skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Znani i lubiani

Mam duszę społecznika Maciej Pantak

Z Tadeuszem Milewskim, od 35 lat dyrektorem Okręgu Warmińsko-Mazurskiego Polskiego Związku Niewidomych, wieloletnim szefem stowarzyszenia „Cross” i założycielem ośrodka rehabilitacyjno-leczniczego „Labirynt” rozmawia Maciej Pantak.

Maciej Pantak: W pańskim życiu szczególny był rok 1976.
Tadeusz Milewski: Chyba 1975? Bo w 1975 r. zostałem dyrektorem Okręgu Warmińsko-Mazurskiego PZN. Ale wcześniej, w 1972 r., dokładnie 17 kwietnia, miałem wypadek samochodowy, na skutek którego straciłem wzrok. Wracałem wtedy z Nidzicy do Olsztyna z prowadzonego przeze mnie kursu instruktorów lekkiej atletyki dla nauczycieli wychowania fizycznego. Jeszcze w 1972 r. zapisałem się do PZN. W zasadzie tego nie chciałem, ale dowiedziałem się, że niewidomi jeżdżą autobusami bezpłatnie, a kasowanie biletów sprawiało mi trudność. Ponieważ mam duszę społecznika, zacząłem działać w PZN, a w 1975 r. kierowniczka odchodziła na emeryturę i zaproponowano mi to stanowisko. Przyjąłem chętnie tę ofertę i już 35 lat prowadzę Okręg Warmińsko-Mazurski.

M.P.: Zaraz przejdziemy do spraw związanych z okręgiem, ale wróćmy do roku 1976. Chodzi mi o Pana niezwykłe osiągnięcie sportowe...
T.M.: Aaa, rzeczywiście. W 1976 r. była paraolimpiada w Toronto, na której zdobyłem brązowy medal w rzucie dyskiem. Od 1955 r. trenowałem lekkoatletykę. Byłem 9-krotnym reprezentantem Polski, zdobywałem medale na mistrzostwach Polski i przygotowywałem się do zawodów olimpijskich w Monachium w 1972 r. Niestety start uniemożliwił mi wypadek, ale przynajmniej miałem szczęście brać udział w paraolimpiadzie i zdobyć medal. To, że tak gładko przeszedłem tragedię utraty wzroku zawdzięczam sportowi. Sport nauczył mnie wygrywać i przegrywać. Po przegranej nadchodził czas wygranej i wtedy odbudowywałem się i znów wierzyłem w siebie.

M.P.: To powróćmy do spraw okręgu. Jak wspomina pan początki pełnienia funkcji dyrektora? Co wtedy było dla pana największym problemem?
T.M.: Szczerze mówiąc z wielką obawą przyjąłem to stanowisko, nie wiedząc czy podołam zadaniom związanym z tą funkcją. Najgorsze dla mnie było to, że musiałem stać się biuralistą, czego, jako sportowiec, wcześniej nie robiłem. Musiałem przecież zderzyć się z problemami ludzkimi, a w szczególności osób niewidomych i słabowidzących.

M.P.: Jak ocenia Pan dotychczasową działalność okręgu? Czy i jakie zmiany, ulepszenia by Pan wprowadził?
T.M.: Może będę zarozumiały, ale bardzo wysoko oceniam działalność Okręgu Warmińsko-Mazurskiego. Dzieje się tak dzięki działaczom oraz wspaniałej kadrze. W dalszym ciągu udoskonalam działalność okręgu m.in. poprzez wykorzystanie środków unijnych na rzecz rehabilitacji społecznej, zawodowej osób z dysfunkcją wzroku i dostęp do najnowszych technologii związanych z funkcjonowaniem osób niewidomych i słabowidzących. Ważne, moim zdaniem, jest wyrównywanie szans w dostępie do informacji, edukacji, zatrudnienia i szeroko pojętej aktywności społecznej w różnych formach, np. poprzez utworzenie punktów poradnictwa obywatelskiego i prawnego. Pomagamy zdobyć niewidomym nowoczesny sprzęt rehabilitacyjny, kołom terenowym staramy się zapewnić sprzęt komputerowy i dostęp do Internetu. Chcemy unowocześnić biuro okręgu, specjalistyczny punkt biblioteczny i pracownię komputerową dla osób niewidomych. Według mnie ważna jest też współpraca z organizacjami i instytucjami pomagającymi w rozwiązywaniu problemów osób niepełnosprawnych. Nie można też zapomnieć o działalności edukacyjnej i promocyjnej na rzecz niewidomych z wykorzystaniem środków masowego przekazu i własnych publikacji oraz popularyzowanie zagadnień z zakresu profilaktyki i ochrony narządu wzroku.

