skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Wielu odeszło. Zostały wspomnienia...

Anna Woźniak-Szymańska, prezes PZN:
Pana Prezydenta nie znałam osobiście. Ale z całą pewnością był to pierwszy Prezydent RP, który posiadał wizytówkę w brajlu.
Jako szefowa PZN, w 2006 roku, zwróciłam się do Pary Prezydenckiej z prośbą o objęcie patronatem honorowym jubileuszu 55 rocznicy istnienia Związku. Zgodzili się, i tak było wielokrotnie, nigdy nie odmawiali. Rozumieli nasze potrzeby i problemy. Doceniali naszą pracę. Dali temu także wyraz niespełna sześć miesięcy temu, w październiku 2009 roku, po raz pierwszy w historii świętowaliśmy wtedy w Belwederze Międzynarodowy Dzień Osób Niewidomych. Uroczystość odbyła się dokładnie 15 października. Niestety Prezydent nie mógł na nią przybyć, zmorzyła go grypa. Tamtego dnia to Pani Maria Kaczyńska w imieniu Prezydenta wręczała odznaczenia państwowe osobom zasłużonym dla środowiska.
Przygotowania zaczęły się pół roku wcześniej, działania związane z uroczystością koordynował Minister Paweł Wypych i jego pracownicy. Często wówczas bywałam w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu na spotkaniach roboczych, które przebiegały szybko i konkretnie. Minister pomysły akceptował lub odrzucał błyskawicznie. Wiedziałam, że mam do czynienia z silną osobowością, o ponadprzeciętnej inteligencji. Wspólnie przygotowaliśmy program seminarium „Niewidomi w Belwederze”, na którym poruszyliśmy najważniejsze problemy osób z dysfunkcją wzroku – dostęp do zdrowia, edukacji i informacji, pracy i przestrzeni publicznej. Pamiętam również nasze spotkanie w Pałacu Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu w lipcu 2009 r. w sprawie ustalenia tematyki wspólnych debat i konferencji o wyrównywaniu szans osób z różnymi dysfunkcjami. A także spotkanie w Senacie, siedział obok mnie, wnosiliśmy podobne wnioski w sprawie projektu ustawy o dostosowaniach wyborczych dla osób niepełnosprawnych.
Najbliższe są mi wspomnienia współpracy właśnie z Panem Ministrem Pawłem Wypychem. Rozpoczęła się jeszcze kiedy był dyrektorem Wydziału Polityki Społecznej w Urzędzie m.st. Warszawy. Pamiętam naszą współpracę kiedy piastował stanowisko prezesa ZUS, a wreszcie pełnomocnika rządu ds. osób niepełnosprawnych. Dobrze będę wspominała pracę w Krajowej Radzie Konsultacyjnej przy pełnomocniku rządu ds. osób niepełnosprawnych. Prace rady, właśnie dzięki Ministrowi Wypychowi, prowadzone były wartko, liczył się z opinią członków i wdrażał je w propozycje zmian legislacyjnych rządu.
Był osobą świetnie przygotowaną merytorycznie. Konsekwentny w działaniu, twardo bronił swojego zdania, nie wszyscy akceptowali jego styl pracy. Miał zdrowe podejście do dostosowywania otoczenia do potrzeb osób niewidomych. Pamiętam nasze spotkania poświęcone dostępności stron internetowych dla naszego środowiska, kiedy szefował ZUS-owi. Szybko powołał zespół, rozdzielił zadania, rozpoczęło się wdrażanie zmian na stronach internetowych tej instytucji. Gdy był do czegoś przekonany, po prostu działał.
Kilka dni po objęciu urzędu pełnomocnika był naszym gościem na uroczystym spotkaniu z pracownikami i liderami środowiska z okazji Świąt Bożego Narodzenia, które odbyło się w naszej siedzibie przy Konwiktorskiej. Plany, które przedstawił wzbudziły zaufanie słuchaczy. Deklarował, że zrobi wszystko, aby poprawić jakość życia osób niewidomych. I tak właśnie pracował – małymi krokami, konsekwentnie zmierzał do celu.
Starał się też nas poznać i zrozumieć jak najlepiej. Pan Minister Paweł Wypych odważył się zjeść wraz z nami lunch w zupełnych ciemnościach w projekcie „Dans le noir”, gdzie był obsługiwany przez niewidomych kelnerów. Twierdził, że było to dla niego ogromne przeżycie, które pomogło mu lepiej zrozumieć świat niewidomych.
Na szczęście zdążyliśmy podziękować mu za jego starania w liście gratulacyjnym od kierownictwa Związku.
