skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Zagranica

Oczy szeroko zamknięte Małgorzata Pacholec

Jest środa 9 września 2009 roku. Do Armenii mamy lecieć w szóstkę. Nina, Ela, Henio i ja oraz dwójka młodych wolontariuszy Hania i Krystian. Zbiórka na Okęciu i od razu na początku pech – Heniek zapomniał paszportu. Niestety nie może lecieć. Dowiadujemy się że jest możliwość przebukowania biletu na niedzielę. Trudno.

Do Armenii lecimy na zaproszenie fundacji „Ari, ari”. Po ormiańsku znaczy to „chodź, chodź”, więc idziemy. Mamy tam spędzić dwa tygodnie, w trakcie których będziemy pomagali realizować projekt „Oczy szeroko zamknięte”. Z prośbą o taką pomoc zwrócili się do Polskiego Związku Niewidomych sami Ormianie, a w ramach projektu będziemy prowadzić szkolenia wskazujące możliwości aktywizacji społecznej osób niewidomych.
Bezpośredniego połączenia z Armenią nie ma, najpierw musimy odwiedzić Białoruś. Nasz lot do Mińska trwa około jednej godziny. Lądujemy szczęśliwie. W strefie tranzytowej musimy czekać na samolot do Erywania dwie godziny. Dziwne lotnisko, jakby wymarłe. Mamy wrażenie, że w całym porcie znajduje się jedynie nasza niewielka grupa. Lot do Erywania trwa 3 godziny i z ulgą oddychamy, gdy samolot dotyka kołami płyty lotniska. Jest czwarta nad ranem a dookoła mnóstwo ludzi, głównie mężczyzn. Rozmawiają ze sobą jakby wszyscy się dobrze znali. Wita nas pan Longin, koordynator projektu. Jedziemy na miejsce zakwaterowania. Przez dwa tygodnie będziemy mieszkać w domu małżeństwa filmowców. Drugie piętro, bardzo wąskie i kręte schody. Skromne warunki, ale jak zachwala pan Longin zawsze jest ciepła woda. Posiłki przygotowuje nam urocza Irina. Jemy na dworze na wewnętrznym patio. Na śniadanie lawasz – cieniutki zwinięty w rulon rodzaj pieczywa. Wygląda jak biała serweta. Ciekawy smak. Do tego sery lub konfitury. Pycha. Kolacje to prawdziwe uczty, wśród których królują warzywa: bakłażany, papryka, pomidory i dużo świeżej kolendry. Ten smak nie bardzo nam odpowiada, ale reszta wyśmienita!
Poznajemy ormiańskich partnerów: Stellę, Dinę, Marinę i Wahrama. Jesteśmy nimi zachwyceni. Są młodzi, świetnie mówią po polsku. Kształcili się w naszym kraju dzięki programowi stypendialnemu Lane’a Kirklanda. Wahram jest reżyserem i fotografikiem. W Polsce studiował w szkole Andrzeja Wajdy. Kończy kręcić film o rodzinie niewidomych mieszkających wysoko w górach i utrzymujących się z wypasu owiec. Mówi, że spotkanie z tymi ludźmi wywarło na nim ogromne wrażenie. Mamy nadzieję, że zobaczymy ten film także w Polsce. Marina jest dziennikarką i zadbała o to, by media zainteresowały się naszą wizytą. W drugim tygodniu pobytu udaje jej się zorganizować konferencję prasową. Wywiady z nami w telewizji, radiu, Internecie i w prasie wywołują duże poruszenie, bowiem ormiańskie media nigdy jeszcze nie zajmowały się problematyką niewidomych.
Stella i Dina towarzyszą nam w czasie całego pobytu. Są naszymi niespożytymi tłumaczkami i przewodniczkami. Chciałyby pokazać nam wszystko, co najpiękniejsze w Armenii. Podziwiamy ich zaangażowanie, chęć do działania i patriotyzm. Z każdym dniem pogłębia się nasza wzajemna sympatia. Stella to niezwykle wrażliwa i delikatna osoba o urodzie i sposobie ubierania się modelki. Jest ekonomistką i projektantką mody, a w Polsce studiowała resocjalizację. Dina mimo młodego wieku ma także bardzo ciekawe CV. Skończyła studia ekonomiczne w Bukareszcie, pracowała na rzecz kościoła ormiańskiego, a w czasie stypendium Kirklanda zajmowała się problematyką dzieci uczestniczących w działaniach wojennych z bronią w ręku. Babcia Diny jest profesorem hydrologiem a mama politologiem, obecnie wykłada na uniwersytecie Harwarda w Bostonie.