M.P.: Co w karierze dyrektora okręgu uważa pan za swój największy sukces?
T.M.: Największym moim sukcesem było doprowadzenie do wybudowania Ośrodka Mieszkalno-Rehabilitacyjnego przy ul. Paukszty w Olsztynie.

M.P.:. Był pan dyrektorem obecnego OMR „Labirynt”. Jak pan wspomina tamte czasy?
T.M.: Może opowiem, jak to się stało, że ten ośrodek w ogóle powstał. Otóż w 1975 r. miałem kolegę, który był wiceprezesem spółdzielni mieszkaniowej. W tamtych czasach były ogromne problemy mieszkaniowe i kłopoty z zapisaniem się do spółdzielni. Kolega powiedział mi, że istnieje możliwość wybudowania budynku przystosowanego do potrzeb osób niepełnosprawnych. Była taka uchwała Centralnego Związku Spółdzielczości Mieszkaniowej. Napisaliśmy do Wojewódzkiego Związku Spółdzielni Mieszkaniowych pismo z propozycją wybudowania w Olsztynie tego typu ośrodka. Ówczesny prezes przyjął nas bardzo, bardzo serdecznie i zaakceptował nasz wniosek. Tak się to zaczęło.

M.P.: Jak, zgodnie z planami, miał wyglądać „Labirynt”?
T.M.: W ośrodku miało znajdować się około 40 mieszkań, jakaś świetlica, jakaś garkuchnia. Ludzie jednak podpowiadali, co tam jeszcze mogłoby być i ośrodek stopniowo się rozwijał. Ja byłem jego dyrektorem przez 5 lat. Kiedyś nie było możliwości zdobycia np. materiałów budowlanych. Pamiętam, że okien nie można było w ogóle dostać i pojechałem do ministra budownictwa z prośbą o pomoc. Dał nam pismo polecające w odbiorze okien z fabryki. Dyrektor wytwórni okien roześmiał się, kiedy je zobaczył i pokazał dwa segregatory pełne takich pism. Ale żeśmy pogadali, pogadali i dostaliśmy te okna. Były one, jak na owe czasy, w bardzo lichym stanie – ale okna mieliśmy i mogliśmy kończyć budowę tego ośrodka. Później pani Soczewka dopieściła ten ośrodek i, jak pan wie, w tej chwili jest on wspaniały.

M.P.: Cudowny...
T.M.: Jak budowaliśmy OMR, były to czasy, że nie można było mówić, że będzie tam jakaś kapliczka, tośmy wymyślili, że będzie mały basen pływacki. No i jak się zmieniły prądy, to zrobiliśmy z ks. abp. Edmundem Piszczem kapliczkę.

M.P.: Dlaczego odszedł pan z ośrodka?
T.M.: Niewdzięczność ludzka czasem jest bardzo, bardzo mocna i duża. Ja się cieszyłem, że potrafiłem wielu osobom pomóc. Wyciągnąć ich z tzw. nor, nie wstydzę się tego powiedzieć, bo niektórzy mieszkali w skandalicznych warunkach. Potem troszeczkę im rogi wyrosły i zaczęli marudzić. Mówili, że nie są ludźmi z drugiego szeregu, a przecież żyli w naprawdę świetnych warunkach. Nie wiem, o co im chodziło. Dochodziło nawet do strajku. Ludzie, którzy najbardziej rozrabiali, nie płacili czynszu. Nie chcieli się dostosować do obowiązujących norm, chcieli hodować psy, koty. Przecież to jest ośrodek mieszkalno-rehabilitacyjny, a nie zwykły blok mieszkalny. Jak były podpisywane umowy, to każdy się deklarował, że będzie przestrzegał regulaminu, płacił czynsz itd. Potem jeden, czy dwóch „oszołomów” – bo tak ich mogę nazwać – zaczęło rozrabiać, widzieli się na stanowisku dyrektora. No to huzia na dyrektora, huzia na wszystkich. Ściągali kontrole, a było ich dużo. Żadna kontrola poważnych zarzutów nam jednak nie postawiła.

