skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Rozmaitości

Raport: Apetyt na życie Robert Więckowski

Henryk długo zastanawiał się, czy zgodzić się na rozmowę. Gdy wreszcie uległ namowom, zapowiedział od razu, że nie ma ochoty na intymne zwierzenia. – To moje życie i tylko moje – podkreślał przed spotkaniem. Heleny nie trzeba było długo namawiać. Jedyne, o co poprosiła, to przełożenie rozmowy o kilka godzin, na wieczór. – Jestem u znajomych, jemy obiad, a potem wybieramy się na zakupy. Po 20-tej będę miała więcej czasu – usłyszałem energiczny, jasny głos. Roman zgodził się od razu. – Muszę tylko sprawdzić, która jest godzina – powiedział na wstępie, a gdy dowiedział się, że około wpół do drugiej, stwierdził krótko: – Zaczynajmy, pora jest doskonała. Janusz kilkakrotnie nie odbierał telefonu. Gdy wreszcie podniósł słuchawkę, nie potrzebował wielu słów zachęty. – Dobrze, możemy porozmawiać, niech pan przyjedzie – zaprosił.
Niewidomi i słabowidzący w wieku „50 plus” – ile takich osób jest w Polsce, jak im się żyje? Nie ma jednoznacznych odpowiedzi na te pytania, nie ma dokładnych danych statystycznych, nikt nie prowadził profesjonalnych badań socjologicznych. Wiadomo jedynie, że osoby w wieku „50 plus” stanowią zdecydowaną większość w społeczności niewidomych i słabowidzących. Wskazują na to dane Polskiego Związku Niewidomych i szacunki Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Mało tego, przewaga tej grupy nad osobami młodszymi będzie z roku na rok, w krajach takich jak Polska, wzrastała. Średnia długość wieku wydłuża się, a wytrzymałość ludzkich oczu wcale nie wzrasta. Dzieje się wprost przeciwnie – coraz więcej osób nosi okulary, coraz częściej mówi się o chorobach cywilizacyjnych prowadzących do bardzo poważnych uszkodzeń wzroku.
Wiadomo też, iż niewidomym i słabowidzącym osobom po pięćdziesiątce często nie żyje się zbyt dostatnio. Zdecydowana większość nie ma pracy, wiążą więc koniec z końcem korzystając jedynie z rent lub emerytur, a te są najczęściej po prostu małe. Nierzadko na cały miesiąc musi wystarczyć jedynie kilkaset złotych. – Nawet nie ma co marzyć o tym, by kupić wszystko, co powinno się kupić – mówią z żalem seniorzy. Na radykalną odmianę losu też za bardzo nie liczą. Panuje wśród nich przekonanie, że świat XXI wieku nie interesuje się starszymi i chorymi. Czy więc żyją w smutku i opuszczeniu? Niekoniecznie i nie zawsze. – Wszystko, tak jak w przypadku każdego człowieka widzącego czy niewidomego, zależy od indywidualnych wyborów i predyspozycji. Jeśli ktoś od młodości jest aktywny, to będzie taki zawsze, bez względu na wiek czy niepełnosprawność. Z takich powodów apetyt na życie naprawdę nie mija – mówi z przekonaniem Małgorzata Pacholec, dyrektor Polskiego Związku Niewidomych i jednocześnie prezes stowarzyszenia „Retina AMD Polska”.

