skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Cyrk to moja pasja Anna Woźniak-Szymańska

Podczas jednej z moich wizytacji Ośrodka Rehabilitacyjno-Leczniczego "Klimczok" w Ustroniu Morskim spotkałam bardzo ciekawego człowieka, członka naszej organizacji. W młodości, kiedy jeszcze dobrze widział, chciał być cyrkowym akrobatą na trapezie, ale zaczął ćwiczyć żonglerkę. Z cyrkiem związał się na czterdzieści lat. Gdy stawał na arenie w blasku świateł, zalegała cisza. Z gracją i zręcznością żonglował. Najważniejsze w tej sztuce, to opanować emocje. Jeszcze tylko piłka rzucona na ustnik wprost z widowni i... numer się udał! A kiedy rozlegały się brawa, czuł przypływ niesamowitej energii.

Upór i talent zaprowadziły go daleko. Dla Aurelego Syweńki z Brzeska, bo o nim mowa, arena cyrkowa to miejsce ponad podziałami, gdzie pojawiali się ludzie różnych ras i narodowości. W ciągu ponad czterdziestu lat pracy w cyrku występował przed wielkimi znakomitościami, przemierzył tysiące kilometrów.
Jego miłość do cyrku zaczęła się, gdy skończył 16 lat. Zakochał się w dziewczynie, wykonującej akrobacje na trapezie w cyrku "Światowid", który występował w Bochni. Aby zobaczyć piękną akrobatkę, codziennie odwiedzał cyrk z dwoma kolegami, przyjeżdżając na rowerze. - Potem los tak sprawił, że ową pannę wielokrotnie w życiu spotykałem - zwierza się. - Nie miałem jednak odwagi powiedzieć jej, co kiedyś do niej czułem.
- Wstawałem o świcie i szedłem w pole - opowiada. - Żonglowałem butelkami po piwie, potem tata przygotowywał mi prawdziwe rekwizyty: toczone drewniane maczugi i kółka. Trening kończyłem, gdy pierwsi uczniowie szli do szkoły. Wtedy biegłem do domu, by się umyć i pędzić na lekcje. Kiedy byłem uczniem gimnazjum, czasami do Brzeska przyjeżdżał jakiś cyrk. Pamiętam, jak kiedyś uciekły z niego trzy lwy. Nieopodal przechodził kaleki człowiek. Nie zapomnę tego widoku: nagle mężczyzna rzucił kule i próbował uciekać o własnych siłach.
Gdy wybuchła wojna, w mieście gościł czeski cyrk "Józefiego" - Józefa Nowotnego. - Artyści usiłowali dostać się do Mielca, ale front przegnał ich z powrotem do nas. Bywali więc w restauracji moich rodziców. I znów tato pomógł mi zrealizować marzenia. Opowiedział dyrektorowi cyrku o mojej żonglerce. Gdy zaprezentowałem mu swoje umiejętności, od razu zaproponował mi występ. Byłem szczęśliwy. Mogłem robić to, co lubiłem i uratowałem się od wywózki do Niemiec.
Nie było łatwo, bo żonglerka wymagała sporo wysiłku i koordynacji ruchowo-wzrokowej. A ja mogłem posługiwać się tylko jednym okiem. Uległem bowiem poważnemu wypadkowi. Odłamki szkła syfonu, który eksplodował, poraniły mi twarz. Lekarzom udało się uratować tylko jedno oko. Trudno było przyzwyczaić się do ograniczonego pola widzenia. Ale musiałem nauczyć się z tym żyć.
Do pierwszego występu przygotowywał się jak szalony - miał się przecież zaprezentować przed publicznością swojego miasta.
- Kiedy nadszedł dzień mojego debiutu, byłem bardzo zdenerwowany - zwierza się pan Aureli. - Co z tego, że w uszytym specjalnie dla mnie pięknym kostiumie wyglądałem całkiem nieźle, kiedy nie chciałem wyjść na arenę. Orkiestra grała już przygrywkę, a ja stałem jak słup soli. Dopiero koledzy cyrkowcy kazali mi się przeżegnać i wypchnęli na arenę. Na szczęście bezbłędnie wykonałem numer, a gromkie brawa wynagrodziły mi trudy ćwiczeń. Na widowni zobaczyłem tatę, który płakał ze szczęścia. Wtedy uświadomiłem sobie, że realizuję jego niespełnione marzenia...