Prowadzone przez nas zajęcia odbywają się w szkole dla dzieci niewidomych. Pierwszego dnia nasi ormiańscy partnerzy bardzo niepokoją się o frekwencję. Jak się okazuje – niepotrzebnie. W szkoleniu codziennie uczestniczy przynajmniej 30 osób. Są to nauczyciele, studenci pedagogiki, okulistka, informatycy i kilkunastu młodych niewidomych. Dla organizatorów jest to duże przedsięwzięcie logistyczne. Niewidomych trzeba przywozić taksówkami, ponieważ sami nie wychodzą z domów.
W czasie codziennych spotkań przekazujemy ormiańskim kolegom nasze doświadczenia w usamodzielnianiu i aktywizowaniu niewidomych w różnych zakresach. Mamy ze sobą wiele drobnych pomocy, wszyscy mogą obejrzeć je i wypróbować. Prawdziwym przebojem okazuje się biała laska. To zdumiewające, ale w Armenii podobno tylko jedna dziewczyna, która wróciła ze Stanów Zjednoczonych, posługuje się nią, wychodząc na dwór. Inni niewidomi nie ruszają się z domów bez pomocy osoby widzącej. W znanym terenie chodzą przygarbieni z wyciągniętymi asekuracyjnie do przodu rękoma. W czasie szkolenia pokazujemy więc techniki chodzenia z laską i w krótkim czasie udaje nam się zachęcić do nauki właściwie wszystkich niewidomych kolegów. Z dużą satysfakcją obserwujemy zmiany jakie zachodzą w myśleniu ludzi na temat własnej niezależności, w podejściu do wykonywania codziennych czynności oraz aktywności życiowej.
Armenię poznajemy poprzez spotkania i rozmowy z ludźmi. Wszyscy są dla nas niezwykle serdeczni i uprzejmi. Poświęcają nam dużo czasu i uwagi.
Wahan jest muzykiem i zrobił w Armenii oszałamiającą karierę. Ma 27 lat i jest niewidomy. Komponuje na zamówienia najwybitniejszych armeńskich gwiazd pop. Podróżuje po świecie, koncertując. Spędzamy z nim bardzo miłe przedpołudnie, słuchając jego utworów, gawędząc o różnych sprawach i pijąc wyśmienitą kawę parzoną w specjalnym naczyniu zwanym „jazzve”.
W czasie naszego pobytu ma miejsce tradycyjne ormiańskie święto zmarłych. Obchodzi się je inaczej niż w Polsce. Tego dnia urządza się wielkie przyjęcia z udziałem gości i wspomina zmarłych, wyrażając swą wdzięczność dla nich. Toasty wznoszone są raz po razie. Jesteśmy zaproszeni właśnie na takie przyjęcie przez małżeństwo, Rozę i Aszota, bardzo dobrze mówiących po polsku. Aszot jest archeologiem i w swoim mieszkaniu ma prawdziwe muzeum starożytnych przedmiotów, głównie naczyń sprzed 2 i więcej tysięcy lat. Coś niesamowitego!
Roza wraz z sąsiadkami przygotowała dziesiątki wyszukanych potraw. Żeby wszystkie mogły się pomieścić, półmiski ustawia się na stole na specjalnych stelażach, jakby na dwóch piętrach. W przyjęciu uczestniczy około trzydzieści osób. Oprócz toastów są śpiewy. Jesteśmy zachwyceni 15-letnią śliczną Ani śpiewającą w charakterystyczny wschodni sposób. Dumny ojciec pokazuje nam zdjęcie malutkiej Ani ubranej w ludowy strój w objęciach Jana Pawła II w czasie jego pielgrzymki do Armenii. Mnóstwo emocji i wzruszeń.