Pan dr Janusz Kochanowski, Rzecznik Praw Obywatelskich, to również osoba, którą będziemy dobrze wspominać. Reagował na wszystkie nasze prośby i udzielał wsparcia w sprawach trudnych i w naszym imieniu przekazywał je stosownym instytucjom. Bardzo cenna dla środowiska była Jego pozytywna opinia dotycząca historycznego wykreślenia art. 80 Kodeksu Cywilnego - osoby niewidome są Mu za to ogromnie wdzięczne. Współpracowałam również z Panem Rzecznikiem w Zespole ds. Osób Niepełnosprawnych i dzięki Jego poparciu osoby niewidome będą miały szansę głosować przez pełnomocnika, korespondencyjnie oraz przy użyciu odpowiednich nakładek. Czekaliśmy na Jego ostatnią opinię w sprawie nadinterpretacji dokonywanej przez pracowników urzędów skarbowych dotyczącej ulgi rehabilitacyjnej z tytułu korzystania z przewodnika.
Niestety nie napisze już tej opinii.
Kolejną osobą, której bardzo wiele zawdzięczamy jest Pani Poseł Izabela Jaruga-Nowacka, członek Sejmowej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny. Podczas obrad tej komisji, w których uczestniczyłam, Pani Poseł z uwagą słuchała opinii naszego środowiska i zawsze stała po naszej stronie. Szczególnie pamiętam prace komisji przy zmianie zapisów ustawy dotyczących psa asystującego. Dziękujemy Jej serdecznie za kategoryczne i jednoznaczne stanowisko, gdy mówiła, że sprawa ta musi być wreszcie w Polsce załatwiona. Ustawa weszła w życie w 2009 roku.
Akurat z tymi osobami dane mi było spotykać się wielokrotnie.
Dziękuję wszystkim tragicznie zmarłym, którym na sercu leżało dobro Polski i Polaków.
Odeszła elita. Najlepsi z najlepszych.

Małgorzata Pacholec, sekretarz generalna i dyrektor PZN:
Pana Pawła Wypycha poznałam 10 lat temu. Był wtedy dyrektorem Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie, a ja byłam dyrektorem Okręgu Mazowieckiego. Nasze pierwsze spotkanie dotyczyło jakiejś interwencji na prośbę kół warszawskich w sprawie turnusów. Dziś już mgliście je pamiętam. Potem objął stanowisko dyrektora Biura Polityki Społecznej w Urzędzie Miasta i tu spotykaliśmy się częściej przy różnych okazjach. Były to zebrania informacyjne dla organizacji pozarządowych, konferencje, a od 2003 r. ścisła współpraca z Radą Społeczną ds. Osób Niepełnosprawnych, której byłam członkiem. Następnie były kolejne coraz wyższe stanowiska: wiceprezydenta miasta, pełnomocnika rządu ds. osób niepełnosprawnych, a w końcu ministra w Kancelarii Prezydenta RP. Gdy się teraz zastanawiam, jak opisać te kontakty, to uświadamiam sobie, że charakteryzował je stopniowy wzrost wzajemnego szacunku, zrozumienia, zaufania aż do serdeczności. Mimo tego, że był osobą ogromnie zajętą nigdy nie miałam trudności, by skontaktować się z nim i umówić spotkanie. Nigdy też nie dał mi odczuć, że się spieszy. Bardzo lubił po omówieniu spraw zawodowych po prostu pogadać. A rozmowa z nim była niezwykle miłym przeżyciem, jak z kimś bliskim, bardzo życzliwym, choć nie zawsze zgadzaliśmy się w poglądach na niektóre sprawy. Imponował mi błyskotliwą inteligencją, decyzyjnością i kompetencją. Doceniałam jego poczucie humoru i gentlemeńskie maniery. Nigdy nie odczułam, żeby traktował mnie protekcjonalnie ze względu na moją niepełnosprawność. Interesowało go zagadnienie niewidzenia i wszystko, co się z tym wiąże w codziennym życiu. Dlatego z wielką radością dał się zaprosić na eksperyment zjedzenia obiadu w całkowitej ciemności. Był wówczas pełnomocnikiem ds. osób niepełnosprawnych. Na umówione spotkanie w hotelu Novotel zjawił się sporo wcześniej, nieco podniecony. To właśnie tamtejsza restauracja podjęła się wysiłku zorganizowania tego niecodziennego przedsięwzięcia dla chętnych posmakowania nowych wrażeń. Było nas około 20 osób, które jeszcze w widnym pomieszczeniu podzielono na małe grupy. Do restauracji tonącej w całkowitych ciemnościach wprowadzali nas niewidomi kelnerzy. Byliśmy ustawieni w pociąg i śmieszyło to wszystkich, bo wzbudzaliśmy sensację ludzi postronnych znajdujących się w tym czasie w hotelowym holu. Mnie przypadł zaszczyt towarzyszenia Panu Pawłowi przy czteroosobowym stole i pamiętam, jak gwałtownie zmienił się nastrój wszystkich widzących osób po wejściu do ciemnej sali. Poczułam, jak Pan Paweł traci pewność siebie i jest tym nieco zaskoczony, a nawet przestraszony. Bawiło to mnie i popisywałam się łatwością wykonywania prostych czynności, takich jak rozlanie napojów do szklanek, znalezienie koszyczka z pieczywem, czy podniesienie z podłogi widelca. W miarę upływu czasu wszyscy oswajali się z sytuacją, a ciemność wyzwoliła w nas potrzebę konwersacji. To wtedy bliżej poznałam współbiesiadników, w tym Pana Pawła. Po skończonym posiłku żartował, że oddaje się w moje ręce z pełnym zaufaniem. Tamto zdarzenie bardzo zbliżyło nas i kilkakrotnie przy różnych okazjach Pan Paweł wspominał je z uśmiechem.