M.P.: „Labirynt” jest już poza Panem, ale oprócz pełnienia funkcji dyrektora w okręgu, nieprzerwanie jest pan prezesem Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych.
T.M.: Powstał on z mojej inicjatywy i rzeczywiście od ponad 15 lat kieruję sejmikiem. Mam doskonałych pracowników, wspaniały kolektyw. Jakoś mam szczęście do ludzi. Otoczyłem się przyjaciółmi, otoczyłem się ludźmi, którzy wspomagali mnie w trudnych czasach, ja starałem się odwzajemniać. W WMSON jest w tej chwili zrzeszonych 38 organizacji z całego województwa, zajmujących się problematyką osób niepełnosprawnych. Największe organizacje to Polski Związek Niewidomych, Polski Związek Głuchych, Związek Emerytów i Rencistów, Amazonki. Wspólnie organizujemy m. in. coroczny festyn integracyjny „Jesteśmy razem”. Chcę podkreślić, że imprezy integracyjne odbywają się nie tylko w Olsztynie, ale i w innych miejscowościach. Ludzie widzą, że prócz tego, że coś chcemy, to potrafimy też coś dać od siebie. Dzięki temu zmienia się stosunek społeczeństwa do osób niepełnosprawnych.

M.P.: Pana życie jest bardzo mocno związane ze sportem, to może takie pytanie lokalne. Miał pan szczęście biegać na olsztyńskim, pięknym kiedyś, Stadionie Leśnym...
T.M.: A zgadzam się, zgadzam. Do tej pory walczę o przywrócenie blasku temu stadionowi. Co roku organizujemy festyn „Przywróćmy blask Stadionowi Leśnemu”, a tegoroczny będzie szczególny. W tym roku mija 50 lat od czasu, kiedy Józef Szmidt osiągnął, jako pierwszy człowiek na świecie, 17,03 m w trójskoku na pięknym, cudownym o wspaniałym mikroklimacie Stadionie Leśnym. Z tej okazji, po długich namowach, przyjedzie 5 sierpnia do Olsztyna. Chcemy reaktywować ten stadion, ale na przeszkodzie stoją problemy finansowe. Liczę na to, że na pewno nam się to uda. Wielu olsztynianom bardzo zależy na tym stadionie.

M.P.: Czy ma Pan poczucie, że sport w ogóle jest modny w PZN?
T.M.: Tak. Pochwalę się, że byłem inicjatorem utworzenia stowarzyszenia „Cross”. Przez 8 lat byłem jego prezesem. W najtrudniejszych momentach życia zacząłem działać na rzecz sportu osób niepełnosprawnych, niewidomych i niedowidzących, i w tej chwili jest to jedna z najlepszych organizacji. Bardzo cieszę się, że Piotr Dukaczewski potrafił poprowadzić i ulepszyć działania stowarzyszenia. Jestem też przewodniczącym powstałego 6 lat temu stowarzyszenia „Olimp”. Zajmuje się ono strzelectwem niewidomych, jak również kolarstwem tandemowym. Osiągnięcia też są wielkie. Weźmy paraolimpiadę w Pekinie – nasi zawodnicy przywieźli złoty i brązowy medal, dziewczyny były w pierwszej dziesiątce. Wszystko jest coraz lepsze, ale to zasługa zapaleńców, którzy kochają sport, turystykę. Powstały w różnych miastach kluby sportowe. Ludzie pracują tam w pocie czoła i mają doskonałe wyniki.

M.P.: Dzięki panu Polacy mogą przekonać się, że niewidomi potrafią jeździć na rowerach. Niektórym wydaje się to bardzo dziwne, a wręcz niemożliwe.
T.M.: Tak, bardzo dziwne. Jak powiedziałem, że wprowadzę kolarstwo, to wszyscy się śmiali. Trzeba tłumaczyć na czym polega kolarstwo niewidomych. Z przodu podwójnego roweru siedzi osoba widząca. Na początku lat 90. nawet zwykłe rowery były trudno dostępne, ale udało mi się porozmawiać o tym z panem Langiem, który prowadził Tour de Pologne. Ściągnął wtedy rowery tandemowe z Włoch. Były amatorskie, ale zaczęło się już coś dziać. Pierwszy raz wystartowaliśmy na etapie Tour de Pologne w Kołobrzegu. Pokazaliśmy społeczeństwu, że niewidomi potrafią jeździć na rowerach. Teraz mamy już dobre wyczynowe rowery.