Apetyt na człowieka
Pokój Henryka jest niewielki, oblepiony mrokiem, wszystkie znajdujące się w nim żarówki wyraźnie mają wolne. Henryk nie włącza światła. Nie chce. Drzwi są jeszcze otwarte, ale już czuć, że wewnątrz jest bardzo gorąco, po prostu duszno. Od pierwszej chwili nie ma wątpliwości, że każda minuta spędzona tutaj przyklei się do człowieka, uczyni mijający czas nieznośnym, stanie się nieustanną walką o złapanie głębokiego oddechu, o dotlenienie ciała i myśli. Henryk nie otwiera okien, nie chce. Rzadko też wychodzi z tego pokoju, szczególnie gdy w domu są inne osoby. – Po co? – pyta i za chwilę tłumaczy:– Nie chcę, zaraz się z kimś zderzę, coś potrącę lub rozdepczę i usłyszę to litościwe „nic się nie stało”, a przecież wiem, że się stało, stało – mówi szybko. Henryk ma ponad 60 lat. Wzrok stracił dwa lata temu, nagle, w jednej chwili. O szczegółach nie opowiada, tę historię trzyma tylko dla siebie. Zresztą do tej pory z nikim, oprócz lekarzy i najbliższej rodziny, nie rozmawiał o tamtym lipcowym poranku. Wie jedno, tamtego dnia skończyło się jego życie. Stracił ochotę na wszystko, a już najbardziej na spotykanie się z ludźmi. Co miałby im powiedzieć, o czym mieliby rozmawiać i jak w ogóle pokazać się komuś w takim stanie? – pyta, ale odpowiedzi nie zamierza wysłuchać. Macha niecierpliwie ręką, gdy padają pierwsze słowa. Wybrał samotność i tak ma zostać.
- Jak można żyć bez spotykania się z innymi? – Helena z niedowierzaniem kręci głową. Ma 73 lata, nie widzi od 8 roku życia i nigdy nie przyszło jej do głowy, by zamknąć się we własnym mieszkaniu. – Tej zimy to myślałam, że umrę, gdy śnieg padał i padał, a ja musiałam większość dnia spędzać w domu. Już nie chcę tego śniegu, ja chcę do ludzi – śmieje się. Za chwilę poważnieje. Wie oczywiście, że są osoby, które po utracie wzroku alienują się, odcinają od świata. Wie, ale ich nie rozumie, nigdy nie rozumiała i zawsze im współczuła. – To musi być straszne, tak tylko siedzieć i myśleć – zastanawia się. Ją zawsze ciągnęło na zewnątrz, zawsze była aktywna, nieustannie szukała nowych wyzwań i kontaktu z drugim człowiekiem. Wkrótce, w wakacje, zapewne pozna nowe osoby, wybiera się w pełnomorski, trzytygodniowy rejs pod żaglami „Zawiszy Czarnego”. Od lat o tym marzyła, mieszka w Gdyni, brat był marynarzem i to morze wciąż było obecne w jej myślach, planach, w jej życiu. Po wyprawie będą więc nowe kontakty, ale i teraz znajomych ma wielu, nie nudzi się, ma z kim pogadać. Gdy jej miasto zostało zasypane śniegiem i trudno było ruszać gdzieś dalej, skupiła się na internecie. – W sieci zawsze można kogoś znaleźć, wystarczy włączyć komputer i już nie siedzi się w domu samotnie – opowiada. Gdyby nie internet, byłoby w takich dniach bardziej smutno. Helena mieszka sama – męża nigdy nie miała, taką podjęła decyzję i jej nie żałuje. Sąsiedzi zaś to przeważnie osoby starsze i chociaż widzą, są dużo mniej aktywni niż ona. Na ich towarzystwo nie zawsze więc można liczyć. Zupełnie inaczej, niż na internet. Helena jest aktywna „w sieci”, zalogowała się na Klango i choć można tam spotkać przede wszystkim nastolatków, to czuje się świetnie w tej społeczności. Ma też swojego bloga. – Trzeba być otwartym, przyjaznym, to ludzie zawsze będą dokoła, a wtedy żyje się łatwiej – podkreśla.