Teraz gdy wiem, że już nigdy się nie spotkamy, uświadamiam sobie, jak ważną dla mnie była ta znajomość i jak wielki wpływ na mnie wywarła.
Dziękuję Opatrzności za skrzyżowanie naszych dróg.

Teresa Dederko, dyrektor Biblioteki Centralnej PZN:
Ksiądz Roman Indrzejczyk przez wiele lat był proboszczem mojej parafii na warszawskim Żoliborzu. Cechowała go wyjątkowa łatwość w nawiązywaniu kontaktów i prowadzenia rozmów z każdym, bez względu na wyznanie.
We wszystkie poniedziałki, po wieczornej mszy świętej, organizował spotkania, prelekcje na najróżniejsze tematy, nie tylko religijne. Oczywiście, jako kapłan pełnił przede wszystkim posługę duszpasterską, ale szczególną uwagę zwracała jego działalność społeczna. Już w latach 80. w Domu Parafialnym organizował dla młodzieży naukę gry na gitarze oraz lekcje języka angielskiego. Udział w tych zajęciach był bezpłatny, a więc każdy mógł w nich uczestniczyć.
Razem z Jackiem Kuroniem dbał o potrzeby najbiedniejszych. Bar „Żywiciel” obok kościoła wydawał obiady tzw. „kuroniówki” osobom skierowanym przez księdza, który również pokrywał koszty posiłków. Korzystali z tej pomocy ludzie starsi i rodziny wielodzietne.
Z księdzem Indrzejczykiem kojarzy mi się następujące wspomnienie: chory mąż mojej znajomej zażądał w środku nocy przyjścia księdza. Znajoma zadzwoniła do proboszcza, którego osobiście nie znała, i chociaż było po północy, przedstawiła prośbę męża. Obudzony ksiądz powiedział: „No, żeby tak bardzo chciało mi się iść, to nie powiem, ale jak trzeba, to oczywiście, zaraz przyjdę”. Poszedł sam do obcego domu, nie wiedząc, co go tam może spotkać, ale pewnie wierząc, że skoro wzywa go człowiek, to i Bóg, bo to był boży i ludzki człowiek.

Elżbieta Oleksiak, kierownik Centrum Rehabilitacji w biurze ZG PZN:
Środowisko niewidomych od kilkunastu lat bezskutecznie zabiegało o możliwość swobodnego wchodzenia osób niewidomych z psami przewodnikami do obiektów użyteczności publicznej. W 2007 roku sprawa na nowo ożyła, stała się bardziej realna. Jako przedstawicielka Polskiego Związku Niewidomych wielokrotnie uczestniczyłam w pracach dotyczących poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, w której proponowano wprowadzenie Art. 20a mówiącego o możliwości wchodzenia osób niepełnosprawnych z psem asystującym do obiektów użyteczności publicznej. Temat był realizowany na posiedzeniach Komisji Polityki Społecznej i Rodziny i jej Podkomisji Stałej do Spraw Osób Niepełnosprawnych. Przedstawicielką posłów wnoszących projekt ustawy do Sejmu i reprezentantem wnioskodawców w pracach nad projektem ustawy była posłanka Izabela Jaruga-Nowacka. Brałam udział w kilkunastu spotkaniach tej komisji. Pani Poseł była bardzo zdecydowana, bardzo mocno broniła wszystkich zapisów, które zostały zaproponowane przez organizacje osób niepełnosprawnych. Była konkretna, na jedno z posiedzeń zaprosiła kilka osób niepełnosprawnych i pamiętam, że była już znużona tym, że ciągle nie widać końca prac. Padły wtedy z jej ust ostre słowa, bardzo chciała, aby osoby niepełnosprawne, które znajdowały się na sali wyszły z przekonaniem, że ustawa niebawem ujrzy światło dzienne. Można było odczuć, że z osobami niepełnosprawnymi obecnymi na sali miała bardzo ciepłe, częste kontakty. I oto mamy ustawę z dnia 21 listopada 2008 r. o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych, ustawy o podatkach i opłatach lokalnych oraz ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywieniu z art. 20a, dzięki której osoba niepełnosprawna wraz z psem asystującym ma prawo wstępu do obiektów użyteczności publicznej. I jesteśmy za tę ustawę wdzięczni.
