skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Jestem tylko z poezją... Beata Rędziak

Z Andrzejem Bartyńskim, nazywanym Polskim Dolnośląskim Homerem, rozmawia Beata Rędziak.

Beata Rędziak: - Co lub kto jest Pana „aniołem codzienności”?

Andrzej Bartyński: - O tym, kto jest moim aniołem codzienności napisałem w „Małym tryptyku miłosnym”. To jest moja małżonka Krzysia; po lwowsku Krystyna to Krzysia. Jako lwowianin tak też ją nazywam.

B.R.: - Chcę zapytać Pana o doświadczenie utraty wzroku w trakcie przesłuchania przez gestapo, był Pan wtedy przecież dzieckiem, ale już zaprzysiężonym łącznikiem Armii Krajowej.
A.B.: - W dziewiątym roku życia utraciłem wzrok całkowicie i znalazłem się w innym świecie, w „królestwie nocy”. Z kolei mój przyjaciel, Ireneusz Morawski, którego nazywam bratem z wojska, a poznałem w Laskach w 1946 r., stracił wzrok, mając chyba 1,5 roku i nie pamiętał kolorów, kształtów, przestrzeni, a jednak mieliśmy tyle wspólnych zainteresowań, że połączyła nas wielka przyjaźń na całe życie. Ukończyliśmy liceum, a później razem studiowaliśmy na filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, który wtedy był im. Bolesława Bieruta, ale myśmy mówili, że to BB – Brigitte Bardot (śmiech).

B.R.: - Pisze Pan w wierszu „Z balkonu”: „nie widzę cię świecie, jakbyś się schował za ogon sroki”. W Pana wierszach bardzo często pojawia się temat niewidzenia. Co by pan powiedział dziś młodym ludziom z doświadczeniem utraty wzroku?
A.B.: - Założyliśmy Klub Inteligencji Niewidomej, który skupiał niewidomych intelektualistów. Celowo piszę o niewidzeniu, bo chcę zwrócić uwagę ludziom widzącym i niewidzącym na ten problem. Życie polega na tym, że musimy pokonywać trudności, przeszkody i czynimy to, każdy na swój sposób i swoją mocą wewnętrzną – żeby być geniuszem, wystarczy być sobą, ale żeby być sobą, nie wystarczy być geniuszem. Staram się na to zwracać uwagę, bo tak mnie dotknął los, że zmienił moją drogę. Zawsze chciałem być oficerem w wojsku i do dziś mam duszę i umysł zmilitaryzowany – jak dają „rozkaz”, zgodny z moim przekonaniem, to go wykonuję. Ojciec i stryjowie byli prawnikami; mama Antonina, której bardzo wiele zawdzięczam, powiedziała – możesz ukończyć prawo. Ale, synu, przedtem trzeba maturę zrobić – i musisz być lepszy, jak twoi widzący koledzy. I to był dla mnie taki przykaz, rozkaz mojej mamy – masz taki być.

B.R.: - A jak u tego oficera zaczęła się miłość do słowa i muzyki?
A.B.: - Zaczęła się bardzo wcześnie; jeszcze kiedy widziałem, bardzo szybko nauczyłem się czytać – może miałem cztery lata i bardzo zainteresowała mnie poezja w sensie zapisu graficznego. W bibliotece w naszym domu przeglądałem książki i zobaczyłem dziwny zapis - strofy – to były poematy Słowackiego; zwróciły moją uwagę. Wtedy z rodzicami, albo z moją nianią Stefanią, chodziliśmy do teatru, wprowadzali mnie do opery. Jako widzący byłem na „Dziadach” Mickiewicza. Miałem do czynienia z mówionym słowem i aktorstwem. Wtedy bardzo znany był Jan Kiepura, chodziliśmy także na koncerty. Moja siostra Hala, starsza ode mnie, grała na fortepianie, a ja śpiewałem piosenki i wzorowałem się na Kiepurze. A potem, w tej radzieckiej szkole, bardzo często przyjeżdżali aktorzy, recytowali, śpiewali i wtedy też występowałem, recytowałem w języku ukraińskim.

B.R.: - Czy pamięta Pan swoje pierwsze próby pisarskie, czy pisał Pan w ogóle „do szuflady”?
A.B.: - Moja siostra chodziła ze mną do kina, nachylała się do mnie i cichutko wszystko mi mówiła. Napisałem wiersz „Double whisky” o tym, jak szeptem przedstawiała mi obraz, a ja sobie wyobrażałem i widziałem. Hala zapytała mnie kiedyś, jaki zawód chciałbym wykonywać? A ja mówię: „Wiesz Halu, chciałbym być poetą”. Tak to czułem, że w tym kierunku powinienem iść, że to jest możliwość, dzięki której mogę się rozwinąć i w pełni zabrać głos na świecie.
Potem w Laskach zaprzyjaźniliśmy się z Jerzym Zawieyskim, znanym dramaturgiem. Byłem czołowym aktorem w teatrze szkolnym, zagrałem m.in. Piotra Wysockiego w „Nocy listopadowej” Wyspiańskiego, w „Rewizorze” Gogola grałem Chlestakowa i w „O dwóch takich, co ukradli księżyc” – ja grałem Jacka, a Ireneusz Morawski – Placka, nie mówiąc o wielu innych jednoaktówkach. Zaprzyjaźniłem się z Mikołajem Rostworowskim, późniejszym redaktorem naczelnym „Kierunków” wydawanych przez Stowarzyszenie Pax, który czytał nam współczesnych poetów: Gałczyńskiego, Ważyka, Miłosza, Tuwima, Staffa. Do Lasek przyjeżdżał też Jerzy Andrzejewski, z którym później się poznałem i zaprzyjaźniłem. Już wtedy mieliśmy tego bakcyla miłości do literatury i twórczości literackiej. Tam napisałem pierwszy wiersz.

