skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Liczył się człowiek i jego potrzeby Teresa Dederko

W tym roku kapituła nagrody im. Włodzimierza Kopydłowskiego przyznała tytuł Człowieka Roku Polskiego Związku Niewidomych Zofii Krzemkowskiej. Zostało to ogłoszone podczas konferencji „Pismo Braille’a – przeżytek czy konieczność?” Bardzo trafnie dobrano miejsce i czas, ponieważ starszym stażem członkom PZN, Zofia Krzemkowska kojarzy się przede wszystkim właśnie z brajlem, choć również z czasopismem „Głos kobiety”. Czym jeszcze było wypełnione jej życie? Jakie odnosiła sukcesy? Jakie ma do dzisiaj pasje i zainteresowania? O tym wszystkim rozmawiałam wiele razy z dzisiejszą laureatką. Z Zofią Krzemkowską znamy się od jakichś 20 lat. Spotkałyśmy się po raz pierwszy na szkoleniu prowadzonym przez przedstawicieli Amerykańskiej Federacji Niewidomych. Pracowała jeszcze wówczas w bydgoskim ośrodku. Przeprowadziła wtedy ze mną wywiad do „Głosu kobiety”, od tej pory się przyjaźnimy. Od Zofii otrzymuję wiele cennych w pracy redakcyjnej porad, a także doświadczam dużo serdeczności i troski, za co jestem jej bardzo wdzięczna.

Trudno jest pisać o człowieku legendzie. O jego dokonaniach i wieloletniej działalności. Uważam jednak, że to się Pani Zofii należy, chociaż w tym krótkim wywiadzie niełatwo będzie przedstawić jej długie, bogate życie.
Wiele zrobiła dla innych niewidomych, szczególnie nowo ociemniałych, dlatego warto, aby i młode pokolenia poznały tę osobowość i miały gotowy wzorzec do naśladowania.

T.D.: - Opowiedz proszę czytelnikom „Pochodni” o tym, jak zdobywałaś wykształcenie, jakie były wówczas warunki, gdzie poznałaś pismo Braille’a?
Z.K.: - Wraz z moją siostrą bliźniaczką, Krystyną, urodziłyśmy się na 2 lata przed drugą wojną, jako niewidome. Nasz ojciec zginął w kampanii wrześniowej, edukację rozpoczęłyśmy razem z dziećmi widzącymi w Ostrowie Wielkopolskim. Wkrótce przeniesiono nas do szkoły dla niewidomych w Owińskach. Źle znosiłam rozłąkę z domem i pobyt na wsi, której dotąd nie znałam. Tu niewidomy nauczyciel, nieżyjący Leon Gronek, dał mi podstawy pisma brajla. Nauka sprawiała mi trudności. Nie przypuszczałam wówczas, że będę brajla uczyła innych, że będę otrzymywała nagrody za biegłe czytanie.
Gdy matce udało się załatwić pracę i mieszkanie w Bydgoszczy, przeniesiono nas do tamtejszej szkoły. Nie musiałyśmy mieszkać w internacie, chociaż warunki bytowe rodziny były trudne. W mieszkaniu brakowało ogrzewania, woda w naczyniach zamarzała, a przy czytaniu brajlem ręce grabiały z zimna. Lubiłam naszą szkołę i dobrze wspominam kilku moich nauczycieli. Henryk Mikołajczak, absolwent bydgoskiej szkoły, niewidomy nauczyciel muzyki nauczył mnie nut brajlowskich, zainteresował muzyką klasyczną na tyle, że co tydzień uczęszczam na koncerty do Filharmonii Pomorskiej. A wszystko zaczęło się właśnie w szkole, bo prowadzono chętną młodzież na koncerty, do teatru, na spotkania z autorami, na wycieczki. To kształtowało nasze zainteresowania.
To właśnie ci niewidomi nauczyciele mówili nam o PZN, o tym, nad czym w nim pracują. Przynosili na lekcje pierwsze numery „Pochodni”, „Światełka”, głośno czytaliśmy na lekcjach fragmenty artykułów. Już wtedy wysyłałam relacje z wycieczek szkolnych, z przeczytanych książek, niektóre drukowano. Ten nawyk czytania i pisania pozostał u mnie do dziś.
T.D.: - Z tego, co wiem, w ośrodku bydgoskim nie było wtedy liceum, a Ty masz dyplom nauczyciela.
