skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Rehabilitacja - W oczekiwaniu na psa Andrzej Szymański

O ile mnie pamięć nie myli, Piła jest piątym miejscem w kraju, gdzie po wojnie szkoli się psy przewodniki. Najpierw odbywało się to na Śląsku, potem były Sułkowice koło Warki, gdzie z milicyjnej szkoły tresury psów przekazywano niewidomym mniej agresywne osobniki. Agresji jednak do końca u nich nie wytłumiono i ludzie narzekali na milicyjne owczarki niemieckie. W latach 90. pałeczkę przejęła Łódź, a potem Mława. Tam wdowa po policjancie zabrała się za tresurę już nie tylko owczarków, ale i innych ras. Pieski były spokojniejsze - pani mniej. Dużo było skarg na tę placówkę: na brak kwalifikacji psów, ich zdrowie, metody tresury. W każdym razie tuż przed pożegnaniem się z Mławą w Zarządzie Głównym PZN zaczęto rozglądać się za nowym treserem.

W Pile na Pomorzu od 53 lat mieszka Jerzy Przewięda. Jako młody chłopak wstąpił do Milicji Obywatelskiej i w połowie lat 70. pracował w wydziale kryminalnym. W 1977 zgłosił się na szkolenie psów tropiących do Sułkowic. Od dzieciństwa był zżyty ze zwierzętami i bardziej mu pasowała praca z czworonogami niż z przestępcami. Ukończył półroczne przeszkolenie i po niedługim czasie awansował na inspektora kynologii kryminalnej w pilskiej komendzie.
- Jak Pan wspomina szkolenie w Sułkowicach? - pytam tresera.
- Wykładowcami były osoby mające ogromną wiedzę o psach, jak choćby nieżyjący już płk. lek. weterynarii Wojciech Lenartowicz. Generalnie nie podobało mi się ostre traktowanie psów. Oczywiście psy policyjne muszą być agresywne, jednak przełamywanie agresji i układanie psa było prowadzone zbyt brutalnie.
Pan Jerzy wyszkolił w ciągu ćwierć wieku setki psów obronnych, tropiących, rozpoznających zapachy - dla policji, służb leśnych, straży granicznej, firm ochroniarskich. W 1999 roku, po 27 latach służby, przeszedł na emeryturę. W żadnym wypadku nie wiązało się to z bezczynnością. Od miasta wydzierżawił nieduży plac obok starej kotłowni. Ogrodził, wybudował baraczek, postawił 13 kojców i kontynuował na własny rachunek działalność.
- A ze szkoleniem piesków dla niewidomych to był przypadek - opowiada pan Jerzy. - Zgłosił się do mnie tracący wzrok mieszkaniec Piły, Grzegorz Marczak. Ułożyłem mu jego własnego labradora. Był zadowolony, a ja wtedy wystąpiłem do PZN z ofertą na szkolenie psów przewodników. Zaakceptowano moje warunki i w 2003 roku dostałem trzy miejsca. Pani z Mławy pięć, ale to już była jej ostatnia oferta.
Tak więc Przewięda w połowie 2003 roku został sam na placu boju, choć musiał jeszcze poprawiać po poprzedniczce szkolenie pięciu psów. Były źle przygotowane i na dodatek trafiły do słabo zrehabilitowanych niewidomych.
Jak się szacuje, dzisiaj w Polsce ponad 120 inwalidów wzroku ma psy przewodniki. Jedną z nich jest Monika Cieniewska - członkini naszego kolegium redakcyjnego.
- Mam labradora "Fokusa", wyszkolonego w Pile, i jestem z niego zadowolona. Jest dobrze ułożony, spokojny. Biorąc psa, postawiłam warunek - nie może się bać jazdy samochodem. Nie mam z nim żadnych problemów i myślę, że on ze mną też.
20-letni Karol Więcek mieszka w Zielonce, a pracuje w Warszawie. Ma labradora "Lucky" wyszkolonego przez pana Przewiędę.
- Ten człowiek naprawdę podchodzi profesjonalnie do swej pracy. Jest osobą spokojną, konkretną w przekazywaniu porad. Ma wieloletnie doświadczenie i serce do zwierząt. Utrzymanie "Luckiego" kosztuje mnie miesięcznie około 300 zł, z czego PFRON zwraca 150.
Obydwoje, Monika i Karol, są osobami zrehabilitowanymi. Cała operacja - od podjęcia decyzji do otrzymania psa - trwała jednak kilka miesięcy. Najpierw musieli złożyć wnioski w okręgu mazowieckim. Po kilkunastu tygodniach wraz z dwunastką chętnych wzięli udział w spotkaniu kwalifikującym. Po informacjach weterynarza i tresera oraz sprawdzeniu umiejętności poruszania się delikwentów, PZN-owska komisja weryfikująca wybrała piątkę. Ci wybrańcy odbyli szkolenie w 2004 roku. Z wybranym wcześniej "Fokusem" pani Monika spacerowała w Pile przez tydzień, a potem kilka dni pan Jerzy spędził u niej w Ursusie, by na miejscu dokończyć szkolenie. Również do pana Karola na trzy dni zawitał treser, by nauczyć psa poruszania się po schodach ruchomych, których rzecz jasna jeszcze nie ma w Pile. A szkoda.