B.R.: - Jaki był ten pierwszy wiersz? Czy został opublikowany?
A.B.: - Gdzieś go mam, chyba nie był publikowany. Właśnie muszę odnaleźć kilka tych początkowych, nigdzie niedrukowanych wierszy. Wydaje mi się, że tytuł pierwszego wiersza brzmiał „Śmierć posągu”.

B.R.: - Czy zna Pan na pamięć swoje wiersze?
A.B.: - Bardzo dużo znam na pamięć, nie wszystkie, bo jest ich ogromna ilość, ale bardzo wiele z nich. Uzyskałem uprawnienia artysty estradowego w kategorii pieśniarz. Kształciłem swój głos u znakomitej primadonny opery lwowskiej i wrocławskiej Dunki Śleczkowskiej. Przy współpracy mojego kolegi i dziś bardzo znanego poety Henryka Gały, członka grupy „Dlaczego nie” z Wrocławia, której byłem założycielem, utworzyliśmy wędrowny teatr Poeci na estradzie. Pracowaliśmy intensywnie przez pięć lat, od 1970 do 1975, i w tym czasie daliśmy parę tysięcy koncertów. Mieliśmy programy różnego typu, prowadziłem je, byłem i pieśniarzem, i recytatorem swoich wierszy, a Henryk Gała był recytatorem i konferansjerem, występowali także inni artyści.
Układam wiersze przeważnie metodą starożytną – mówi się, że pisze się wiersze. Ja nie piszę wierszy, ja je układam w pamięci. Niekiedy wiersz powstaje w piętnaście minut, a innym razem w dwa miesiące – to zależy od tego, jak mi się układa w pamięci. Jeśli napiszę wiersz i go nie używam, to oczywiście mogę go zapomnieć, ale jeśli powtarzam go ileś razy, to go zapamiętuję.

B.R.: - Co jest na pierwszym miejscu w Pana „agencji pogody ducha” (wiersz A. Bartyński „Pogoda ducha – red.) – muzyka, śpiewanie czy poezja, pisanie?
A.B.: - Pod tym względem może mnie pani nazwać bigamistą – to byłoby najlepsze – jedna dziewczyna – poezja, druga – pieśń. Żyłem i tym, i tym. Ostatnio jednak musiałem zaniechać śpiewania. Działam społecznie jako prezes Dolnośląskiego Oddziału Związku Literatów Polskich od 25 lat. Nie mogłem już tego połączyć, bo to wymaga ogromnego wysiłku czasowego i psychicznego. Wybrałem więc poezję i jej propagowanie, tworzenie warunków kulturotwórczych – to pochłania czas, nie dając żadnych pieniędzy.
W Polskim Związku Niewidomych dawniej była pomoc dla tych, którzy zajmowali się działalnością artystyczną. Mieliśmy więc pieniądze na to, by opłacić asystenta. W socjalizmie przyznawano stypendia twórcze, które otrzymywali niewidomi pisarze na trzy lata, po czym można było ponownie o nie się starać. Z tych środków można było opłacić asystenta. Teraz tego nie ma. Wtedy była cenzura polityczna, ale także artystyczna.
Uważam, że Polski Związek Niewidomych i Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie dbają o te rzeczy dziś. Wygląda to bardzo miernie, a ja o to zabiegam i będę zabiegał.

B.R.: - Co Pana inspiruje w twórczości?
A.B.: - Nigdy nie wiem, co mnie zainspiruje. Gdy długo nie pisałem, mama mówiła, że muszę gdzieś pojechać. Zorientowała się, że działa na mnie przestrzeń, którą pokonuję. Nigdy nie wiadomo, co będzie inspiracją; np. idziemy z Krzysią do sklepu, czekam na nią i już mam gotowy pomysł wiersza.

B.R.: - Od razu go Pan zapisuje?
A.B.: - Zapisuję go w brajlu na papierze, a potem dyktuję i Krzysia zapisuje go na komputerze; kiedyś nagrywałem też głosem na taśmach magnetofonowych.