Zapadło mi też w pamięci inne spotkanie, z inną osobą – ofiarą katastrofy pod Smoleńskiem. Około 10 lat temu, wraz z ówczesnym przewodniczącym Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym panem Józefem Mendruniem, jako sekretarz Towarzystwa, uczestniczyłam w spotkaniu z Panem Prezydentem Lechem Kaczyńskim - wówczas Prezydentem Warszawy i Panią dyrektor biura Elżbietą Jakubiak. Sprawa dotyczyła interwencji w związku z organizacją wystawy prac artystów głuchoniewidomych. Potrzebowaliśmy wsparcia finansowego i zależało nam na tym, aby wystawa odbyła się w renomowanym miejscu w Warszawie, np. w Łazienkach. Wizyta przyniosła pożądane przez nas efekty, wystawa odbyła się, Pan Prezydent zadziałał skutecznie. Ale na mnie zrobiło wrażenie co innego. Ówczesny przewodniczący TPG, jak pewnie wielu czytelników „Pochodni” wie, to osoba całkowicie niewidoma z problemami słuchu. Pan Prezydent o tym został poinformowany. Miałam wrażenie, że był bardzo speszony w czasie spotkania. Siedział na fotelu ze spuszczoną głową, nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, niecierpliwie przebierał palcami u rąk. Mówił tak cicho, że mnie, osobie nie mającej problemów ze słuchem, trudno było zrozumieć, co mówi. Po wyjściu z gabinetu pan Mendruń powiedział: - Przykro mi, ale ja prawie nic nie słyszałem, powtórz mi, co Pan Prezydent mówił. Ja w czasie tej wizyty byłam trochę zła, myślałam sobie: taki inteligentny człowiek, a nie jest w stanie zrozumieć, że do osoby z problemami słuchu trzeba głośniej mówić. Ale teraz myślę sobie, że to nie była zła wola, była to nieporadność. Myślę, że Pan Prezydent być może po raz pierwszy w życiu miał bezpośredni kontakt z osobą z tak złożoną niepełnosprawnością, osobą, która przychodzi załatwiać sprawy nie swoje, ale organizacji, jaką reprezentuje. Dowiedział się wówczas, że takich osób jest w Polsce około dwa i pół tysiąca. Być może czuł się przygnieciony, emocjonalnie było to dla niego ciężkie przeżycie, czuł się niepewny, zażenowany. Jeszcze bardziej w tej chwili są dla mnie zrozumiałe słowa o dużej wrażliwości Pana Prezydenta, a może nadwrażliwości na różne ludzkie problemy i wyjątkowe sytuacje. A także to, że kontakty w określonych okolicznościach z osobami niepełnosprawnymi mogą być trudne.

Krzysztof Wiśniewski, pracownik Centrum Rehabilitacji biura ZG PZN:
W te szczególne dni łączymy się w bólu z najbliższymi osób, które zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem. Jesteśmy świadomi, że zginęli ci, którzy wywierali wpływ na rozwój naszej ojczyzny.
Żal jest tym większy, że zdajemy sobie sprawę, iż niektórych z tragicznie zmarłych znaliśmy osobiście lub pracowaliśmy w instytucjach, którymi kierowali.
Swoje myśli kieruję ku Rzecznikowi Praw Obywatelskich Panu Januszowi Kochanowskiemu.
Ukończywszy III rok studiów prawniczych, aplikowałem na praktyki w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Decyzja była pozytywna i w październiku 2008 roku zostałem przyjęty na praktyki w Biurze Rzecznika.
Zgodnie z regulaminem praktyk trwały one miesiąc, jednak Pan Janusz Kochanowski był zainteresowany dalszą współpracą ze mną. Otrzymałem indywidualne zadanie i podpisałem swoją pierwszą umowę. Moim zadaniem było przygotowanie raportu o dostępności stron instytucji publicznych z uwagi na potrzeby osób niewidomych. Na bazie tego dokumentu rzecznik praw obywatelskich planował zorganizować konferencję, która dotyczyłaby poruszonego w nim zagadnienia. Jeszcze przed miesiącem dokonałem ostatniej aktualizacji raportu. Została ona przyjęta, jednak konferencji już niestety nie będzie, bo nie ma już wśród nas Janusza Kochanowskiego – Rzecznika Praw Obywatelskich, a dla mnie także rzecznika praw osób niewidomych. Cześć jego pamięci.

Mecenas Władysław Gołąb, prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach:
Komunikat Polskiego Radia, jaki usłyszałem w sobotę 10 kwietnia był dla mnie porażający – samolot z Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej na pokładzie rozbił się w czasie lądowania pod Smoleńskiem. Ze zgrozą wysłuchałem listy ofiar. Znalazłem wśród nich kilkanaście osób, które osobiście znałem. Dwu z nich chciałbym poświęcić kilka słów wspomnień.