W chwili obecnej na psy przewodniki oczekuje 18 niewidomych. W Pile można w 2005 roku przeszkolić osiem czworonogów, bo tak wstępnie ustalono z Przewiędą. Chętni muszą więc uzbroić się w cierpliwość. Można jednak zapytać, dlaczego tylko w tej placówce odbywa się tresura?
- Dlatego, że oferta pana Przewiędy jest cenowo niewygórowana - mówi Elżbieta Oleksiak, szef działu rehabilitacji ZG. - Za każdego przekazanego pieska otrzymuje on blisko 10 tysięcy zł. 80 proc. tej sumy przekazuje PFRON, 10 proc. PZN, resztę, czyli prawie 1000 zł, płaci zainteresowany. Ale oferta z Nowego Sącza, gdzie firma wyceniła się na 25 tysięcy, jest dla nas nie do przyjęcia. Kogo stać na zapłacenie z własnej kieszeni 3 tysięcy?
Jerzy Przewięda na początku współpracy z PZN spędził trzy dni w ośrodku tresury w Pradze.
- To wzorowa placówka, finansowana przez państwo. Rocznie szkoli się tam 35 psów przewodników i co ciekawe, większość treserów to kobiety. Obserwowałem tresurę psa początkującego oraz zaawansowanego i uczestniczyłem w egzaminie końcowym. W goglach na oczach chodziłem z pieskiem po mieście: metro, tramwaj, autobus, sklep, poczta.
Psy (oczywiście ze świadectwem zdrowia) kupowane przez pana Jurka pochodzą z różnych hodowli. Płaci za nie od 1000 do 1500 zł. Labradory, owczarki, goldeny-retrievery mają rok, półtora. Psy i suki, bo nie jest przesądzona większa przydatność którejś z płci. Konieczna jest kastracja, bo zwierzę wtedy lepiej spełnia obowiązki przewodnika. Efektywnie pies może pracować do 9 lat, potem udaje się na zasłużoną emeryturę. Powinien być traktowany jak członek rodziny - szanowany, ale nie rozpieszczany. Ideałem byłoby zgranie temperamentów człowieka i zwierzęcia.
Przewięda zatrudnia w firmie cztery osoby. W kojcach trzyma 10 psów, dwa są w domach. Niewidomi mieszkają albo w hotelu, albo w wynajętej kawalerce, oczywiście cały czas z pieskiem. W szkoleniu pomaga Tomek (student miejscowej uczelni) i Danuta - kynologiczna hobbystka.
Gdy pies jest już ułożony, przyjeżdża niewidomy i na początek wspólnie się "obwąchują", a potem zaczynają wędrówki. Piła to nie metropolia, ruch nie jest więc duży, nie jeżdżą tramwaje. Ale są urzędy, schody, sklepy, restauracje, dworzec kolejowy. Najbliższe duże miasto to odległy o 120 km Poznań. Tam też w końcowym etapie odbywają się lekcje. I na każde zgłoszenie pan Jerzy udaje się do miejsca zamieszkania niewidomego i szlifuje tresurę. Wyjazdy mieszczą się w kosztach jego usług. Na koniec szkolenia komisja z PZN ocenia przydatność psa do roli przewodnika.
O Przewiędzie najbliżsi mówią, że w albumach ma więcej fotografii piesków niż rodziny. Jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie tego łagodnego człowieka w roli policjanta. Kiedy oprowadza mnie po swoim królestwie i otwiera kojce, cała ferajna wita go jak ojca.
- Zbudowałem im ocieplane budy, choć zimą na pewno lepiej byłoby psy trzymać w domach. Na śniadanie dostają suchą karmę, a wieczorem gotowane mięso z ryżem, makaronem, rzadziej z kaszą. Oprócz tych przeznaczonych do pracy z niewidomymi trzymam groźnego lombergera i hovawarta. Biegające luźno, odstraszają złodziei, bo nieraz próbowano mi się włamywać.
Patrzę w oczy potężnemu lombergerowi, który pogryzł trzykrotnie swego pierwszego właściciela i miał być uśpiony, ale pan Jerzy go uratował. Pies wytrzymuje spojrzenie i nagle, zajadle warcząc, rzuca się w moją stronę. Dobrze, że dzieli nas masywna siatka.
Wnioski na otrzymanie psa przewodnika należy składać w kołach terenowych w całym kraju. Poprzez okręgi kierowane są do ZG PZN. Regulamin określający zasady przyznawania niewidomemu psa (jest ich 10) powinien być w kołach i okręgach. Można go też znaleźć na internetowej stronie Związku: pzn.org.pl.