skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Jedyny taki ksiądz Beata Dązbłaż

Ks. Robert Hetzyg, rodowity bydgoszczanin, studiował w Gnieźnie, formalnie przypisany do diecezji w Czechach, mieszka w Nowym Radzicu na Lubelszczyźnie. Te odległe punkty na mapie wyznaczają także jego drogę do kapłaństwa i historię życia. „Pochodni” opowiada o doświadczeniu powołania do kapłaństwa i punkcie życia, w którym jest teraz.

Klucz do powołania
Najważniejsze w życiu ks. Roberta Hetzyga było powołanie do kapłaństwa. – Księdzem jest się tylko i wyłącznie ze względu na Jezusa. To nie zależy ode mnie, a od tego, czy Pan Bóg tego chce – podkreśla ks. Robert.
Pan Bóg najwyraźniej tego chciał, bo gdy 15-letni Robert poczuł się powołany do kapłaństwa w 1983 r., nie mógł jeszcze wiedzieć, że właśnie zmienia się Kodeks prawa kanonicznego. Do tego czasu nie dopuszczał on osób niewidomych do kapłaństwa. – Wstąpiłem do seminarium w Gnieźnie w 1986 r. za zgodą śp. prymasa Józefa Glempa, gdyż wtedy Bydgoszcz należała do archidiecezji gnieźnieńskiej. Zostałem więc przyjęty do seminarium, ale dopiero później sobie uświadomiłem, jak precyzyjny jest boży plan i ile miałem szczęścia. W tym samym roku, w którym poczułem się powołany, nastąpiła zmiana prawa kanonicznego. Według nowego kodeksu przydatność do kapłaństwa, jeśli chodzi o zdrowie, miał określać miejscowy biskup. Brak wzroku przestał mnie dyskwalifikować – wspomina. A nie widzi od urodzenia, prawdopodobnie z powodu wady wrodzonej.
Tradycyjna rodzina, w której wychował się Robert, rodzice i starsza siostra, ze wzruszeniem przyjęła jego decyzję o kapłaństwie. – Raczej byli zdumieni i zaskoczeni, niż zaniepokojeni. Oficjalnie zresztą wybierałem się na filologię germańską, gdyż były to czasy, kiedy takimi sprawami raczej nie należało się głośno chwalić – mówi ks. Robert.
Zresztą i tak nie umknęło to uwadze władz, które dopytywały się już po fakcie w II LO im. Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy, gdzie uczył się Robert, czy nie dało się powstrzymać jego decyzji o wstąpieniu do seminarium i kto do tego dopuścił. Takie były czasy. Szkołę w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Bydgoszczy Robert skończył w 7 lat, a nie w 8. Dwie początkowe klasy musiał przejść w jednym roku, by dogonić starszy rocznik i móc uczyć się w Bydgoszczy, a nie w podpoznańskich Owińskach.