Minister Janusz Krupski – kierownik Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, jak powiedział Jego przyjaciel Bogdan Borusewicz „człowiek kryształowo uczciwy, z piękną kartą opozycyjną”, należy do grona tych, którzy w dniu 10 kwietnia 2010 r. polecieli do Smoleńska. Polecieli, by oddać hołd pomordowanym przed 70-ciu laty oficerom polskim, a w konsekwencji złożyli ofiarę z własnego życia.
Janusz Krupski urodził się 9 maja 1951 r. w Lublinie. Żona Joanna Puzyna-Krupska zapytana, co imponowało jej w Januszu, odpowiedziała bez wahania: „Odwaga. Bezkompromisowość. Szczerość. Ujął mnie tym od razu”.
Był studentem KUL-u, patriotą, a w latach PRL-u, opozycjonistą. W 1976 r. wstąpił do Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. W 1980 r. wszedł do władz Zarządu regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku. W 1982 r. przez kilka miesięcy był internowany, a 21 stycznia 1983 r. został uprowadzony wprost z ulicy w Warszawie, wywieziony do Puszczy Kampinowskiej koło wsi Truskaw i dotkliwie poparzony żrącym płynem. Akcję tę przeprowadził kpt. Grzegorz Piotrowski, ten sam, który później dokonał porwania ks. Jerzego Popiełuszki. Po odzyskaniu niepodległości Janusz Krupski brał udział w pracach sejmowych do zbadania skutków stanu wojennego. Od 19 maja 2006 r. pełnił funkcję kierownika Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. I na tym stanowisku poznałem bliżej śp. Janusza Krupskiego. Był człowiekiem skromnym i otwartym na dialog. Ujął mnie tym, że potrafił słuchać. Z Zakładem dla Niewidomych w Laskach był związany w szczególny sposób. Tu bliżej zaprzyjaźnił się ze swoją żoną Joanną Puzynianką, córką dr inż. Czesława Puzyny – wybitnego specjalisty z zakresu akustyki, a zarazem wielkiego społecznika, służącego pomocą niewidomym. W 1983 r. Joanna i Janusz wzięli ślub w Laskach z udziałem czterech księży, z głównym celebrantem ks. Andrzejem Szostkiem, późniejszym rektorem KUL-u. Państwo Krupscy mają siedmioro dzieci, najmłodsza córka ma dopiero 11 lat.
Minister Janusz Krupski po raz ostatni był w Laskach w dniu 3 września 2007 r., kiedy to w imieniu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej odznaczał Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski Michała Żółtowskiego, zasłużonego działacza Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi. Później spotkałem się z Ministrem Krupskim jeszcze kilka razy, a ostatnio 14 grudnia 2009 r. podczas opłatka z kombatantami w Sali Kolumnowej w Sejmie.
Dziś pozostaje jedynie smutek, że już więcej nie uściśniemy sobie rąk, już nie usłyszę Jego ciepłego i serdecznego głosu, że już nie powiemy sobie „do zobaczenia”. Z tego miejsca pragnę wyrazić słowa współczucia Pani Joannie i zapewnić o modlitwie, aby dobry Bóg dał Jej siły do zniesienia tego wielkiego krzyża, a śp. Januszowi, aby znalazł w ramionach Dobrego Ojca, któremu ufał przez całe życie, radość wieczną.
Generał brygady Kazimierz Gilarski dowódca Garnizonu Warszawa – to kolejna ofiara tragedii, którą znałem i można powiedzieć byłem z nią zaprzyjaźniony. Jak na wojskowego i to w stopniu generalskim, odznaczał się szczególną empatią. Nawiązywał bardzo łatwo kontakt, był wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka.
Kazimierz Gilarski urodził się 7 maja 1955 r. w Rudołowicach w województwie podkarpackim.
Służbę wojskową rozpoczął w roku 1978 w komendzie Garnizonu Warszawa. W 1998 r. ukończył studia magisterskie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie i chyba te studia pogłębiły w nim inne spojrzenie na człowieka. Jesienią 2005 r. objął stanowisko dowódcy garnizonu i został awansowany do stopnia generała brygady.
Gen. Gilarski był inicjatorem przywrócenia rogatywek kompanii reprezentacyjnej i przedwojennej symboliki na sztandarach. Jego zasługą jest też przywrócenie na Grobie Nieznanego Żołnierza tablic pamiątkowych z walk wojny 1920 r. W 2000 r. otwierał cmentarz w Katyniu. Był odpowiedzialny za uroczystości na cmentarzach polskich: pod Monte Cassino, w Bolonii, Anconie, w Normandii i pod Lenino. Kazimierz Gilarski był żonaty, miał córkę i syna. Kochał swoje rodzinne strony. Jak pisze Wojciech Czuchnowski: „Gdy w 2009 r. w Róźwienicy – woj. podkarpackie – nadano miejscowemu gimnazjum imię Orląt Lwowskich, na uroczystość przyjechali z Warszawy żołnierze Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. Przywiózł ich generał Gilarski (...)”. - Chciał, żeby dzieci zobaczyły to, co najlepsze w Polskim Wojsku – wspomina sołtys Rudołowic Józef Kud. - Generał nieraz pomagał rodzinnej miejscowości. W ostatnich latach przekazał miejscowej straży pożarnej samochód. Zafundował dzieciom wycieczkę do Warszawy”.