Z.K.: - W Bydgoszczy ukończyłam tylko zasadniczą szkołę zawodową w branży szczotkarskiej. Zawód szczotkarza przydał mi się bardzo, bo w czasie wakacji mogłam dorabiać sobie do mojego skromnego budżetu. Maturę zdawałam w podpoznańskim Kurniku. Planowano otwarcie tam klasy dla niewidomych i całą naszą grupę zakwaterowano w niedalekim Domu Dziecka. Codziennie musiałyśmy pokonywać niewygodną drogę do szkoły oddalonej o 4 km od miejsca zakwaterowania. Natomiast studia to był chyba najszczęśliwszy okres w moim życiu.
T.D.: - Kilkadziesiąt lat temu tylko nieliczni niewidomi studiowali. Pewnie trudno wyobrazić sobie obecnym studentom, że nie mieliśmy komputerów, a i o magnetofon nie było tak łatwo. Na jaką pomoc mogłaś więc liczyć?
Z.K.: - Studiowałam w Poznaniu, na uniwersytecie A. Mickiewicza na wydziale filozoficzno-historycznym – kierunek historia – stąd sentyment dla przeszłości. Sześcioosobowa grupa niewidomych studentów różnych kierunków mieszkała w jednym akademiku. Na ich pomoc zawsze można było liczyć, zwłaszcza na początku studiów, gdy wszystko jest dla nas nowe, nieznane, wsparcie jest konieczne, by się nie zagubić. Miałam dobrą sytuację materialną: kilka różnych stypendiów. Dużo zawdzięczam nieżyjącym kierownikom okręgów: Klemensowi Grai z Bydgoszczy i Henrykowi Zaganiaczykowi z Poznania. Oni rzeczywiście pomagali młodym, spotykali się z nami i pomagali w uzyskaniu maszyny czarnodrukowej, magnetofonu, wczasów, a nawet butów. W zamian powierzano nam protokołowanie zjazdów okręgowych, odczytywanie z brajla publicznie sprawozdań i innych aktualnych tematycznie opracowań. Pracowałam w komisji kulturalno-oświatowej okręgu poznańskiego – wtedy to były oddziały, a nie okręgi, jak teraz. Prowadziłam kursy nauki brajla dla chętnych niewidomych.
T.D.: - Czy kończąc studia, miałaś już wizję swojej przyszłej pracy? W jaki sposób poszukiwałaś możliwości zatrudnienia?
Z.K.: - Ważna jest aktywność. Jeszcze będąc na piątym roku, brałam czynny udział w naradzie korespondentów „Pochodni”, w trakcie której kilka razy zabierałam głos w dyskusji. Zwrócił na mnie uwagę ówczesny prezes ZG PZN Mieczysław Michalak, który wkrótce zaproponował mi pracę w nowo utworzonym kwartalniku, dodatku do „Pochodni” dla pań niewidomych i słabowidzących. W wyniku konkursu został wybrany tytuł „Głos kobiety”, a czasopismo przekształcono w dwumiesięcznik. Wychodziło ono w trzech wersjach: brajlowskiej, dźwiękowej i czarnodrukowej. Przez 36 lat do 1999 roku ukazały się 172 numery pisma, które do końca redagowałam jednoosobowo w swoim prywatnym mieszkaniu. Praktykę dziennikarską odbyłam w redakcji „Pochodni” pod kierunkiem redaktora Józefa Szczurka.
T.D.: - Przypuszczam, że praca dziennikarska dawała wiele satysfakcji, ale czy zapewniała utrzymanie?
Z.K.: - Niestety, podpisywano ze mną tylko umowy o dzieło, teraz nazwalibyśmy je umowami śmieciowymi, które nie zapewniały prawa do emerytury. Poza tym honoraria za dwumiesięcznik nie wystarczały na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Nadal intensywnie poszukiwałam zatrudnienia w pełnym wymiarze. Ukończyłam jeszcze studia podyplomowe w Warszawie w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej. Otrzymałam dyplom i tytuł nauczyciel mianowany, byłam więc przygotowana do pracy pedagoga. Zostałam zatrudniona w bydgoskim ośrodku rehabilitacji.
T.D.: - Jaki zakres obowiązków otrzymałaś w nowym miejscu pracy? Jakie panowały w nim warunki?
Z.K.: - Rozpoczynałam pierwszą pracę pedagoga dorosłych niewidomych i nowoociemniałych w Ośrodku Rehabilitacyjnym, mieszczącym się w starej kamienicy przy ul. Bernardyńskiej. Warunki pobytu, życia, zakwaterowania były trudne, nie zawsze dostosowane do potrzeb rehabilitacyjnych przebywających tu niewidomych, ale wynagradzała to atmosfera serdeczności i życzliwości dla każdego.