B.R.: - W Pana wierszach przebija często tęsknota za Lwowem, być może jako miejscem utraconych marzeń?
A.B.: - Napisałem „Wróć bo czereśnie...Leopoliada i Andrea”; jest taka piosenka: „O Lu-czeng-hai, odległy kraj, odeszłaś w dal błękitną, ja w męce drżę, ja wołam cię, wróć bo czereśnie kwitną” – śpiewał to mój wujek. W tomie tym jest kilkadziesiąt wierszy o Lwowie, do wydania których namówił mnie wydawca Wydawnictwa Sudety Stanisław Nosol, który też jest ze Lwowa. Pracowałem miesiąc nad tą książką; gdy piszę, odcinam się i jestem wtedy tylko z poezją.

B.R.: - Czym jest Lwów dla Pana?
A.B.: - „Pytają niekiedy Lwowiaka, gdy wdrapie się ten na Ślężę, gdy stanie tak sobie chłopaka i wgapi się het poza przestrzeń, Ty chcesz się dopatrzeć tam Lwowa? Pyta kolega w berecie, a Lwowiak mu na to dwa słowa, ja Lwów mam na całym świecie”. Mój Lwów jest dla mnie całym moim światem, tam przyszedłem na świat. Tam chodziłem do teatrów, opery, na targi wschodnie, tam widziałem Indian, Murzynów, kolej, luxtorpedy, którymi jeździłem ze Lwowa do Borysławia, gdzie mieszkali moi dziadkowie – i to był mój cały świat, i miasto, które widzą i widziały moje oczy. I jest we mnie ten świat.

B.R.: - Otrzymał Pan wiele nagród, których nie sposób tutaj wymienić, ale chciałam zapytać o te najważniejsze dla Pana?
A.B.: - Bardzo sobie cenię, że na tzw. Kłodzkich Wiosnach Poetyckich, to były festiwale poezji, raz otrzymałem pierwszą nagrodę, a jury przewodniczył Artur Sandauer. Mało tego, że otrzymałem pierwszą nagrodę za wiersz pt. „Cztery wymiary”, to Artur Sandauer postawił butelkę wina, czego nigdy w życiu nie robił, bo był oszczędny, i wypiliśmy bruderszafta, i od tego zaczęła się nasza przyjaźń. A drugi raz wygrałem pierwszą nagrodę, gdy przewodniczącym jury był Julian Przyboś. Dostałem I nagrodę i nagrodę publiczności za „Gwar pieśni biesiadnej”. To były dla mnie bardzo wysokie odznaczenia, ważne dla mojej psychiki. A fragment „Gwaru pieśni biesiadnej” był taki: „Najdroż-sza ma ży-we de-su, palusz-ki zdol-ne jak makaron, najdroż-sza ma włos-ki na brzusz-kubana- na liryczny łkanon, o wargi daj o ukaż mi, za mgłą tą białą czerwień ci, o jej Dupao szło i czło, nec Herkules contra to, gdy duszy święto ch-Ciało”.
Było mi także bardzo przyjemnie, jak w roku 1984 dostałem Nagrodę Miasta Wrocławia za zasługi w dziedzinie literatury. No i „polski Nobel” - doroczna nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2007 r.
Bardzo sobie cenię uznanie książki „Piętnaście dni w Dusznikach, a nasz dom w Polanicy” za najciekawszą książkę roku 2008 i literacką nagrodę im. ks. Jana Twardowskiego.

B.R.: - Pisze Pan: „Ociemniałym być poetą znaczy dotykać świat daleko” – co to znaczy?
A.B.: - To znaczy, że sięgasz tam, gdzie wzrok nie sięga.

B.R.: - Czyli Pan gdzie sięga?
A.B.: - Tam, gdzie chcę, nawet w miejsca intymne. Tam, gdzie prowadzi mnie wyobraźnia albo ja ją.

B.R.: - Dziś urzekł mnie wers z pana wiersza „Dzień dziesiąty”: „Niewidomi ostrożnie z seksem, dziś jest gorąco”.
A.B.: - (śmiech) Muszę to sobie przeczytać.
Dziękuję za rozmowę.
***
Andrzej Bartyński – urodzony we Lwowie 25 maja 1934 r. W czasie II wojny światowej, za czynny udział w ruchu oporu jako łącznik AK, został aresztowany wraz z całą rodziną i osadzony w więzieniu. Tam, w czasie przesłuchania, stracił wzrok. W 1946 r. przeprowadził się do Wrocławia, gdzie mieszka do dziś. Szkołę podstawową ukończył w Laskach, a potem filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. W 1956 r. założył z kolegami Wrocławską Grupę Artystyczną „Dlaczego nie”. W tym samym roku debiutował wierszem „Rapsod o Jesieninie”. Od 1961 r. członek Związku Literatów Polskich. Ma na swoim koncie ok. 12 tytułów poetyckich m.in. „Dalekopisy”, „Zielone wzgórza”, „Komu rośnie las”, „Ku chwale słońca”. Felietonista „Gazety Kulturalnej” i autor cyklu „Rozmowy na globie człowieka o sobie”. Wielokrotny laureat nagród literackich, pieśniarz, m.in. stypendysta rządu włoskiego. Od 2003 r. pomysłodawca i organizator Międzynarodowych Festiwali Poezji w Polanicy Zdroju „Poeci bez Granic”. Oznaczony Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, a w 2005 Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2009 r. „Człowiek Roku” PZN.