Korzystanie z internetu, utrzymywanie kontaktów z innymi użytkownikami „sieci” nie jest zresztą sytuacją wyjątkową. – Jest to dla mnie tak naturalne, że wprost nie wyobrażam sobie życia bez komputera z dostępem do cyberprzestrzeni – przyznaje Roman. Lubi te nowoczesne wynalazki techniczne, informatyczne, jest „za pan brat” nie tylko z komputerem, ale i z GPS-em czy udźwiękowionym telefonem komórkowym. Jeszcze dwa lata i Romanowi „stuknie” szósta dziesiątka, nie widzi już 30 lat. Nie widzi nic, nie ma nawet poczucia światła, wzrok stracił w wypadku samochodowym, pamięta wszystko bardzo dokładnie. Nie stracił przytomności. Pamięta pierwsze rozmowy lekarzy, którzy przybyli na miejsce kraksy i pamięta budzącą się w nim świadomość, że już nigdy nie obejrzy świata. – Umiem z tym żyć, ale chyba nigdy nie zaakceptuję do końca tego stanu – przyznaje. Obecnie mieszka sam w bloku w dużym mieście, gdzie pełno anonimowości i braku zainteresowania innym człowiekiem, ale nie czuje się samotny. Ma przyjaciół, znajomych i to nie tylko z „sieci”. Spotyka się z ludźmi także w „realu” i to spotyka często. Z nimi się bawi, wyjeżdża, czasami decyduje się nawet na odrobinę szaleństwa. – Wszystko zawsze bardzo bezpiecznie – podkreśla Roman z całą mocą. To podkreślenie jest bardzo ważne, ogromnie mu na tym zależy. Korzysta bowiem z atrakcji, na jakie niewiele osób z dysfunkcją wzroku się decyduje i które mogą budzić pytania o odpowiedzialność za czyny. Gdy są przy nim bliscy albo tacy, którym może zaufać, Roman strzela z wiatrówki i jeździ samochodem. – Strzelanie odbywa się wyłącznie na mojej działce, wyłącznie w obecności osób widzących i na specjalnie przygotowanej strzelnicy. Za kierownicą siadam zaś tylko na torze samochodowym, nigdy na mieście i zawsze jest obok mnie bardzo doświadczony kierowca – opowiada spokojnie. Są przy nim ludzie i dzięki nim, między innymi w takich chwilach, czuje, że żyje i to jak żyje. – Gdyby ktoś nie wierzył, wszystko mogę udowodnić – zastrzega. Wie, że w środowisku niewidomych i słabowidzących pojawiają się od czasu do czasu informacje o niezwykłych wyczynach osób z dysfunkcją wzroku. – Ale ile jest w nich prawdy? – zastanawia się niekiedy z widzącymi i niewidomymi znajomymi. On nie chce budzić sensacji, zależy mu za to na tym, by osoby spoza środowiska wiedziały o ludziach z niepełnosprawnością wzroku jak najwięcej i by wiedza ta była pewna. – Strasznie dużo jest wątpliwości, stereotypów, ogromne są braki informacji. Gdy uda się je usunąć, będzie łatwiej żyć zarówno nam, niewidomym, jak i widzącym, którzy będą wiedzieli, jak się przy nas zachowywać – wybiega słowami w przyszłość. – Zamknąć się w czterech ścianach swego mieszkania? – powtarza z niedowierzaniem. – To wegetacja, nie życie – odpowiada natychmiast.
Janusz spotkał swych obecnie najbliższych znajomych w kole Polskiego Związku Niewidomych, w swoim mieście. – Proszę nie podawać nazwy miasta, jest zbyt małe, będą pokazywali mnie palcami; mówili, że się chwalę w gazecie. Januszów jest w Polsce wielu, może nie każdy rozpozna – prosi kierując wzrok w moją stronę. Pewnie szuka oczu rozmówcy, pewnie chce w nich znaleźć aprobatę i zrozumienie dla swej prośby, ale oczu już nie dojrzy. Takich szczegółów nie widzi od siedmiu lat. – A może trochę krócej, może dłużej – zastanawia się na głos, z przejęciem, chce być dokładny. Gdy dowiaduje się, że aż taka