skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Po pierwsze – być człowiekiem Małgorzata Szumowska

„To musi być wyjątkowo trudne”, „Ci ludzie są wiecznie roszczeniowi...”, „Jak sobie radzisz?”, „Nie masz żadnego doświadczenia w pracy z osobami niepełnosprawnymi, to nie będzie łatwe” – takie oto komentarze słyszałam sześć lat temu, kiedy podejmowałam pracę na Niewidzialnej Wystawie.

Właściwie z tematem zetknęłam się ponad pół roku wcześniej, gdy jeden z potencjalnych wspólników, z którym miałam okazję od czasu do czasu współpracować, spytał mnie, co sądzę o koncepcji swoistego muzeum, wystawy, w której przewodnikami miałyby być osoby niewidome lub słabowidzące w znacznym stopniu. Pomysł spodobał mi się ogromnie, bo moja natura społecznika potrzebowała ciągłego wentyla, który wypuszczałby trochę nazbieranych myśli. Poskładaliśmy to w zgrabną całość, udało się znaleźć miejsce, spiąć dokumentację, zebrać ludzi. W pierwszej fazie działania wystawy miałam swoje zobowiązania i właściwie kibicowałam rozwojowi projektu zza kulis. A jednak – widocznie tak musiało się stać, że chwilę po otwarciu dołączyłam do zespołu, obejmując ster na tym mocno nietuzinkowym statku...
Mój tekst mogłabym nazwać „okiem pracodawcy”, ale nie czuję, aby miało to głębszy sens. Nie otwieram tu cyklu, choć mam nadzieję zagościć na łamach „Pochodni” od czasu do czasu. Kiedy redakcja poprosiła mnie o kilka słów na temat moich doświadczeń, podeszłam do pomysłu z ogromnym entuzjazmem. Co prawda są ludzie, którzy mają kilkukrotnie dłuższy staż pracy z osobami z dysfunkcją wzroku. Mają wykształcenie tyflopedagogiczne, praktyki w wielu placówkach. A tymczasem przychodzi człowiek, który niewidomego widział tylko w filmie „Zapach kobiety” – tyle, naprawdę. Jak więc może się udać taka przygoda? I co trzeba zrobić, aby faktycznie – pracę zamienić w ekscytującą – nie tylko dla pracodawcy – podróż? Otóż, szanowni państwo – moim zdaniem, pomijając szereg kompetencji niezbędnych do zarządzania, po prostu: być człowiekiem...
Początki nie były łatwe. Wchodząc w zespół, który zdążył się już poznać, obejmując stanowisko dyrektora generalnego wystawy, która była jedną, wielką niewiadomą, mogłam spodziewać się podejrzliwości i rzucania kłód pod nogi. Jedną z moich najbardziej charakterystycznych cech jest to, że bardzo szybko i nie patrząc na okoliczności, skracam dystans. Nie jest mi on potrzebny ani w życiu, ani w pracy. Co ciekawe – nie zawsze tak było, ale zdobywanie kolejnych doświadczeń zawodowych i życiowych pokazało, że szczerość intencji i pozytywna energia zazwyczaj się sprawdzają, dając jednocześnie ogromny luz i tzw. oddech. Zbroja, sztuczna mina, wełniana garsonka – nie! Może właśnie to zaowocowało szybkim poukładaniem naszej ekipy. I choć na zaufanie trzeba zapracować, to pamiętajmy – działa to w dwie strony, wszyscy musieliśmy odrobić tę trudną lekcję.
Wrócę jednak do początku niniejszych wynurzeń. Te wszystkie komentarze pojawiły się naprawdę i pojawiały się przez długi czas. Dodam – o roszczeniowości, trudach pracy i braku doświadczenia nasłuchałam się nie od zatroskanych znajomych. Ci mieli równie nikłe pojęcie jak ja. Natomiast wchodząc w środowisko, zawierałam wiele znajomości – te cenne pozostają do dziś, ewoluując nawet w stronę przyjaźni. Te „życzliwe” tylko z nazwy pozostawiłam za sobą, spotykając incydentalnie na różnego rodzaju spotkaniach „branżowych”. Czy praca z osobami niewidomymi jest trudna? Bazując na ponad 18-letnim doświadczeniu zawodowym, stwierdzam – nie różni się wybitnie od pracy biurowej z samymi kobietami, pracy w gastronomii czy klubie sportowym... W każdym powyższym mamy zespół i klienta/gościa, który w żaden sposób nie może odczuć na własnej skórze, że coś nie gra. A praca zespołowa przypomina trochę grę na instrumencie – utalentowany muzyk zagra pięknie, ale nawet najlepszy instrument może się rozstroić. Natomiast ten sam odbiorca da się ponieść energii, która panuje w zespole. Aby tak się stało, trzeba wykonać solidną pracę u podstaw.