Przyjęli jak swojego
Rodzice regularnie chodzili na mszę św., więc i Robert na nią chodził. Nawet jak już mu się przestało to aż tak bardzo podobać. – Lubię święty spokój [śmiech], więc chodziłem. Trochę przez przypadek, trochę z ciekawości poszedłem jednak kiedyś na spotkanie oazowe i byłem w szoku, bo ci ludzie przyjęli mnie jak swojego, a po drugie zobaczyłem, że dla nich Jezus jest realną, żywą osobą, którą traktują jako kogoś sobie bliskiego, jako przyjaciela. Z nimi zacząłem czytać Pismo święte. Jedna z animatorek przychodziła raz w tygodniu i czytała mi Ewangelię wg św. Łukasza, nie miałem wtedy jeszcze Biblii w brajlu. I tak to się zaczęło: spotkałem Jezusa we wspólnocie oazowej w Parafii M.B. Nieustającej Pomocy w Bydgoszczy, a z wieloma z tych osób mam kontakt do dziś – wspomina.
W 1992 r. Robert otrzymał święcenia kapłańskie. Wiele osób nie wyobrażało sobie, jak to jest możliwe, by być księdzem, nie widząc. – Mnie się wydawało, że sobie to wyobrażam, jako młody chłopak, pełen zapału. I okazuje się, że jest to możliwe, zostałem wyświęcony. Na studiach notowałem w brajlu albo nagrywałem wykłady i uczyłem się z kolegami. Dziś natomiast, w dobie udźwiękowionych komputerów, tabletów czy komórek, materiały są dostępne w Internecie, można je drukować w brajlu czy przetwarzać na dowolną formę. Tak więc odprawianie mszy św. z linijki brajlowskiej na ołtarzu albo z wydrukowanych brajlem tekstów liturgicznych nie stanowi żadnego problemu – mówi ks. Robert.
A przecież zdarzyło się, że ktoś kwestionował ważność mszy odprawianej przez ks. Roberta właśnie z powodu jego niewidzenia. Były też zabawne historie, jak spotkanie z podchmielonym mężczyzną, który z niedowierzaniem, bełkotliwym głosem zapytał księdza: „I ty naprawdę nie widzisz?” „No naprawdę” – odpowiedział. „O, mordo ty moja” – wzruszył się i wyściskał ks. Roberta. – Coś się w nim poruszyło – opowiada ten ze śmiechem.
Brak wzroku nie pozostaje bez wpływu na najprostsze interakcje z otoczeniem. Niedostępność komunikacji pozawerbalnej może być powodem napięć, zwłaszcza wtedy, kiedy w spojrzeniu lub mimice twarzy można by odczytać rodzące się napięcie. – Muszę być ostrożny, by nie sprawić komuś niezamierzonej przykrości, czy nie doprowadzić do eskalacji jakichś niepotrzebnych emocji.
- Niektórzy twierdzą, że łatwiej jest im przyjść do mnie do spowiedzi, bo na nich nie patrzę. Ale nie robiłbym z tego reguły, to są indywidualne przypadki – mówi z zamyśleniem. – Proszę też włożyć między bajki to, że jeśli ktoś nie widzi, to widzi więcej duchem, bo to jest raczej poezja i to średniego gatunku. Inne zmysły są wyczulone w tym sensie, że człowiek z nich korzysta, kiedy nie widzi. Jeśli czegoś nie mamy, to korzystamy z tego, co jest – mówi ks. Robert.
Niewidomy, który został wyświęcony na księdza to rzadkość. Podobno jest taki kapłan w USA, na Sycylii i w Afryce. W Polsce na pewno są księża, którzy utracili wzrok w czasie swojej posługi, ale nie znamy przypadku, by ktoś od początku niewidomy poszedł tą drogą.

