnie dziecko, do oglądania, uważałam, że to nudy. Fascynowało mnie jedynie, jak można ustać na tak cienkim ostrzu, ale słyszałam, że łyżwy są niebezpieczne, więc nie nalegałam.
Wiele lat później, w czasie studiów, rzuciłam w rozmowie z koleżanką, że chciałabym spróbować stanąć na łyżwach; jak to jest? Jakie to uczucie? Wydawało mi się to bezpieczniejsze od rolek, a te mnie fascynowały. Okazało się, że E. lubi się ślizgać, więc wybrałyśmy się razem na Krakowskie Błonia. Spodobało mi się. Po przeprowadzce do Warszawy zorganizowałam urodziny na lodowisku, a ponieważ pojawiła się sposobność, by chodzić na ślizgawki bardziej regularnie, zainwestowałam we własne łyżwy. Mam je do dziś, choć nie wyglądają już zbyt reprezentatywnie.
Cztery lata jeździłam z trzymaniem jak do poloneza, wierząc, że to już wszystko, co jest w zasięgu moich możliwości. Było coraz trudniej. Jako osoba kochająca prędkość, zaczęłam mieć podstawową trudność - współtowarzyszy ślizgawek. Dla wielu osób takie jeżdżenie w kółko po torze nie należy do najwyższych przyjemności. Ja z kolei nie dostrzegałam jej w ćwiczeniu piruetów czy innych tricków. Po pierwsze - jak miałabym się tego nauczyć? I po co?
Pewnego grudniowego poniedziałku, korzystając z mało zaludnionego toru, sprawdziliśmy, czy dam radę jeździć samodzielnie. Przez cztery lata jeżdżenia za rękę nabrałam bardzo złych nawyków. Dla przykładu nie pracowałam równo lewą i prawą nogą, co najprawdopodobniej było wynikiem unikania kopania towarzyszowi w łyżwę, co początkowo nierzadko się zdarzało. Przez to na jednej nodze stałam mniej stabilnie i ciężar ciała przenosiłam na jedną stronę.
Pierwsze kroki były bardzo nieporadne. Tydzień wcześniej nauczyłam się poprawnie hamować, wiedziałam, że w razie czego zdążę się zatrzymać, ale teraz musiałam zaufać sobie. Lider jechał przede mną w niewielkiej odległości i mówił do mnie, a ja próbowałam nadążyć za głosem. I okazało się, że jadąc samodzielnie, więcej zauważam, bardziej wyczuwam prędkość, koncentruję się na zakrętach, zwracam uwagę na więcej szczegółów. Zrobiłam kilka okrążeń tyłem, później przodem i poczułam prawdziwą wolność. Wzruszenie trzymało mnie przez kilka dni. Zaczęłam chcieć więcej. Niestety, w styczniu osoby, z którymi ślizgałam się miesiąc wcześniej, nie mogły więcej ze mną przychodzić na lód.
Gdy wykorzystałam już wszystkie swoje możliwości: znajomi, posty na grupach facebookowych, wiadomości do instruktorów z ofertą i ciągle nic. Aż pojawiłam się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze. Tym miejscem był przystanek autobusowy „Wołoska”. Wybrałam się do szpitala, odwiedzić znajomego, po czym na Stegny. Okazało się, że autobus się spóźnia. Okazało się również, że nie tylko ja na niego czekam. Owa druga oczekująca zwróciła się do mnie z propozycją pojechania autobusem 141 i zmiany linii na skrzyżowaniu z Sobieskiego. Ponieważ zgodziła się mi pomóc, zaryzykowałam. Zgodnie z moimi przewidywaniami, skończyło się na przebieganiu przez ulicę i gonieniu spóźnionego 172. Dziś nie pamiętam, jak to się stało, ale wtedy pierwsza zorientowałam się, że ona wybiera się dokładnie w to samo miejsce.
Zaczęłyśmy rozmawiać, wykorzystując sytuację, opowiedziałam o swoich trudnościach w znalezieniu lidera na łyżwy. „No tak. Bo ludzie to albo wybierają sie raz, dwa razy w sezonie, albo sami ćwiczą i wtedy wolą jeździć swobodnie”. Ale podpowiedziała mi inne rozwiązanie, z którego razem z mężem korzystają. A okazała się być łyżwiarką figurową. Ponieważ wiele figur nie należy do bezpiecznych dla pozostałych uczestników ślizgawki, starają się wybierać takie pory, kiedy ludzi jest mało i można wydzielić rewir dla siebie. Nie wiedziałam, jak to będzie, ale zaryzykowałam.