precyzja nie jest niezbędna, wyraźnie się uspakaja. W każdym razie mniej więcej siedem lat temu zgłosił się do okulisty, bo zaczął znacznie gorzej widzieć. Nie mógł czytać, litery skakały mu przed oczami, nie widział dokładnie, co jest pokazywane w telewizorze, musiał podejść bardzo blisko, by rozpoznać twarz osoby mijanej na ulicy. I działo się tak, mimo że miał na nosie okulary. – Badano mnie i badano i wreszcie usłyszałem, że jestem słabowidzący, że mam AMD. Wtedy ta nazwa nic mi nie mówiła, nawet trudno mi było ją zapamiętać – wspomina. Teraz o zwyrodnieniu plamki żółtej związanym z wiekiem wie dużo, zna też inne osoby, które borykają się z tym samym problemem. Choroba została oswojona, nauczył się z nią żyć, ma tylko nadzieję, że wzrok już mu się nie będzie pogarszał. – Na początku wcale nie było łatwo – przyznaje. AMD „dopadło” go, gdy mieszkał już sam. Dzieci się wyprowadziły do innych, znacznie większych miast, a żona umarła. – Gdy przestałem widzieć szczegóły, gdy straciłem centralne widzenie, zamknąłem się w mieszkaniu. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć sąsiadom, wstydziłem się wyjść na dwór, bo znowu kogoś nie rozpoznam, nie przywitam się. Siedziałem i myślałem, smutno było, jakoś nie tak wyobrażałem sobie swoje życie na emeryturze – opowiada. Zaniedbał się wtedy, zaniedbał swoje mieszkanie, nie miał siły ani powodów, by coś robić. Dziś jego mieszkanie jest czyste, jasne – Janusz lubi dużo słońca, normalne. Znowu w jego domu pojawiają się ludzie. – Na starość tak samo potrzeba drugiego człowieka, jak w dzieciństwie – przyznaje. Cieszy się, że trafił do koła PZN, że poznał ludzi, którzy mają problemy ze wzrokiem. Te rozmowy, spotkania, wyjazdy stały się sensem jego życia, okazały się doskonałą terapią. Znowu potrafi cieszyć się dniem, ma co robić i czuje się potrzebny. Zachodzi do siedziby koła zawsze, gdy jest ono otwarte, wpada na kawę, herbatę, na rozmowę. – Trzeba mieć się do kogo odezwać, wtedy wszystko idzie lepiej – wyrokuje. Komputer, internet? Nie, nie zna, już się nie nauczy, bo jak w takim wieku opanować takie rzeczy. Janusz nie wierzy, że by mu się udało, nie podejmie próby, ale to go nie martwi. – W kole na komputerze zna się tylko jedna osoba, młody chłopak i to on odpowiada za całą tę elektronikę. Nikt w moim wieku tego nie potrafi, za późno te komputery przyszły do nas – tłumaczy Janusz. – Ile mam lat? A ile pan da? – pyta żartobliwie. – 68 – odpowiada po chwili. Nie patrzy na stół, gdy sięga ręką po kubek z herbatą. Tak jest mu łatwiej, obwodowo widzi całkiem dobrze. Dzięki temu wciąż może chodzić bez białej laski i przyznaje, że taka sytuacja mu odpowiada. Nie wyobraża sobie, jak mógłby wyjść na dwór z takim stygmatem, żeby go wszyscy inni zobaczyli, żeby plotkowali, obmawiali. Wciąż jeszcze wstydzi się tego, co go spotkało, poza kołem w ogóle o tym nie rozmawia. – I tak by nie zrozumieli, pan nie wie, jacy są tu ludzie – tłumaczy. Po chwili namysłu dodaje szczerze, że woli uchodzić za zdrowego, pełnosprawnego. Taka potrzeba nie mija wraz z wiekiem. Zresztą wciąż ogląda telewizję, tak samo jak inni członkowie koła i wie, co się obecnie liczy. – Młodość, zdrowie, bogactwo – recytuje. W mieście Janusza wielu wierzy w to, że jeśli coś pokazują w telewizji, to musi to być prawda. On też wierzy, tym bardziej, że potwierdzają to rozmowy z innymi, w kole, w jego świecie.