Po tygodniu występów w Brzesku przyszedł czas na Tarnów.
- Dyrektor zapytał ojca, czy pozwala mi jechać z cyrkiem.
Tata z kolei chciał wiedzieć, czy ja tego pragnę. Nie chciałem, z lękiem zapytałem, kto mi będzie bić brawo? Przecież nikt mnie tam nie zna. Ojciec tylko się uśmiechnął pod wąsem. A mama zdenerwowana dodała: "Zwiąże się z cyrkiem, będzie pił, palił. Lepiej, gdyby mnie ziemia przykryła, niż żebym zobaczyła syna w cyrku." Ale tata już zdecydował, stwierdzając: "Złego kościół nie naprawi, a dobrego karczma nie zepsuje. Niech jedzie..."
- Wędrowałem z cyrkiem "Józefiego" przez całą okupację - opowiada Aureli Syweńki. - Na przełomie 1944 i 45 r. stacjonowaliśmy w Nowym Targu. Ależ tam była bieda! By przeżyć, trzeba było zabić część zwierząt. Straszne czasy! Ale ludzie czekali na nasze występy. Tak bardzo potrzebowali odrobiny radości i uśmiechu.
Wspólnie z synami właścicieli pan Aureli mieszkał w wozie cyrkowym, długim na sześć metrów. - Czasami mrozy dawały się tak we znaki, że spaliśmy na skórze z białego niedźwiedzia, pod pierzynami, a rano nie mogliśmy oderwać butów od podłogi, taki był szron. W sezonie artyści występowali codziennie, a w soboty i niedziele dwa lub trzy razy w ciągu doby. Trenowałem sześć, siedem godzin dziennie. Krótkie przerwy robiłem tylko na posiłek. Żonglowałem drewnianymi maczugami, pałkami i kółkami. Doszedłem do takiej wprawy, że rękami żonglowałem, a w ustach utrzymywałem zębnik i z daleka łapałem na niego piłkę od publiczności. Potem zamieniłem je na kulę ze szkła, którą na koniec rzucałem o podłogę, a ona rozsypywała się na maleńkie kryształki. Cóż to był za efekt!
- Tuż po wyzwoleniu, w 1945 roku, chciałem dać znać rodzicom, że u mnie wszystko w porządku. Wsiadłem na cyrkowy rower i, zaopatrzony w słoninę, trochę "samogonu" i herbatę, wybrałem się do domu. Zostałem ciepło przyjęty. Nawet mama przekonała się do mojego zajęcia.
Po wojnie pan Aureli wrócił do Brzeska, by ukończyć szkołę. Naukę i pasję potrafił pogodzić. W soboty i niedziele dojeżdżał na występy do Krakowa i Krosna.
- Pewnego razu, kiedy ćwiczyłem w cyrku w Krośnie, ktoś nie domknął skrzyni z aligatorem - opowiada. - Przy załadunku okazało się, że jest podejrzanie lekka. Wewnątrz nie było gada, pływał sobie w najlepsze w Wisłoku, wystawiając wielką paszczę i nie reagując na wołanie trenera. Obudzono wszystkich artystów, by pomogli w obławie. Niewiele się namyślając wszedłem do wody, złapałem go za ogon i próbowałem wciągnąć na brzeg. Był jednak zbyt szybki i zwinny. Obejrzałem się za siebie, żeby mi ktoś pomógł, ale zobaczyłem, że jestem sam. Za to na moście stali gapie i wrzeszczeli: "Relek, tylko go nie wypuszczaj! Na pewno ci się uda." Gdy byłem już prawie na brzegu, trzymając gada między nogami, dobiegli do mnie koledzy i zarzucili na głowę aligatora koc. Byłem uratowany! Obserwatorzy nagrodzili mnie oklaskami. Chcąc, nie chcąc, zostałem bohaterem...
Był rok 1953, Wrocław, festiwal sztuki cyrkowej. Młody Aureli poznał piękną artystkę, rowerzystkę z zespołu Ladosa Włocławek. Gdy miał wystąpić, jej koleżanka powiedziała: - Jadziu, chodź, zobaczymy jego popisy, bo to fajny chłopak. A ona na to: - Mnie on nie interesuje."
Rok później, na spotkaniu organizacyjnym dotyczącym wyjazdu do Czechosłowacji i na Węgry, znów wpadli na siebie.