M.P.: Wnioskować można, że pomaganie innym jest swego rodzaju pana hobby.
T.M.: Tak, sprawia mi to przyjemność. Ja lubię pomagać i cieszę się, kiedy widzę zadowolenie ludzi. Kiedy jeszcze uprawiałem wyczynowo sport, to pomagałem niepełnosprawnym sportowcom w przeprowadzaniu zawodów. Mam jakiś bakcyl społecznego działania, pomagania innym i jestem bardzo z tego zadowolony. Czasem przeklinam sam siebie, że roboty sobie dużo nadaję. Teraz, dajmy na to, przyjemnie by było być na działce. Ale kiedy nie mam co robić, to źle się czuję i od razu wymyślam, co by tu zrobić dla innych.

M.P.: Dowiedziałem się, że lubi pan chińską i węgierską kuchnię.
T.M.: Oj, uwielbiam ostre, pikantne potrawy. Skąd pan to wszystko wie? No, ale mniejsza z tym. W chińskich restauracjach zamawiając np. zupę wiem, że jest pikantna, ale i tak jeszcze ją doprawiam. Wzięło to się chyba stąd, że jeden z moich pierwszych sportowych wyjazdów zagranicznych był na Węgry. Tam oczywiście podawali takie pikantne potrawy i zasmakowałem w nich. Od tej pory nie przepuszczę okazji, żeby nie dodać do potraw pieprzu, czy papryki.

M.P.: A władze PRL nie utrudniały wyjazdów zagranicznych?
T.M.: Cieszę się, że uprawiałem sport, bo to był jeden z nielicznych sposobów, żeby wyjechać zagranicę. Dzięki temu trochę świata zwiedziłem i zostawiłem trochę potu na zagranicznych stadionach. Władze sportowe występowały o paszport, ale i tak trzeba było się często spowiadać, co się robiło, z kim się spotykało. Szczególnie gdy wyjazd był na Zachód. Jednak nie mieliśmy za dużo czasu, żeby iść z kimś do kawiarni, tylko hotel – stadion – hotel. Interesował nas tylko sport, żadna polityka. Miło wspominam te wyjazdy.

M.P.: Pana największe marzenie.
T.M.: Marzę, żeby reaktywować Stadion Leśny i jeszcze tam trochę pobiegać. Do tej pory uprawiam aktywnie sport. W Olsztynie w maju miały miejsce „Biegi kopernikowskie” i brałem w nich udział – potrafiłem jeszcze przebiec ok. 3 km. Oczywiście nie było to tempo, co kiedyś, ale wysiłek o wiele większy niż przedtem. Wcześniej taki odcinek pokonywałem z uśmiechem na twarzy. Teraz, niestety, było ciężko. Szczególnie te nogi podnosić i brzuch z sobą wozić (śmiech). Najgorszą tragedią byłoby dla mnie, jakby ktoś zakazał mi pracować i działać społecznie.

Tadeusz Milewski, rocznik 1938. Karierę sportową zaczął w 1955 r. w „Budowlanych”, w 1957 r. przeszedł do „Gwardii”. Specjalizował się w biegach średnich, głównie 1500 m, w których był reprezentantem Polski. Na mistrzostwach Polski w Poznaniu był trzeci na 5000 m. Powrót do sportu po wypadku zaczął od pięcioboju. Był dobry zwłaszcza w rzucie dyskiem i oszczepem.
W 2001 r. otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Od 35 lat dyrektor Zarządu Okręgu Warmińsko-Mazurskiego PZN. Inicjator założenia stowarzyszenia „Cross”. Współtwórca i prezes Warmińsko-Mazurskiego Sejmiku Osób Niepełnosprawnych od ponad 15 lat. Propagator odbudowy Stadionu Leśnego w Olsztynie. Organizator wielu imprez dla niepełnosprawnych.

Uwielbiam golonki, jeśli chodzi o kuchnię chińską, węgierską to lubię forszmak – mocno pikantną zupę rybną i różne chińskie zupki z makaronami – są świetne. Ja w ogóle kocham dobrze zjeść, zresztą widać to po moim brzuchu.