skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

I co z tym brajlem? Maria Tarlaga

O tym, że coraz mniej osób niewidomych posługuje się pismem punktowym, wiadomo nie od dziś. Różne są tego przyczyny. Wśród widzących też spada czytelnictwo i wielu specjalistów próbuje znaleźć sposób, żeby to zmienić.
Jeśli ktoś stracił wzrok we wczesnym dzieciństwie albo nie widzi od urodzenia, to brajla uczy się w szkole. Ale są osoby dorosłe, które z różnych powodów tracą wzrok. Dla nich właśnie organizowane są turnusy rehabilitacyjne, które mają pomóc przystosować się do nowej sytuacji. Proponuje się tam różne zajęcia, ale ja skupię się tylko na pisaniu i czytaniu. – Po co mi to? – pytają często ci, którym proponuje się udział w tych kursach. No właśnie…
W poprzednim numerze „Pochodni” ukazał się artykuł „Nie taki brajl straszny”. To, co pisze autor, p. Wiesław Pawłowski, instruktor z Ustronia Morskiego, budzi we mnie mieszane uczucia. Jedno, z czym mogę się zgodzić, to stwierdzenie, że do tego, żeby ktoś podjął naukę, jest potrzebna motywacja. To normalne, jeśli mam coś robić, muszę wiedzieć, po co.
W dalszym ciągu tego tekstu autor twierdzi, że słabowidzący mogą sobie pomagać wzrokiem. Trzeba byłoby zapytać o opinię okulisty czy rehabilitanta wzroku, ale mi się wydaje, że jest to prosta recepta na to, żeby szybko stracili tę resztkę widzenia, która im jeszcze została. A chyba nie o to chodzi. Jeśli ktoś widzi na tyle, że może patrzeć na białe kropeczki na białej kartce, to niech lepiej kupi sobie porządną lupę i zwykły druk czyta. Wzrok może się przydać, owszem, ale żeby na zajęcia trafić, albo jak kartka spadnie, żeby ją szybko znaleźć. A jak już ktoś zdecyduje się brajla uczyć, to moim zdaniem – powinien od początku czytać bezwzrokowo.
Ja brajla uczyłam się w szkole, ale musiałam się go nauczyć szybko, bo przeniesiono mnie od razu do drugiej klasy. Miałam więc motywację, bo koleżanki czytały, a ja nie. Nauczycielka zauważyła, że zwracam oczy na czytany tekst, więc chciała mi je zasłonić. Oczywiście, szybko się zorientowała, w czym rzecz. W dzieciństwie trochę widziałam i został mi odruch patrzenia na to, co robię. Jeśli ktoś będzie próbował „podglądać”, to nigdy nie przestawi się na dotyk. Wzrokiem mogą się posługiwać widzący przewodnicy, jeśli potem chcą pomagać podopiecznym w dalszej nauce. Natomiast niewidomy musi od początku ćwiczyć dotyk. Nie jest to łatwe, szczególnie dla tych, których ręce są zniszczone pracą fizyczną.
Nie rozumiem też, dlaczego dorosła osoba tracąca wzrok może mieć problem z transferem wstecznym. Jeśli nauczyciele w szkole potrafią niewidomemu dziecku wytłumaczyć, na czym polega to odwracanie liter, to chyba ktoś, kto jeszcze niedawno patrzył w lustro, nie będzie miał z tym kłopotu?
Nie mogę się też zgodzić z tym, że najpierw trzeba uczyć pisać na maszynie. Kto po kursie wyłoży prawie trzy tysiące na zakup maszyny? Tabliczka jest tańsza. Zgadzam się z autorem, że obecnie nie ma dużego wyboru tabliczek. Dawniej po takim kursie każdy dostawał tabliczkę, dłutko i zapas papieru, żeby dalej ćwiczył. Czterorządkowa tabliczka nie jest dobra do nauki. Najlepsze są metalowe duże tabliczki, ale o takie trudno.
Szkoda, że autor nie napisał, jakie ma wyniki, ile osób po zajęciach w Ustroniu Morskim posługuje się pismem punktowym. Bo to, że ktoś ukończył kurs, nie zawsze gwarantuje, że się czegoś nauczył.
Dobrze, że leki są podpisane w brajlu i że pojawiają się różne brajlowskie elementy w przestrzeni miejskiej i w obiektach kultury. Ale dlaczego, jeśli ktoś dostaje pismo ze Związku, musi prosić widzącą osobę o przeczytanie? Który okręg lub koło PZN, czy inne fundacje i stowarzyszenia, wysyłają do swoich członków korespondencję w brajlu?