Moje kontakty z generałem Gilarskim sięgają jeszcze lat dziewięćdziesiątych. Zawsze traktował nas, ociemniałych żołnierzy z ogromną estymą. Przed czterema laty, już jako dowódca Garnizonu Warszawa, przyjął nas na uroczystym obiedzie. Interesował się życiem ociemniałych żołnierzy i oferował pomoc. Ostatnio spotkałem go na uroczystościach w Kampinoskim Parku Narodowym. Zapraszał mnie do odwiedzenia go. Umówiliśmy się na pierwszą połowę maja. Niestety, dziś jest to już niemożliwe.
Gen. Kazimierz Gilarski był wielokrotnie odznaczany, w tym: Złotym Krzyżem Zasługi, Kawalerskim i Oficerskim Krzyżem Orderu Odrodzenia Polski i odznaczeniami resortowymi. Dziś Jego żonie i dzieciom składam słowa współczucia, a o Generale pamiętam w modlitwie...

Grzegorz Kozłowski, przewodniczący Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym:
Po katastrofie pod Smoleńskiem łączymy się w smutku ze społeczeństwem, którego częścią jesteśmy. W sposób szczególny łączymy się z tymi, którzy stracili swoich bliskich, swoich przyjaciół. Niech wszyscy spoczywają w pokoju, a ich bliscy doznają ukojenia w bólu.
W wyniku śmierci Pary Prezydenckiej oraz Pana Ministra Pawła Wypycha, byłego pełnomocnika rządu ds. osób niepełnosprawnych, polscy głuchoniewidomi utracili osoby szczerze i autentycznie nam życzliwe, interesujące się naszymi problemami i sukcesami, starające się nam pomóc w dostępny dla siebie sposób. To w wyniku decyzji Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego Towarzystwu Pomocy Głuchoniewidomym przyznana została Międzynarodowa Nagroda Niepełnosprawności im. F. D. Roosevelta.
Małżonka Prezydenta, Pani Maria Kaczyńska objęła patronatem honorowym wystawę rzeźb wykonanych podczas plenerów rzeźbiarskich osób głuchoniewidomych w Orońsku zorganizowaną we wnętrzach Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie w październiku 2008 r., przyjęła też patronat honorowy nad plenerem organizowanym w roku 2009.
Pan Minister Paweł Wypych na bieżąco interesował się sprawami osób głuchoniewidomych – przedstawiciele TPG uczestniczyli w pracach grup roboczych i konsultacjach, którymi Pan Minister kierował jako pełnomocnik rządu ds. osób niepełnosprawnych, jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, a wcześniej – jako dyrektor Wydziału Polityki Społecznej Miasta Stołecznego Warszawy, który to wydział przez wiele lat przeznaczał regularne dotacje na rozwój usług tłumaczy-przewodników dla głuchoniewidomych.
Dla mnie ta tragedia ma również osobisty wymiar, bowiem dane mi było spotkać się i rozmawiać z każdą z wymienionych powyżej osób... Z Panem Prezydentem Lechem Kaczyńskim miałem zaszczyt odbyć wspólną podróż do Nowego Jorku w związku z przyznaniem Polsce Nagrody im. F. D. Roosevelta za osiągnięcia w dziedzinie przełamywania barier między ludźmi niepełnosprawnymi a pełnosprawnymi. Pan Prezydent uprzejmy był wskazać właśnie nasze stowarzyszenie – Towarzystwo Pomocy Głuchoniewidomym - jako beneficjenta tej nagrody i zaprosił mnie do wspólnej podróży do Nowego Jorku, aby w siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych odebrać nagrodę. Gdy lecieliśmy samolotem, Pan Prezydent odwiedził mnie w kabinie pasażerskiej (spodziewałem się raczej, że to ja będę ewentualnie mógł poprosić o zgodę na udanie się do jego saloniku i krótką rozmowę), co było dla mnie dużym zaskoczeniem i wielkim zaszczytem. To bowiem Pan Prezydent pofatygował się do mnie, przedstawiciela skromnej organizacji pozarządowej. Warunki do rozmowy były bardzo trudne – hałas silników samolotowych, bez przerwy błyskające flesze aparatów fotograficznych – i ta świadomość, że rozmawiam z Prezydentem RP... Ale rozmowa przebiegała w sposób naturalny. Pana Prezydenta fascynował system FM, zainteresował się także alfabetem Lorma, a napięcie i trema błyskawicznie gdzieś odpłynęły...