Droga do Oazy
Ks. Robert w tym roku obchodzi jubileusz 25-lecia kapłaństwa. Rok po przyjęciu święceń poznał wspólnotę Koinonia Jan Chrzciciel, która okazała się treścią jego kapłańskiej posługi. Dziś, razem z braćmi i siostrami celibatariuszami mieszka w Oazie, czyli domu wspólnoty w Nowym Radzicu k. Lublina.
Koinonia Jan Chrzciciel to wspólnota, która służy dziełu nowej ewangelizacji. Jest kanonicznie uznanym prywatnym stowarzyszeniem wiernych w Kościele katolickim, a jej członkami są zarówno osoby świeckie, jak i bracia i siostry konsekrowani oraz księża. Wspólnoty Koinonii są rozsiane po całym świecie, tworząc jednolitą strukturę – Federację Koinonii Jan Chrzciciel.
- Założyliśmy z przyjaciółmi w 1992 r., roku moich święceń, wspólnotę ewangelizacyjną, której zadaniem było głoszenie Ewangelii w Bydgoszczy. Abp Muszyński udzielił nam swojego błogosławieństwa, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, czy przyłączymy się do jakiegoś ruchu, czy będziemy robili coś swojego. Chcieliśmy to rozpoznać, żeby zrobić to, co się Bogu podoba, a nie to, co my wymyśliliśmy. Po kilku miesiącach poznaliśmy braci z Koinonii Jan Chrzciciel, którzy przyjechali do Bydgoszczy, aby poprowadzić Kurs Filip – wspomina ks. Robert.
Kurs Filip to krótka forma rekolekcji kerygmatycznych, z głoszeniem Jezusa, jako jedynego Pana i Zbawiciela. – Uderzyło mnie wtedy to, że dwaj wtedy jeszcze świeccy bracia – Emmanuele De Nardi i obecny przełożony Wspólnoty o. Alvaro Grammatica, nie próbowali mnie do niczego przekonać, ani wzruszyć czy zachwycić. To, co mówili, domagało się po prostu naszej odpowiedzi – głosili Ewangelię i my, uczestnicy przyjmowaliśmy ją lub nie. Byliśmy w pełni wolni, ale od tego, czy powiedzieliśmy „tak” lub „nie”, mogło zależeć bardzo wiele. Może się to wydawać dziwne w odniesieniu do księdza, który dopiero co skończył seminarium, studiował i „pozjadał wszystkie rozumy”, ale mnie uderzyło, że to jest takie uczciwe, że Jezus robił tak samo, gdzie się pojawiał, swoją obecnością i nauczaniem albo budził sprzeciw, albo miłość. I to mnie pociągnęło do tej wspólnoty, tak się z nimi zaprzyjaźniłem – wspomina.
Potem były spotkania formacyjne, spotkania z osobami konsekrowanymi, które należą do Wspólnoty, jak również ze świeckimi. – Po roku poczułem się wezwany do wspólnoty wewnętrznej, czyli do grona celibatariuszy. Widziałem, jakie są relacje w tej Wspólnocie, że są to ludzie, którzy realnie na co dzień żyją braterską przyjaźnią, do jakiej zachęcał Jezus, kiedy mówił, że po tym was poznają, że jesteście moimi uczniami, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali. I nie mam tu na myśli ludzi idealnych, bez wad, ale ludzi, którzy dzielili się ze sobą tym, czym byli, co mieli, zdolnych do przebaczenia i pójścia dalej.
Tak więc za zgodą abp. Muszyńskiego ks. Robert pojechał do Camparmò we Włoszech, gdzie powstała Wspólnota. Potem został przypisany do diecezji pilzneńskiej w Czechach jak większość księży, którzy należeli do Koinonii Jan Chrzciciel. Skąd zatem Lubelszczyzna?
- W 1999 r. postanowiono, że powstanie pierwszy dom celibatariuszy w Polsce, bo świeccy znali Wspólnotę już od 1992 r., ale osoby konsekrowane przyjechały dopiero 7 lat później i ja byłem wśród nich. W Nowym Radzicu mieszka obecnie 7 sióstr i 5 braci – mówi ks. Robert. - W naszym domu ciągle coś się dzieje, a zwłaszcza teraz, w czasie wakacji. W tej chwili wypoczywa u nas już druga grupa dzieci świeckich członków Wspólnoty. Do pomocy przyjeżdżają również goście z innych oaz – obecnie np. jest z nami siostra z Meksyku. Wspólnota jest międzynarodowa, więc można być decyzją przełożonych wysłanym np. do Afryki, USA czy Izraela. – Wszędzie jest dobrze, gdzie Pan Bóg chce, byśmy byli. Przekonałem się już wielokrotnie o tym przez 25 lat mojej posługi kapłańskiej – mówi ks. Robert.

Codzienność
Na co dzień ks. Robert posługuje we Wspólnocie, głosi rekolekcje, prowadzi spotkania za granicą – w Anglii i Szwecji, bywał na Ukrainie, Białorusi i w Rosji, współpracował także z duszpasterstwem więziennym. – Jako wspólnota uczestniczymy także w projekcie archidiecezji lubelskiej „Przyjdź do źródła”, który polega na ewangelizacji wszystkich parafii w archidiecezji. Na co dzień siedzę też dużo przy biurku, gdyż odpowiadam za wspólnotowe strony internetowe. Do moich obowiązków należy również przygotowywanie tłumaczeń z włoskiego, który jest oficjalnym językiem Koinonii.
Ks. Robert współpracował też z różnymi mediami; skończył na UKSW w Warszawie podyplomowe studia dziennikarskie. W latach 90. współpracował z Radiem Maryja, później także z Radiem Wnet, tworzył też wewnętrzny kwartalnik Wspólnoty. Publikował w „Naszym głosie”, późniejszym „Civitas Christiana”.
Zawsze interesował się nowinkami technicznymi. – Gdy w 2008 r. przeszedłem z systemu Windows na Mac, który wśród niewidomych nie był jeszcze tak popularny, dzieliłem się swoimi doświadczeniami. Można jeszcze znaleźć w Internecie mój blog Makowisko, choć już nie jest aktualizowany, bo potem inni, którzy zajęli się tym bardziej profesjonalnie robili to lepiej, a mnie czas już na to nie pozwalał. Publikowałem także w "Tyfloświecie" i "Tyflopodcaście".
- Największą jednak pasją jest dla mnie zwykła codzienność, bo trudno oddzielić życie wspólnotowe od prywatnego. Dla nas życie wspólnotowe samo w sobie jest powołaniem, a bycie księdzem jest wartością dodaną. Jeśli w międzyczasie uda mi się przeczytać książkę czy posłuchać muzyki, którą bardzo lubię, to świetnie – konkluduje ks. Robert.