skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

W świątecznym wehikule czasu Kazimierz Gąska

Każdego roku, kiedy w sklepach zaczynają mnie atakować koszmarne amerykańskie dżingle, a w telewizyjnych reklamach panoszą się gadające renifery, włącza mi się kinematograf pamięci i wkrótce spływa na mnie błoga wdzięczność dla losu, który pozwolił mi kiedyś doświadczyć świata tak różnego od tego, który widzę dzisiaj.

Dorastałem nad dziką, nieregulowaną rzeką, „w pięknych okolicznościach przyrody”, które ominęła elektryfikacja, dzięki czemu do końca podstawówki zawarłem bliską znajomość z kieratem, lampą naftową oraz żelazkiem na rozżarzone węgle. Zresztą nawet tam, gdzie prąd doprowadzono, sprzęty te długo jeszcze były w użyciu. Młyn pracował dzięki mocy spiętrzonej śluzą wody, każda gospodyni piekła chleb, a kowal ciągle był potrzebny, bo furmanki na gumowych oponach wyparły żelaźniaki dopiero w latach sześćdziesiątych, już po moim urodzeniu. Co więcej, nawet okoliczna mleczarnia, aby w miarę normalnie funkcjonować, musiała zimą zgromadzić zapas lodu! Pamiętam jeszcze tych ludzi wykuwających z rzeki lub okolicznych stawów wielkie bryły, by potem furmankami transportować je 6 km do miejsca przeznaczenia. Taka to była technika jeszcze za wczesnego Gierka.
Rzeka zawsze jesienią występowała z brzegów, a potem zamarzała, tworząc szerokie na kilkaset metrów lodowisko. Na łyżwach można było jechać z pięćdziesiąt albo i sto kilometrów. Wystarczyło wyciąć w krzakach odpowiednio zakrzywiony kij, by grać w hokeja, a potem tajać w ciepłej izbie i rozcierać przemarznięte dłonie, wpatrując się w ogień buzujący pod żeliwnym blatem kuchni. Wychuchać wizjer w oszronionej szybie i wypatrywać zajęcy lub kuropatw, które wchodziły niemal na podwórze.
Więc dla mnie Święta to po pierwsze prawdziwa zima. A po drugie przedświąteczne porządki. Szorowanie podłogowych desek ryżową szczotką. Ojciec przynosi ze stodoły dorodny snop słomy i napełnia nią sienniki. Zdrowe to dla kręgosłupa i ekologiczne, bo o materacach z gąbki mało kto słyszał. Mama krząta się przy ciastach. Są serniki i makowce, lecz królują wielkie blachy drożdżowych bab. Wszystko to w końcu trafi do pieca chlebowego, ale potrzebny jest kosior do rozgarniania żaru i długa drewniana łopata. Z resztek gęstego ciasta można jak z plasteliny lepić „byśki”, czyli figurki cieląt, choć słowo to dosłownie oznacza młodego byczka. To, co jest już tylko rozrywką dla dzieci, kiedyś było rytuałem niemal magicznym i miało zapewnić dostatek. Z myślą o dzieciach piecze się też „fafernuchy”, czyli coś jak kopytka z ciasta z dużą ilością utartej marchwi, twarde, ale dość słodkie w smaku.
Choinka przytaszczona z lasu przez starszego brata wreszcie staje na swoim miejscu i można ją ubierać. Srebrna gwiazda na górze, łańcuszki z folii aluminiowej i kolorowego papieru, bombki mieniące się kolorami jak bańki mydlane. Długie na 10 cm sople cukierków w jednobarwnych błyszczących papierkach obiecują nieziemskie rozkosze podniebienia, a są niemiłosiernie twarde i smakują jak słodka woda. Dzięki temu mają szansę powisieć co najmniej do Trzech Króli. Zawiesza się też jabłka, tak zwane „zimówki”, niewiele większe od mandarynek, ale za to trwałe. Jeszcze tylko pozłocić górne gałązki „anielskimi włosami” i mądrze umocować świeczki, bo jakikolwiek błąd grozi tym, że od ich płomyków zajmą się łatwopalne ozdoby i choinka momentalnie zmieni się w pochodnię!
Kolacji wigilijnej nie wyznacza pierwsza gwiazdka, ale czas, gdy już oporządzi się krowy. Najpierw dzielenie się opłatkiem. Trzeba go trochę zostawić i wrzucić do studni, aby pojone jutro bydło też dostało swój udział. Na stole nie ma raczej dwunastu potraw. Ryby, pierogi, grzyby. To, co najbardziej charakterystyczne, to chyba olej lniany, bo ziemniaki powinny być okraszone, a przecież nie można użyć skwarek. Zresztą nawet chleb maczany w takim oleju smakuje wyjątkowo. Zapachy potraw mieszają się z wonią płonących smolnych szczap, buchającą z otwartych drzwiczek kuchni, a po wizycie Mikołaja dochodzi do tego jeszcze orzeźwiająca nuta pomarańczowego gaju.
W ciemnościach za oknem można już dostrzec płonące tu i ówdzie snopy słomy. Znak, że pora się zbierać na pasterkę. To taki miejscowy zwyczaj, nawiązujący zapewne do ognisk pasterzy, którym objawił się anioł i nakazał, by ruszyli do Betlejem i pokłonili się Dzieciątku. Do kościoła jest około pięć kilometrów i rzecz jasna ognie płoną tylko w pobliżu wsi. Tam trochę rozświetlają drogę, ale dalej wędruje się w ciemności. A że idą całe gromady, nie sposób zabłądzić. Każdy, kto może, stara się wziąć udział w tej szczególnej wędrówce przez mrok, by na końcu wejść do rozświetlonej wszystkimi światłami świątyni i usłyszeć pieśń z chóru: „Bóg się rodzi – moc truchleje!”
Tak było. Dziś już tylko nieliczni chodzą pieszo. Większość pakuje się do samochodów i po dziesięciu minutach są pod kościołem. Po mszy równie szybki powrót. Czy można to intensywnie przeżyć i zapamiętać? Cóż, jak napisał święty Paweł w Liście do Koryntian, przemija postać tego świata. Szkoda tylko, że nawet przestrzeń sacrum wciąż ustępuje pod naporem postępowego profanum.