Miałem też okazję do kilku bezpośrednich kontaktów i rozmów z Małżonką Prezydenta, Panią Marią Kaczyńską, która m.in. zgodziła się objąć patronatem honorowym wystawę rzeźb wykonanych przez osoby głuchoniewidome podczas plenerów rzeźbiarskich w Orońsku. Wystawa odbyła się w Teatrze Wielkim Opery Narodowej w Warszawie w październiku 2008 roku. Pani Prezydentowa Maria Kaczyńska nie mogła uczestniczyć w wernisażu wystawy, przysłała jednak list i obiecała, że wystawę odwiedzi. I słowa dotrzymała – kilka dni później przez blisko godzinę przebywała z nami, oglądała rzeźby, rozmawiała z jednym z twórców – Sławomirem Pawelcem, który ofiarował jej wykonaną przez siebie piękną pracę. Zachwycała się poszczególnymi rzeźbami, wypytywała kustosza plenerów Ryszarda Stryjeckiego oraz nas wszystkich o poszczególnych twórców, ich sytuację i funkcjonowanie.
Małżonkę Prezydenta spotykałem również przy okazji różnych uroczystości, którym patronowała, ponieważ jej serce otwarte było szczególnie na sprawy osób niepełnosprawnych, cierpiących, doświadczających trudności i ograniczeń. Nad nimi pochylała się z ciepłem i troską, ale przede wszystkim z głębokim przejęciem i wielkim szacunkiem. Podczas tych uroczystości zwykle sama podchodziła i chwilę rozmawialiśmy o sprawach głuchoniewidomych – w sposób autentyczny, normalny, bez odrobiny oficjalności.
I Pan Minister Paweł Wypych... z nim miałem najdłuższy kontakt, najwięcej okazji do spotkań i rozmów. Pierwszą sposobność dały konsultacje społeczne prowadzone przez niego, gdy objął stanowisko pełnomocnika rządu ds. osób niepełnosprawnych i wiceministra pracy i polityki społecznej. Zagadnienia społeczne były mu bliskie z racji wykształcenia oraz kilkunastu lat pracy, w tym na stanowisku dyrektora Wydziału Pomocy Społecznej m.st. Warszawy. Objąwszy stanowisko pełnomocnika rządu swoje urzędowanie zaczął od regularnych spotkań z przedstawicielami środowisk ludzi niepełnosprawnych – czynił to, aby lepiej poznać potrzeby różnych grup niepełnosprawnych, aby dyskutować z nimi na temat kształtu polityki państwa w tym zakresie. Przedstawiał swoje wizje, ale bardzo uważnie słuchał też wypowiedzi uczestników debat. Bardzo to doceniałem i doceniam. Mieliśmy też okazję spotykać się z Panem Ministrem Wypychem tylko i wyłącznie w sprawach ludzi głuchoniewidomych – zapoznając go z nurtującymi nas problemami. To, co cechowało podejście Pana Ministra Wypycha to z jednej strony duża otwartość i chęć zrozumienia zagadnienia, które było mu przedstawiane, a z drugiej strony bardzo konkretne i praktyczne podejście do rozwiązywania zgłoszonych problemów. To, co mnie bardzo urzekło to sposób, w jaki prowadził korespondencję. W tym, jak formułował myśli widać było życzliwego, rozumnego i wrażliwego człowieka, a nie tylko sformalizowane stanowisko urzędowe. To zachęcało do szukania z nim kontaktu. Jak mało który wysoki urzędnik państwowy – zajmujący jedno z najwyższych urzędniczych stanowisk kierowniczych w administracji rządowej - miał zwyczaj przesyłać życzenia świąteczne i do organizacji pozarządowych jako całości, jak i również do konkretnych osób, z którymi miał do czynienia.
Ostatni raz miałem okazję rozmawiać z Panem Ministrem na początku grudnia 2009 r. w kuluarach konferencyjnych – była to krótka wymiana zdań, ale uzgodniliśmy, że musimy się niebawem spotkać na dłuższą, pogłębioną rozmowę. Niestety, do tego zamierzonego spotkania już nigdy nie dojdzie.
Tragedia taka jak ta, która wydarzyła się w Smoleńsku, poprzez swój rozmiar, niezwykły kontekst miejsca i momentu historycznego prowokuje wręcz do stawiania pytań o jej znaczenie i sens. Odpowiedzi będzie zapewne wiele i żadna nie usatysfakcjonuje wszystkich. Pozostaje mieć nadzieję, że wielki dramat może stać się zaczynem czegoś dobrego. Czego, trudno dziś powiedzieć. Tak samo jak trudno powiedzieć, czy to dobro miałoby dotyczyć sfery międzynarodowej, państwowej, czy po prostu prywatnej dla każdego z nas. Ale ta myśl sama w sobie może być dla nas choć trochę pocieszeniem.