- Nasze koła naprawdę mają wiele do zaoferowania osobom w wieku „50 plus” – zapewnia Małgorzata Pacholec. - Przede wszystkim skłaniają do wyjścia z domu, do spotkania się z innymi ludźmi, do oswojenia się z nową sytuacją. To bardzo ważne w procesie rehabilitacji. Ci ludzie zbierają się przecież dobrowolnie, samodzielnie organizują sobie rozrywki, takie, jakie są im potrzebne – dodaje. Wspomina przy tym wydarzenie sprzed kilku lat. Była na wyjeździe z kołem Wołomin. Był tam też 91-letni pan, pełny życia, radości, optymizmu, wyraźnie cieszył się, że jest wśród innych. Aż miło było bawić się razem z nimi. – Człowiek jest stworzeniem stadnym, na to wpadli już starożytni mędrcy i do naszych czasów nic się nie zmieniło – przypomina Maria Bielecka, psycholog z kilkudziesięcioletnim stażem w pracy z osobami ociemniałymi i tracącymi wzrok. – Nie ma wątpliwości, że kontakt z drugim człowiekiem jest potrzebny, a w sytuacji, gdy ktoś traci wzrok, wręcz konieczny. Osoby starsze muszą szczególnie o tym pamiętać, z mojego doświadczenia wynika, że im trudniej jest, niż młodym, pogodzić się z dysfunkcją, trudniej zaakceptować nową sytuację i wyjść do ludzi. Jeśli zrezygnują z takich kontaktów, istnieje bardzo duże niebezpieczeństwo, że popadną w depresję, a ta może nie minąć już nigdy – podkreśla.

Apetyt na pracę
- Jest źle – mówi wprost Małgorzata Pacholec. – Osobom z dysfunkcją wzroku, a na dodatek starszym bardzo trudno znaleźć zatrudnienie. W społeczności osób z różnymi dysfunkcjami to właśnie niewidomi i słabowidzący najrzadziej pracują zawodowo. Nie ma dla nas ofert pracy, nie ma w społeczeństwie powszechnej wiary w to, iż możemy być dobrymi, przydatnymi i wydajnymi pracownikami. To bardzo krzywdzący stereotyp, ale tak właśnie jest – podkreśla dyrektor PZN. Pracy brakuje, a wśród ociemniałych i tracących wzrok w wieku „50 plus” bardzo często brakuje też nadziei na to, że sytuacja się odmieni, że trzeba być aktywnym, konsekwentnym i nie poddawać się. – Osoby, które tracą wzrok w takim wieku, na początku zazwyczaj zupełnie sobie nie wyobrażają, iż można się przebranżowić, zmienić zawód, nauczyć czegoś nowego, co pozwoli znaleźć etat i wciąż zarabiać pieniądze – przyznaje Maria Bielecka. Po pierwszym szoku, po zaadaptowaniu się do niepełnosprawności też bywa nie lepiej, trudno jest wskrzesić wiarę w lepsze jutro. – Z taką sytuacją znacznie gorzej radzą sobie mężczyźni, kobiety są bardziej otwarte, łatwiej je przekonać do aktywności, zaszczepić w nich optymizm – opowiada psycholog.
Janusz nie ma pracy, nawet się o nią nie starał. Gdy pojawiły się kłopoty ze wzrokiem, przeszedł po prostu na wcześniejszą emeryturę. Był już wtedy trochę zmęczony tym codziennym, porannym wstawaniem, prawie godzinną jazdą do zakładu i godzinnym powrotem. Miał dosyć pośpiechu, bo często się spieszył, szczególnie rano, by nie spóźnić się na szóstą, by na czas „podbić kartę”. Już przed chorobą nieraz zastanawiał się, czy nie przejść na wcześniejszą emeryturę, tym bardziej, że pracy wcale nie było za dużo, co jakiś czas były zwolnienia, nikt nie mógł być pewien, jak długo będzie jeszcze miał etat. – Można powiedzieć, że życie zdecydowało za mnie – przyznaje Janusz. Z tym, że nie pracuje, wcale zresztą nie czuje się gorszy od innych osób należących do koła w jego mieście – to jest ta grupa, z którą Janusz najczęściej się porównuje. – Tylko jeden kolega ma pracę i to też jedynie na pół etatu, pracuje jako ochroniarz na parkingu. Przyjęli prawie niewidomego dziadka, bo u nas w miarę bezpiecznie – żartuje. – Prawie niewidomego na ochroniarza? – dopytuję nieco zaskoczony. – No nie tak zupełnie niewidomego – przyznaje Janusz. – Kolega ma drugą grupę, coś tam widzi, ale nie za dobrze – precyzuje. Inni? - Od czasu do czasu ktoś się „załapie na czarno” i to wszystko, żadnych perspektyw. Niektórym rzeczywiście jest ciężko, małe mają te swoje świadczenia, nie na wiele wystarczają, ale cóż, takie jest życie, trzeba sobie jakoś radzić – mówi. Więc sobie radzą, pomagają trochę jedni drugim, od czasu do czasu trafią się paczki, zewnętrzne wsparcie. Ci, którzy mają rodziny coś od nich dostaną i mija dzień za dniem. Mężczyzna zamyśla się na chwilę. Po kilkudziesięciu sekundach dodaje: - U nas nawet widzący bardzo często nie mają pracy, więc czego tu chcieć.
