Wyszukiwarka
Felieton
Szanujmy tradycję Jerzy Matusiak
Dysfunkcja wzroku mniej lub bardziej, w zależności od indywidualnych predyspozycji, utrudnia kontakt ze światem. Utrudnia, ale oczywiście nie przekreśla go w stu procentach. Pozbawieni bodźców wzrokowych lub korzystający z nich w niewielkim zakresie, zdecydowanie większą uwagę przywiązujemy do tego, co słyszymy, do komunikatów głosowych, do rozmów. Słuchamy więc, mówimy i niemal codziennie natrafiamy w tym świecie dźwięków na błędy językowe, na ogromnie dużo błędów. Niektóre pojawiają się tak często, że nawet nie zauważamy niewłaściwości ich użycia. Co to dla nas oznacza? Otóż to, że nie dosyć, iż nie widzimy, to i mówić ładnie, poprawnie też nie potrafimy. A przecież świat dźwięków to nasz świat, warto więc o niego zadbać, nawet jeśli dokoła błędy wciąż będą miały się dobrze. Aby ułatwić poruszanie się „po drodze” poprawnej polszczyzny, rozpoczynamy w „Pochodni” druk cyklu artykułów wytykających najpopularniejsze błędy. Niech wszem i wobec będzie wiadomo, że, parafrazując Mikołaja Reja, „Polacy swój język mają i o niego dbają”.
Choć brzmi to jak pogróżka, żyjemy w naprawdę ciekawych czasach. Przytłacza nas wielość i zmienność rzeczywistości. Codzienny pośpiech sprawia, że coraz mniej przejmujemy się zasadami, że nie zwracamy uwagi na to, jak się komunikujemy, ważne jest, by szybko przekazać informację - jej forma staje się mniej istotna. Zapominamy, że wyrazów i ich znaczeń nie można łączyć zupełnie dowolnie. Zdanie: „Zajadłe samochody cykały w oddechu muskularnej róży” jest poprawne gramatycznie, nie ma jednak żadnego sensu (jeśli nie liczyć skojarzeń z poezją awangardową). Przykład wymyślony i sztuczny, ale czy praktyka językowa wielu Polaków jest od takich absurdów bardzo daleka?
Oto przykłady zasłyszane ostatnio w telewizji z ust polityków i dziennikarzy: „Nie należy dolewać benzyny do ognia” (widać oliwa już nie wystarcza, benzyna daje większy efekt pirotechniczny), „Złapał osła ofiarnego” (osioł od kozła większy jest i przysłowiowo głupszy), „Przewodniczący uśmiechnął się pod nosem” (rzeczywiście owa postać wąsów nie ma, choć anatomia podpowiada, że usta mamy na ogół pod nosem).
Powstawaniu podobnych dziwolągów frazeologicznych sprzyja, właściwe wielu ludziom mediów, dążenie do oryginalności za wszelką cenę. Niestety, rzadko udaje się stworzyć w ten sposób sensowne połączenia słów. O co np. chodzi w tytule „Co trzeszczy w piłkarskiej trawie?” (dość dowolna parafraza powiedzonka coś w trawie piszczy). Inny tytuł brzmi: „Pazur mistrza” (uwaga! - z treści artykułu wcale nie wynika, że nasz mistrz kogoś podrapał, ale że pokazał lwi pazur). Cytowane metaforyczne konstrukcje są, można rzec, i straszne, i śmieszne, ilustrują ponadto zjawisko niedopasowania do siebie składników tzw. związku frazeologicznego. Problem w tym, że wielu takich związków musimy nauczyć się na pamięć w oryginalnej formie. Dotyczy to szczególnie stałej frazeologii, w tym przysłów, powiedzonek, potocznych przenośni. Nauka wymaga nieraz sporego wysiłku - ileż to cierpliwości kosztuje opanowanie np. idiomów angielskich (od obcokrajowca, miejscowi wyssali je bowiem z mlekiem matki).
Zasada „nienaruszalności” zwrotów idiomatycznych wynika nie tylko z reguł logicznego łączenia wyrazów, lecz wiąże się także z poszanowaniem naszej językowej tradycji. W powszechnym użyciu są zwroty nawiązujące do mitologii starożytnej i literatury klasycznej. Wiemy, na ogół, co znaczą wyrażenia: pięta Achillesa, prace Syzyfa, nić Ariadny, przekroczyć Rubikon, ręka rękę myje. Niestety, czasem cytujemy niedokładnie, np.: „Polskie rolnictwo jest między Scyllą i Hybrydą” (!). Potwory morskie z „Odysei” nazywały się Scylla i Charybda, o inżynierii genetycznej wtedy jeszcze nie myślano.
Obfitym źródłem polskiej frazeologii jest Biblia. Przypomnijmy zwroty: zakazany owoc, trąby jerychońskie, manna z nieba, wieża Babel, sól ziemi, umywać ręce... i wiele, wiele innych. Tu dygresja o niefortunnym neologizmie „droga cierniowa”. Błąd polega na niepoprawnym zsumowaniu (fachowo: kontaminacji) dwu zwrotów: korona cierniowa i droga krzyżowa.
Na polszczyznę oddziałały także wybitne dzieła literatury nowożytnej. Z Cervantesa zaczerpnęliśmy walkę z wiatrakami, w spadku po Szekspirze pozostały cytaty w rodzaju: reszta jest milczeniem, źle się dzieje w państwie duńskim, królestwo za konia, wszystko dobre, co się dobrze kończy... i inne.
Z rodzimej tradycji literackiej także odziedziczyliśmy sporo. Z Fredry zaczerpnęliśmy np. wolnoć Tomku w swoim domku, osiołkowi w żłoby dano, i tu pachnie i tu nęci. Z Mickiewicza mamy: pan każe - sługa musi, Matka Polka, mierz siły na zamiary, gwałt niech się gwałtem odciska. Ze Słowackiego: milcz serce, nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Z Norwida: ideał - sięgnął bruku. Z Wyspiańskiego: chłop potęgą jest i basta, a tu pospolitość skrzeczy. To tylko kilka z listy kilkuset przykładów.
Używając stałych związków frazeologicznych, trzeba pamiętać także o niezmienności ich formy gramatycznej. Jakże śmiesznie brzmi pytanie dziennikarza: „Czy świadek wodzi za nosy członków komisji?” Pewnie wodzi, ale tylko za jeden nos, nawet gdy jest nosem „zbiorowym”. Równie nieeleganckie jest opatrywanie stałych frazeologizmów cudzysłowem (na marginesie: „w cudzysłowie”, a nie „w cudzysłowiu”, jak dziś powszechnie słyszymy) lub zwrotami „tak zwany”, „przysłowiowy”, jak w tym przykładzie: „Było to przysłowiowe chowanie głowy w piasek” (wiemy przecież, że nikt naprawdę głowy w piasek nie kładł, boć to tylko metafora).
Żeby więc słowa nie pasowały do siebie jak wół do karety, albo kwiatek do kożucha, pamiętajmy, że często żyją one w stałych, tradycyjnych związkach, być może nieco dziś anachronicznych, wobec obyczaju pozostawania w związku luźnym (frazeologicznie - na kocią łapę) i nie należy ich kojarzyć na zasadzie randki w ciemno, żeby biednej polszczyzny na szwank nie narazić, a i samemu się nie ośmieszyć.