Dużo się mówi obecnie o coachingu, wsparciu mentalnym, treningach rozwoju osobistego. Moim skromnym zdaniem to nieco sztuczny i wydumany twór. Wystarczy skierować swoją uwagę na drugiego człowieka, obudzić „ducha” zespołu i wszystko powinno grać. Oczywiście, żeby było jasne – to nie żaden poradnik ani prosta recepta na to, co jest kluczem do mniejszego lub większego sukcesu. Z tym sukcesem zresztą sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana. Dziś, myśląc o minionych latach, widzę, ile banalnych błędów popełniłam z własnej winy, jak wiele musieliśmy przejść jako zespół, aby dotrzeć tu, gdzie jesteśmy dziś. I, żeby nie było zbyt słodko, mogę napisać, że utrzymywanie optymalnej temperatury czy to w związku, czy to w zespole pracowników wymaga przede wszystkim zrozumienia mechanizmów działania ludzi. Zasada pierwsza – każdy będzie korzystał z danej mu swobody. Ba, prawdopodobnie będzie sprawdzał, na ile może ją zwiększyć. Zasada druga – w tłumie łatwiej o nakręcenie się na wspólne narzekanie – czy to jednak oznacza, że zamiast zielonego światła dla odpoczynku i regeneracji, gdy praca jest wykonana, na dodatek wykonana porządnie, trzeba na siłę próbować szukać zadań? Moim zdaniem, niekoniecznie. Wystarczy zaakceptować charaktery pracowników i zamiast prób zmieniania ludzi na siłę, znaleźć dla trudnych cech przeciwwagę. Jesteśmy złożeni i każdy z nas ma swoje lepsze i gorsze dni, tak jak lepsze i gorsze strony. Szukam więc pozytywów. Buduję, zamiast dzielić. Rozmawiam, zamiast oceniać, choć od oceny ostatecznie nie uda się uciec. Nauczona doświadczeniem, nie daję przestrzeni na manipulację, choć to także typowe zachowanie w większej grupie. Nade wszystko jednak komunikuję to, co dla mnie najważniejsze. Lojalność, solidność, odpowiedzialność, współpraca. To priorytety. Jeśli ludzie, z którymi dzielę zawodowe życie, rozumieją to, jeśli podzielają te wartości – mają we mnie druha, ja zaś mam spokój i motywację do szukania coraz lepszych rozwiązań. Zdarzyło się, że moi pracownicy przychodzili do mnie ze swoimi osobistymi problemami, pytając o radę i szukając wsparcia. To dla mnie ważny sygnał, że jesteśmy razem. Jeśli jest chęć i potrzeba dzielenia się troskami, łatwiej rozumieć słabości, które – bądźmy szczerzy, pojawiają się od czasu do czasu. Człowiek nie jest robotem. To żadne novum, ale przełożeni często zapominają o tym, próbując wycisnąć ostatnie soki z człowieka, który w danej chwili nie jest w stanie się pozbierać. Czasem chwila rozmowy może czynić cuda, innym razem zaproponowanie dnia wolnego przełoży się na lepsze efekty działania w niedalekiej przyszłości. Ot, taka inwestycja. Odczuje ją końcowe, tak przecież ważne ogniwo – rzeczony wcześniej gość lub klient. Przez te kilka lat przeżyliśmy wspólnie wiele radości – ślub, narodziny dzieci, rodzące się przyjaźnie, ale także sporo smutku – życiowe zawirowania sercowe, problemy z uzależnieniem, choroby, przeszczepy, a nawet – niestety – śmierć. To wszystko łączy i daje przyspieszony kurs życia w grupie. Warto być jej częścią, a nie tylko robić swoje za zamkniętymi drzwiami. To daje owoce, ale do wszystkiego trzeba dojrzeć. I być człowiekiem.