Roman wie, czego chce. Chce żyć maksymalnie normalnie, chce czuć się potrzebnym, chce zarabiać pieniądze i móc kupować to, co jest niezbędne do minimalizowania skutków niewidzenia. Chce też realizować swoje marzenia, więc pracuje, ciężko, systematycznie, nierzadko kilkanaście godzin dziennie. Nie zdecydował się szukać etatu, prosić ewentualnych pracodawców o szansę; przekonywać, że może, że potrafi, że jest przydatny. Zatrudnił sam siebie, założył firmę i działa. Do pracy nie ma zresztą daleko, jego firma mieści się w drugim pokoju, musi więc jedynie wstać i przejść kilka kroków. – To „jedynie” nie jest wcale takim prostym zadaniem – podkreśla. – Trzeba być bardzo systematycznym, konsekwentnym; nie wolno sobie pobłażać, stosować taryfy ulgowej, a takie pokusy się pojawiają, gdy ktoś sam sobie jest panem i władcą. Jeśli się im ulegnie, firma padnie – opowiada. Roman jest więc konsekwentny i wymaga sam od siebie. Wstaje zazwyczaj około czwartej rano, toaleta, śniadanie, trochę czasu dla siebie i już przed szóstą musi być w pracy, komputery muszą być włączone, a on musi zgłębiać pierwsze tego dnia wiadomości. Tylko wtedy jego praca ma sens, tylko wtedy istnieje duże prawdopodobieństwo sukcesu. Pracuje długo, nierzadko do 22. To dużo, nawet jak na osoby pełnosprawne, ale Roman się na to godzi. Podkreśla zresztą, że nie lubi w pracy podziału na pełnosprawnych i niepełnosprawnych, to nie ma sensu. Jeśli ktoś coś robi, powinien wykonywać to jak najlepiej i powinien się w to angażować, brak wzroku czy parę lat „na karku” niczego w tej sytuacji nie zmieniają. Roman pracuje więc dużo, nierzadko z poświęceniem. Tak trzeba, jeśli prowadzi się własną firmę i chce się coś z tego mieć. Są też oczywiście i plusy takiego zatrudnienia. – Gdy mam taką potrzebę, wyłączam po prostu komputery na dwa, trzy dni i robię sobie wolne. Mogę dowolnie rozporządzać swoim urlopem, nikomu nie muszę się tłumaczyć, z nikim nie muszę tego uzgadniać – podkreśla. Nie nadużywa tego prawa, zresztą lubi swoją pracę i lubi, gdy się coś dzieje. Kiedy akurat jest nieco spokojniej, Roman często „majsterkuje”, coś naprawia, poprawia, pomaga sąsiadom. Ma wykształcenie techniczne, jest inżynierem i od zawsze lubił trochę „podłubać”. – Gdy w domu coś się zepsuje, to naprawdę się nie złoszczę. Wiem, że będę mógł to naprawić, że znów wyciągnę narzędzia i będę zastanawiał się, co i jak zrobić. To duża przyjemność – zapewnia. Kiedyś, gdy widział, z narzędziami, z techniką miał stale kontakt. Pracował przy lokomotywach i tę pracę to dopiero lubił. – Jeśli chodzi o sprawy zawodowe to był bez wątpienia mój najlepszy czas – mówi zdecydowanie. Po utracie wzroku musiał się jednak przebranżowić i zrobił to, taka była potrzeba i nie było się nad czym zastanawiać.