Otwarcie nowego ośrodka, przy ulicy Powstańców Wielkopolskich w Bydgoszczy, nastąpiło trzeciego kwietnia 1981 roku. Ta placówka była budowana od podstaw z myślą o niewidomych, więc warunki zdecydowanie się poprawiły.
Moje obowiązki były różnorodne. Prowadziłam: bibliotekę brajlowską, zakładowy radiowęzeł – codzienne godzinne audycje, mówiłam w nich szczególnie o nowych dla słuchaczy sprawach, możliwościach niewidomych. Czytałam wybrane artykuły z prasy środowiskowej, zapraszałam pracujących, dobrze zrehabilitowanych masażystów, telefonistów, organistów, niewidomych z psami przewodnikami, by słuchacze mogli z nimi bezpośrednio porozmawiać, zapytać o to, co chcieliby wiedzieć, poznali efekty końcowe dobrze prowadzonej rehabilitacji.
Uczyłam: pisma punktowego, historii, wiedzy o społeczeństwie, nauki o spółdzielczości, telefonistów – kultury i konwersacji – z praktycznymi ćwiczeniami. Szkoliłam instruktorów nie tylko brajla, ale też wolontariuszy; więźniów z zakładu karnego, u których utrata wzroku nastąpiła wskutek samookaleczenia, misjonarzy wyjeżdżających do krajów, gdzie ślepota była powszechna.
Przeprowadzałam w wolnym czasie, poza godzinami pracy, bezpłatnie, indywidualną naukę brajla dla chętnych, którzy uważali, że dobra znajomość tego pisma przyda im się w przyszłości. Przeznaczyłam na to wiele godzin. Liczył się człowiek i jego potrzeby.
W oparciu o bydgoski inspektorat oświaty pomagałam niektórym uzupełnić wykształcenie podstawowe i uzyskać maturę np. w zaocznym studium administracyjno-biurowym, w liceum masażu.
Ośrodek szkolił też słabowidzących tapicerów i dorosłych głuchoniewidomych za dyrektora Buczkowskiego i inżyniera Jerzego Słowińskiego, mało kto o tym wie. Prowadziłam pedagogizację członków rodzin nowo ociemniałych. Wyjeżdżałam w teren, by przekonać o potrzebie przyjazdu do ośrodka i płynących z tego korzyściach. Opracowywałam ankiety dla absolwentów, dotyczące pobytu w ośrodku i zapoznawałam z ich wynikami. Przygotowywałam zlecone tematy na posiedzenia rad pedagogicznych i zespołów rehabilitacyjnych.
Pracując w ośrodku, otrzymałam tytuł „Bydgoszczanki roku 1976”– przyznany w plebiscycie prasy bydgoskiej. Moja praca czasem była trudna, czasochłonna, ale satysfakcjonująca.
T.D.: - Obecnie w ośrodku są organizowane dwutygodniowe turnusy rehabilitacyjne i krótkie szkolenia. Jak prowadzona była rehabilitacja nowoociemniałych dawniej?
Z.K.: - Ośrodek istnieje od 1954 r., a ja przepracowałam w nim 35 lat, mam więc pewne porównanie. Zmieniały się funkcje ośrodka i czas pobytu kursantów: od 10 miesięcy do 2 tygodni. Zawsze eksponowana była rehabilitacja podstawowa, czynności dnia, pismo brajla, orientacja przestrzenna. Początkowo przygotowywaliśmy do pracy w spółdzielniach w branży szczotkarskiej, dziewiarskiej, w metalu i elektromontażu. O pracę nie było trudno, absolwenci ośrodka byli dobrze przygotowani, zwykle w kilku kierunkach. W mieście była spółdzielnia „Gryf”, hotel robotniczy, w którym mogli mieszkać pracownicy.
Zachodzące przemiany zmusiły do przeprofilowania się. Zaczęły się szkolenia dla organistów, telefonistów, masażystów, informatyków, telemarketerów. Staraliśmy się też kształtować zainteresowania – umiejętność zagospodarowania wolnego czasu, spotkania z psychologiem, wycieczki, wyjścia do teatru, filharmonii, do opery, dla wielu po raz pierwszy.
T.D.: - Czy uczestnicy turnusów chętnie podejmowali współpracę z instruktorami? Czy były problemy z motywowaniem ich do udziału w zajęciach rehabilitacyjnych?