- Wtedy nie pozwoliłem jej już odejść, bo czułem, że to kobieta na całe moje życie - wyznaje. - Spędziliśmy wraz z elitą cyrku polskiego sześć wspaniałych tygodni. Ale cóż, kiedy trzeba było wrócić do siebie. Kiedy pełniłem obowiązki dyrektora artystycznego w Zjednoczonym Przedsiębiorstwie Rozrywkowym w Warszawie, pewnego dnia rzuciłem wszystko, mówiąc kolegom, że jadę na kontrolę cyrku. Skłamałem. Pojechałem, bo tam była moja Jadzia...
W 1956 r. wzięli ślub we Włocławku. Planowali skromną uroczystość, ale dyrektor cyrku oraz koledzy sprawili im niespodziankę. Mszę koncelebrowało czterech księży, kościół był wypełniony po brzegi, grała czeska orkiestra.
- Kiedy zaczęli śpiewać "Ave Maryja", płakałem jak dziecko.
Gdy na świat przyszły dzieci, trudno było pogodzić obowiązki rodzinne z życiem na walizkach i wieczną tułaczką. Ale gdy tylko zaświeciło słońce, ciągnęło mnie w świat.
- Po zdaniu matury wróciłem do cyrku "Józefiego", w którym występowałem do 1949 r. - wspomina pan Aureli. - Później przez kilka lat byłem związany z Cyrkowym Wesołym Miasteczkiem. Gdy upaństwowili te instytucje, dostałem nakaz pracy do cyrku nr 6 w Częstochowie. Dyrektor przywitał mnie jakby z niezadowoleniem: "Tylu tych żonglerów mi dali". Ale po pierwszym występie pogratulował mi i na znak nobilitacji otrzymałem samodzielny pokój.
Żyło mi się coraz lepiej. Zacząłem też szkolić młode kadry w Sulisławiu i Julinku. W 1954 r. na I Ogólnopolskim Festiwalu Sztuki Cyrkowej we Wrocławiu przyznano mi Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki.
Potem przyszedł czas na cyrk nr 4, a następnie 1, gdzie po latach pracy został dyrektorem i zarządzał 130-osobowym zespołem. Posypały się kolejne wyróżnienia: srebrny medal na międzynarodowym festiwalu sztuki cyrkowej w Warszawie i złoty za występ w Bułgarii.
- Kiedy cyrkom nadawano nazwy, to jedynkę przemianowano na "AS". Wtedy się oburzyłem i odpaliłem urzędnikowi, że AS to nazwa psa, a nie cyrku. A on na to: - Panie, to są pańskie inicjały... Miałem swój cyrk!
Syweńki wraz ze swym cyrkiem był m.in. w Czechosłowacji, NRD, USA, Izraelu, ZSRR, Bułgarii, Belgii, Finlandii, Japonii, Szwecji, Kanadzie, na Węgrzech. Prowadził berliński cyrk Buscha, Berlina, Aeros oraz radziecki, tzw. "na wodzie", który robił wtedy furorę. Bywał też reżyserem programów cyrkowych. Za udział w nich otrzymywał liczne podziękowania, jak choćby od kapitana i załogi statku "Stefan Batory", gdzie dawał program w czasie rejsu po Oceanie Atlantyckim. W cyrku Buscha spotkał emerytowanego żonglera, który miał własne muzeum sztuki cyrkowej.
- Byłem zaskoczony, kiedy pokazał mi liczne moje zdjęcia - mówi. - Duże wrażenie wywarł na mnie też występ w Chicago. Po programie dzieci ubrane w stroje krakowskie wręczyły mi miniaturkę Statuy Wolności z napisem: "Kochanemu Relkowi na pamiątkę - Klub Ziemi Brzeskiej."
W mieszkaniu pana Aurelego wisi na ścianach mnóstwo oprawionych zdjęć, pamiątek z przeszłości i obraz przedstawiający młodego Relka, pędzla znajomego akrobaty. Do niedawna skrzętnie przechowywał rekwizyty żonglerskie, ale w końcu podarował je przyjaciołom. Po raz ostatni wystąpił na arenie w 1979 r. Dwa lata później przeszedł na emeryturę.
- Mogłem zrobić to dużo wcześniej, bo żongler ma prawo skorzystać z tych świadczeń po 25 latach pracy. Ale cyrk to moja pasja i wielkie święto.