Helena też zmieniała zawód i nie widzi w tym nic nadzwyczajnego. Po prostu zawsze chciała pracować i robić to, co może, ale też to, co sprawia jej przyjemność. Kiedy opuszczała szkołę w Laskach umiała robić szczotki. Umiała i wiedziała, że to nie jest profesja, której chciałaby się poświęcić. Nauczyła się więc masażu, skończyła szkołę w Krakowie i... masowała zawodowo przez 43 lata. – Lubiłam to, ale pojawiły się kłopoty z sercem i musiałam znaleźć sobie coś mniej wymagającego fizycznie – opowiada. Tego, żeby przejść na emeryturę nie rozważała nawet przez chwilę, po co miałaby się skazywać na siedzenie w domu, kiedy czuje, że ma jeszcze energię i chce jej się chcieć. – A że zbliżała się siedemdziesiątka? Jakie to miało znaczenie? – pyta i od razu odpowiada: - Żadnego. Zaczęła myśleć o nauczaniu. Helena śpiewa i gra na instrumentach klawiszowych, ale muzyki uczyć nie mogła, nie ma odpowiedniego wykształcenia, jest jedynie absolwentką ogniska muzycznego. Zdecydowała się więc na brajla, pismo punktowe zna od zawsze, od szkoły w Laskach, a do tego dołożyła jeszcze informatykę. Obsługiwać komputer nauczyła się siedem lat temu, już grubo po sześćdziesiątce. – Czułam, że muszę to zrobić i zrobiłam – śmieje się. Komputer z udźwiękowieniem kupiła za własne pieniądze. Na dofinansowanie, w tym wieku, w jakim była, nie miała co liczyć. Kupiła i dziś jest pewna, że było warto. Jest panią nie tylko od pisma dla niewidomych, ale i od informatyki. Czy najstarszą w Polsce? Nie wie, nie zastanawiała się nigdy nad tym. Nie ma to zresztą znaczenia, kontakt z uczniami w szkole, w której pracuje, ma doskonały. – Znowu lubię, to co robię – podkreśla wesoło. I nie zamierza kończyć swej kariery zawodowej, przyzwyczaiła się pracować. – Zaczęłam w poprzedniej epoce, w czasach, kiedy, trzeba to szczerze powiedzieć, z pracą dla niewidomych i słabowidzących było znacznie lepiej. Jeśli ktoś tylko chciał, miał zatrudnienie. Ja chciałam i tak się zaczęło, przyzwyczaiłam się, nasiąkłam niczym ta przysłowiowa skorupka i nic się już nie da z tym zrobić, muszę pracować – tłumaczy. Do szkoły jeździ trzy razy w tygodniu, dyrekcja na tyle ją ceni, że przysyła po nią taksówkę. – To było bardzo przydatne, gdy miasto zostało zasypane śniegiem i chodniki znikły pod grubą warstwą puchu. Niełatwo się było wtedy zorientować, gdzie się jest i w którą stronę powinno się iść – przyznaje. Aby zdążyć do szkoły wstaje o szóstej rano, wstaje tak zresztą i w dni, kiedy nie idzie do pracy. – Szkoda przespać życie, a poza tym mam obowiązki – podkreśla. Helena ma pieska, kundelka i około siódmej zawsze wyprowadza go pierwszy raz na dwór. Potem w ciągu dnia jeszcze dwa, trzy razy. Do tego dochodzą zakupy, sprzątanie, pomoc starszym od siebie sąsiadom. – To też moja praca, tyle że nie zarobkowa – żartuje.
Henryk na żarty nie ma ochoty, o pracy też nie chce rozmawiać. Po co? I tak wiadomo, że nie jest w stanie wrócić do zawodu, a uczyć się czegoś nowego w tym wieku i „po niewidomemu” to niemożliwe. O pracy nie będzie więc rozmowy, szkoda tracić czas.

Apetyt na marzenia
- Śnić, marzyć – powtarza Henryk przeciągle. Nie, o tym też nie będziemy rozmawiali, bo nie ma o czym, nie ma marzeń. Żeby marzyć, trzeba żyć, a dla niego, jak już powiedział, życie się skończyło. Gdyby widział, sytuacja byłaby zupełnie inna, wtedy miałby marzenia, wtedy tematów by nie zabrakło. O tym, żeby odzyskać wzrok nie myśli, nie ma złudzeń, lekarze wyzuli go z nich. Zmiany w oczach są nieodwracalne, nigdy nie zobaczy już świata. Henryk rusza się niespokojnie, ma dosyć spotkania, czas je kończyć. Chce być sam. Nie wyciąga ręki na pożegnanie.