Z.K.: - Przyjeżdżali do nas różni ludzie. Tuż po zakończeniu leczenia szpitalnego apatyczni, zniechęceni do podejmowania obowiązków związanych ze szkoleniem, nie wierzyli, że sobie sami tu w obcym miejscu poradzą. Byli bezradni, załamani psychicznie, nie widzieli dla siebie perspektyw. Izolowali się, bo zapomnieli o nich dawni koledzy, sąsiedzi, zakład pracy, w którym dawniej byli cenieni, gdzie przepracowali tyle lat. Po utracie wzroku zazwyczaj zmieniał się też stosunek najbliższej rodziny do nich, bo przecież na ogół już nie zarabiali, a w przeszłości niektórzy z nich byli: dyrektorami przedsiębiorstw, pracownikami wyższych uczelni, inżynierami, lekarzami, nauczycielami. Zapracowana rodzina nie miała dla nich czasu. Zostali sami. Przyjeżdżali też tacy, u których pobyt w ośrodku poprzedzony był kilkuletnią bezczynnością w domu. Uważali, że zmiana nastąpi sama, że wróci dawne widzenie. Zapożyczali się, jeździli do okulistów, a kiedy zabrakło środków, zdecydowali się na wyjazd do ośrodka. Dotąd albo nie wiedzieli o jego istnieniu, albo bali się przyjechać. Byli też po szkołach dla niewidomych, bo chcieli się u nas usprawnić albo zdobyć zawód.
Różnili się wiekiem, zakresem posiadanego wykształcenia, niektórzy mieli dodatkowe niepełnosprawności. Różne też były ich dotychczasowe warunki życiowe, stosunek do pracy, stopień utraty wzroku, zainteresowania, jeśli w ogóle jakieś posiadali.
Zespół rehabilitacyjny, którego byłam członkiem, zastanawiał się, jak im skutecznie pomóc, jak do nich dotrzeć, zmotywować do pracy. Ośrodek wysyłał do okręgów, do których należeli, wypracowane podczas ich pobytu wnioski – uwagi, nad czym powinni nadal popracować pod okiem instruktora.
T.D.: - Oprócz pracy zawodowej w Ośrodku, pełniłaś społecznie różne funkcje w PZN?
Z.K.: - Całe moje dorosłe życie ściśle związane było z PZN. W kilku zjazdach krajowych brałam udział z racji pełnionych funkcji we władzach centralnych PZN albo jako gość, reprezentując redakcję „Głosu kobiety”. Do władz centralnych zgłosił mnie ówczesny dyrektor ośrodka Józef Buczkowski. Pracowałam jako: członek ZG PZN, członek prezydium ZG, społeczny sekretarz generalny związku, przewodnicząca komisji wychowawczo-oświatowej przy ZG PZN, Krajowej Radzie Niewidomych Kobiet. Ostatnio w głównym sądzie koleżeńskim jako sekretarz pod przewodnictwem Michała Kaziowa.
T.D.: - Czy pracując tak intensywnie, znajdowałaś czas na realizację własnych zainteresowań?
Z.K.: - Tak się dobrze złożyło, że moja praca zawodowa była również moją pasją, ale oczywiście miałam jeszcze inne zainteresowania, którym poświęcałam przede wszystkim urlopy. Lubiłam podróże i zwiedzanie zabytków, poznawanie ludzi z różnych środowisk. Odbyłam 10 pielgrzymek zagranicznych, organizowanych przez Krajowe Duszpasterstwo Niewidomych. Od kilkunastu lat przebywam na emeryturze, więc mam trochę więcej czasu dla siebie. Regularnie, w każdą sobotę uczęszczam na koncerty do filharmonii, choć zorganizowanie tego jest trudne z powodu braku przewodnika. Mam teraz dużo czasu na czytanie. Czytam książki, ale też czasopisma, szczególnie te piszące o sprawach środowiska niewidomych. Nadal nie spada moje zainteresowanie tym, co się dzieje w naszej organizacji. Zależy mi na uczestnictwie w wydarzeniach przygotowywanych zarówno przez okręg, jak i władze centralne.
T.D.: - Wiem, że przez wiele lat zapisujesz różne „złote myśli”, czy masz dla naszych Czytelników jakieś motto?
Z.K.: - Chciałam w życiu być użyteczną dla innych. Być wśród ludzi i służyć im tym, co sama osiągnęłam. Zwłaszcza wtedy, gdy byli tuż po utracie wzroku – nowo ociemniali. Nie szczędziłam na to czasu wolnego, by wysłuchać, rozmawiać, ukierunkować, z niektórymi trwa do dzisiaj brajlowska korespondencja. Uważam, że człowiekowi najbardziej potrzebny jest drugi człowiek. Zostawiam więc, na koniec naszej rozmowy, dla Czytelników „Pochodni” słowa ks. Tadeusza Fedorowicza: „Błogosławieni, którzy zrozumieli, że większym szczęściem jest dawać niż brać i służyć niż być obsługiwanym – znajdują prawdziwe szczęście”.