W chwili obecnej dominuje w nas poczucie wielkiej straty i żalu – za tymi, którzy odcisnęli takie piętno na naszych losach, uczestniczyli w naszych sprawach, wspierali nas w naszych dążeniach, sukcesach i porażkach, a teraz już ich nie ma i więcej już ich tu na ziemi nie spotkamy.

Jolanta Kramarz, prezes fundacji „Vis maior”:
Rzecznik Praw Obywatelskich dr Janusz Kochanowski (1940 –2010)
Jego życie symbolicznie objęło klamrą daty katyńskie. Urodził się bowiem w roku tragedii; tragicznie zginął w dzień jej obchodów. Dwa lata temu 22 kwietnia po raz pierwszy spotkałam śp. Pana Rzecznika Praw Obywatelskich dr Janusza Kochanowskiego. Rozmawialiśmy wtedy podczas zainicjowanej przez fundację „Vis Maior” konferencji, która dotyczyła trudnej sytuacji osób niewidomych, korzystających z pomocy psa przewodnika. Tego dnia Pan Rzecznik wspomniał również o Dniu Otwartym w swoim biurze i poczuliśmy się zaproszeni do współorganizowania tego święta.
Dzień Otwarty zainaugurowano wspólnym zdjęciem z Panem Rzecznikiem, który następnie rozmawiał z przybyłymi. Najbardziej jednak wzruszył mnie, kiedy po kilku godzinach, mimo widocznego zmęczenia nadal dialogował z gośćmi na tematy prawne. W doktorze Januszu Kochanowskim zauważałam człowieka chętnego do słuchania, wymagającego od siebie i bardzo pracowitego.
Każdego roku 17 października odbywała się, organizowana przez Jego biuro, Konwencja Ruchu Przeciw Bezradności Społecznej. Byliśmy na nią zapraszani przez Panią Ewę Wrońską z Biura RPO. Wtedy Pan Rzecznik zawsze pytał o prawne problemy ludzi niewidomych. Nie szukał na spotkanie oficjalnego miejsca. Odzywał się po prostu, kiedy mnie zobaczył.
Zapewne wiecie Państwo, że wspierana przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, wytoczyłam proces za niewpuszczanie z psem przewodnikiem na teren hipermarketu. Po zakończeniu sprawy i zwycięskiej ugodzie Pan Rzecznik wysłał do naszego biura gratulacje i zadeklarował współpracę w kwestii rozwiązywania problemów prawnych osób niewidomych. Interesował się tymi sprawami, Jego biuro podjęło się stworzenia strategii na rzecz poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych. Teraz będzie to traktowane jak realizacja testamentu życia dra Janusza Kochanowskiego.
Druga osoba, którą chcę wspomnieć, to prezes Stowarzyszenia Parafiada Ojciec Józef Joniec (1959-2010). Śp. Ojciec Józef Joniec angażował się nie tylko w sprawy religijne, ale także w społeczne. Pośród licznych swoich funkcji był wiceprezesem Federacji Mazowia, do której zarządu również należę. Federacja Organizacji Służebnych Mazowia zrzesza organizacje działające w sferze społecznej, które mają swoją siedzibę na terenie województwa mazowieckiego. Oczywiście angażując się w federacyjną działalność Józef Joniec nie pobierał wynagrodzenia. Kiedy po katastrofie prezydenckiego samolotu wróciłam w poniedziałek do pracy ze świadomością śmierci Ojca Józefa Jońca, zobaczyłam, że ostatnia wiadomość z poprzedniego tygodnia na mojej fundacyjnej skrzynce była właśnie od niego; a kolejnej nie będzie. W każdym miesiącu spotykaliśmy się z zarządem, a poza spotkaniami porozumiewaliśmy się e-mailowo. Ojciec szybko odpisywał, choć był bardzo zajęty. Przepraszał za nieobecności na spotkaniach zarządu. Z okazji ostatnich Świąt Wielkiej Nocy dwukrotnie złożył nam życzenia z prośbą o przekazanie ich osobom zgromadzonym wokół fundacji.
Na spotkaniu Urzędu Marszałkowskiego i Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych z projektodawcami tego województwa, wspólnie witaliśmy zebranych gości w imieniu organizatora Federacji Mazowia. Wystąpienie Józefa Jońca kierunkowało rozmowę na dialog i szukanie rozwiązań. Podobnie otwarta była modlitwa podczas federacyjnego „opłatka”. Wszyscy czuli, że Ojciec, wierzący człowiek (do którego zwracaliśmy się po imieniu) ma szacunek wobec ludzi o innych poglądach. Wspólnie przyjmowaliśmy do federacji organizacje, nastawione na działania społeczne, ale o różnym podejściu światopoglądowym. Tutaj zrzeszona jest także Parafiada, do niedawna prowadzona przez Ojca Józefa Jońca.
A dlaczego znalazł się na pokładzie rządowego Tupolewa? Ponieważ zainicjował akcję sadzenia Dębów Pamięci ofiar Katynia. My o Nim również zachowajmy pamięć.