Marzenia Janusza to marzenia dla jego dzieci i wnuków. – Żeby byli szczęśliwi, żeby byli zdrowi, żeby dzieci miały pracę, a wnuki dobrze się uczyły – wylicza. - Coś dla siebie? – powtarza pytanie i zaczyna się poważnie zastanawiać. Nie marzył już tak dawno, bo czym są marzenia – snuciem planów na przyszłość, a on od przyszłości prawie niczego nie oczekuje. Jest mu w miarę dobrze i nie musi uciekać w nierealne lub na wpół realne światy. Zastanawia się więc, patrzy przez okno, za którym widać zachodzące powoli słońce. Zbliża się zmierzch, dzień się kończy, kończy się czas aktywności Janusza. Przed snem już nigdzie nie pójdzie, nikogo nie spotka, najwyżej włączy telewizor, by jeszcze poprzyglądać się światu. Statycznie, ze swego miejsca. – Marzenia dla siebie... – powtarza. – Żeby nie zdarzyło się już nic, co będzie bolało, żeby jak najdłużej było tak, jak jest, bo jest nieźle, całkiem dobrze – odpowiada wreszcie. Uśmiecha się, jest zadowolony, wymyślił, choć jest już zmęczony, udowodnił, że wciąż jeszcze może, potrafi, że mu zależy. Ściska mocno dłoń na pożegnanie, kto wie, pewnie się już nie zobaczymy. – I proszę nie podawać nazwy miasta, chcę mieć spokój – przypomina na sam koniec.
Roman ma marzenie i wcale nie myśli o spokoju, o relaksie. Wprost przeciwnie. Chce poczuć dreszcz emocji, zmierzyć się z samym sobą, z żywiołem i to nie byle jakim – z oceanem. – Samotny rejs przez Atlantyk, oto moje marzenie – odpowiada. – Zupełnie samotny? – dopytuję. – Zupełnie – podkreśla żywo – Osoby widzące pojawią się na pokładzie jedynie w trakcie wychodzenia z portu i podczas zawijania do portu po drugiej stronie wielkiej wody. Chodzi o bezpieczeństwo i to nie tylko moje, ale wszystkich innych znajdujących się w porcie. Tam jest bardzo mało miejsca, trzeba dużo manewrować na niewielkich przestrzeniach i o wypadek nie trudno. W trakcie rejsu, na otwartej przestrzeni, będzie już całkowicie sam, zdany tylko na swoje umiejętności i szczęście. Roman jest pewien, że mu się uda, a potem... Potem wymyśli nowe marzenie. Lubi marzyć, lubi wytyczać sobie nowe cele.
- Jedno z marzeń spełni mi się w te wakacje – cieszy się Helena. – Płynę na rejs pod żaglami – przypomina. Na tym oczywiście worek z marzeniami się nie wyczerpuje, jest w czym wybierać. Gdy ma się w sobie dużo słońca, to w jego promieniach plany na przyszłość rosną i rosną. Po siedemdziesiątce nic się w tym zakresie nie zmienia. – I chciałabym polecieć na księżyc, kto wie, może się to kiedyś spełni – kontynuuje pół żartem, pół serio, zapewniając , że naprawdę by chciała. Marzenia przychodzą do niej łatwo, tak samo, jak sny. – Jakie ja mam kolorowe sny, jakie to są piękne kolory – opowiada. Pamięta barwy, pamięta je z dzieciństwa, wydaje się jej, że są takie same, jak te w jej wyobraźni. A jeśli nie, to nic nie szkodzi, te ze snów naprawdę zachwycają. Bogactwo i różnobarwność wizji, planów na przyszłość, tych realnych i tych mniej realnych, wcale jej nie dziwią. – Tak było zawsze – mówi. Sny i marzenia widać najlepiej, gdy ma się zamknięte oczy, gdy odcina się od świata. Niewidomi często mają zamknięte oczy, niewidomi i słabowidzący znają sny i marzenia.