Gdy przyszłam pierwszego dnia, było nas na lodzie sześć osób. Od razu zapoznałam się ze wszystkimi, ustaliliśmy reguły. J. zamknął bandy, bym mogła jechać bez obawy, że wjadę na gumę, a P. (jeden z hokeistów) zaproponował, bym wzięła kij do hokeja i spróbowała, czy to mi pomoże.
Ćwicząc już nie tylko mięśnie nóg, ale i ramion, jeździłam w koło, to w jedną, to w drugą stronę, wodząc przed sobą kij do hokeja niby laskę. Od czasu do czasu P. podjeżdżał do mnie, odbijając krążek, by mnie oswajać z dźwiękiem, a wręcz podrzucał mi pod łyżwę i tak oswajałam się z zaskakującymi sytuacjami, które traciły na swojej „zaskakiwalności”.
Kolejnego dnia odważyłam się wyjechać na środek. A. pokazała mi technikę przekładanki i zaczęłam szukać w sobie poszczególnych punktów. Przełomowym był dzień, kiedy byłam na lodowisku tylko z A. i J. Gdy o dziesiątej tradycyjnie schodzili, by pojechać do pracy, wyszło na to, że poza nami nie ma nikogo. A. namówiła mnie, bym została. Odkładając wszystkie pomoce, wyjechałam na środek. Odległość od bandy mierzyłam długością dźwięku - od czasu do czasu uderzałam łyżwą o lód i słuchałam, jak daleko dźwięk się odbija i jak wysoko od powierzchni. Nie bałam się przewrócić. Przewracanie jest niezbędnym elementem ćwiczeń. Bez tego nie ma możliwości znalezienia tego granicznego punktu, do którego należy się wychylić, obrócić etc. To, czego nie chciałam, to powtórki dość niemiłego zdarzenia sprzed kilku dni, kiedy do niepostrzeżenie wjechałam w bandę tak, że przewiesiłam się przez nią, a jedyną moją myślą w tamtej chwili było: „Jak dobrze, że nie zjadłam śniadania”.
Przekładanka ma to do siebie, że służy rozpędzaniu się. Mam świadomość, jak dziwnie w moim przypadku to brzmi, lecz zaczęłam bać się rozwijanej prędkości. Zaczęłam więc ćwiczyć przekładankę wolno, lecz wtedy nie dawałam szansy na zaistnienie sile ośrodkowej. Ta z kolei jest sprzymierzeńcem łyżwiarza.
Pewnego dnia poznałam G. P. poprosił ją, by nakręciła mi film dokumentujący moje postępy. Tak rozpoczęła się nasza lodowa znajomość. G. także stała się moim lustrem. Gdy powiedziała mi, że trzymam koło, nabrałam więcej odwagi do szybszej jazdy i pierwszy raz poczułam siłę odśrodkową. Od tamtego dnia samodzielne ćwiczenie różnych figur zaczęło być dla mnie nie tylko radością, ale wyzwoleniem.
Czym są dla mnie treningi? Przede wszystkim walką ze strachem. Wiem już, jak boli niespodziewane zderzenie z bandą i choć nieprzyjemne, nie boję się tego; od tego się nie umiera. Upadek na lód, kontrolowany - nie boli. I nie ma znaczenia, czy komuś się to podoba, czy nie. Dla każdego patrzącego z zewnątrz może wydawać się to dziwne i może zapytać „po co to robisz?” To nie ma znaczenia. Ważne, co to daje mnie samej. Że uczy ufności, ufania nie tylko samej sobie, ale i prawom fizyki, ufności do łyżwy, tego cienkiego kawałka metalu, który jest moim sprzymierzeńcem i robi dokładnie to, czego od niego oczekuję. Ten sport (jak wiele innych rodzajów sportu) uczy opanowania lęku, samokontroli, koncentracji, maksymalnego wykorzystywania własnych możliwości we współpracy z prawami fizyki. Ponadto, daje poczucie siły i sprawczości, zwiększa świadomość ciała, kształtuje prawidłową postawę, i najważniejsze - dostarcza radości i satysfakcji.