Ze względu na odległości po Erywaniu poruszamy się taksówkami – dla nas są tanie. Poznajemy kolejnych kierowców. Bardzo uprzejmi i chętnie rozmawiają po rosyjsku. Jeden z nich opowiada, że był w połowie lat 90. w Polsce i bardzo mu się podobało. Zaciekawione pytamy o szczegóły: gdzie, jak długo i w jakim celu? Mówi, że pojechał z bratem odwiedzić grób dziadka, który udało im się odnaleźć po wielu latach poprzez Czerwony Krzyż. Dziadek poległ w czasie wojny gdzieś niedaleko Mielca. Wizyta braci w Polsce była krótka, bo trwała tylko cztery dni, ale podróż samochodem trwała długo - bo sześć dni w jedną stronę. Nie mieli dosyć pieniędzy dlatego podczas całej drogi spali w aucie. Boże, taki wysiłek! Z ulgą dowiadujemy się, że cmentarz był zadbany i pan Frunze ma bardzo dobre wspomnienia z Polski.
W Erywaniu jest wiele wspaniałych pomników. Wywołuję zaciekawienie przechodniów a nawet policjantów, gdy wspinam się na cokoły, by obmacać rękoma lub laską kształt rzeźb. Uczestniczymy w ciekawym koncercie rozpoczynającym nowy sezon muzyczny w filharmonii. Wieczorami spacerujemy po centrum miasta, wstępujemy do uroczych kawiarenek na świeżym powietrzu, gdzie objadamy się pysznymi deserami i pijemy wspaniałe wino z granatów. Zachwycamy się nocnym spektaklem na Placu Republiki, gdzie przy dźwiękach najsłynniejszych przebojów z całego świata w rytm muzyki tryskają fontanny. Podobne są tylko w Paryżu.
Wyjeżdżamy z miasta na wycieczki do Gehard, Horwirap i Eczmiadźin. Wspaniałe górskie krajobrazy, klasztory z czwartego i piątego wieku świetnie zachowane i nadal użytkowane.
Tyle jest do zobaczenia. Staramy się wykorzystać dobrą dla nas trzygodzinną różnicę czasu, ale i tak nie starcza go, aby zwiedzić wszystko, co chcą nam pokazać nasi przyjaciele.
Dwa tygodnie mijają jak sen i trzeba wracać do siebie. Nasz powrotny samolot jest o czwartej nad ranem. Niespodziewanie przy odprawie bagażu spotykamy Rozę i Aszota. Przyjechali się z nami pożegnać i wręczyć każdemu upominki: breloczki z ormiańskim alfabetem, własnoręcznie zrobione przez Rozę naszyjniki z koralików i coś, co nas rozczula - kanapki z lawasza na drogę. Czy można nie zakochać się w kraju z takimi ludźmi?
Pierwszy kontakt z Ormianami miałam 20 lat temu. Było to w 1989 roku, gdy cały świat w tym Polski Związek Niewidomych pośpieszył z pomocą humanitarną ofiarom tragicznego w skutkach trzęsienia ziemi. Zorganizowaliśmy wtedy pobyt w Polsce trzydziestoosobowej grupy niewidomych Ormian. Wśród nich było wiele dzieci, które w kataklizmie straciło jedno lub nawet dwoje rodziców. Tamto doświadczenie było dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Od tego czasu zawsze interesował mnie ten odległy kraj z burzliwą historią sięgającą starożytności, obfitującą w tragiczne wydarzenia.
Armenia to małe chrześcijańskie, państwo na Zakaukaziu, wielkością zbliżone do województwa lubelskiego. Większość terytorium to wyżyny i wysokie góry, których ośnieżone szczyty sięgają ponad 4000 metrów. Panuje tam klimat górski z upałami powyżej 40 stopni w lecie i 20-stopniowymi mrozami w zimie.
Armenia graniczy z czterema państwami: Turcją, Azerbejdżanem, Iranem i Gruzją. Relacje z sąsiadami są na tyle skomplikowane, że hamują rozwój gospodarczy. Kilkusetkilometrowa granica z Turcją jest od bardzo dawna zamknięta z powodu okrucieństw, jakie spotkały w przeszłości naród ormiański ze strony Turków. Z muzułmańskim Azerbejdżanem od lat toczy się spór o Nagornyj Karabach zamieszkały przez Ormian, a znajdujący się obecnie na terytorium azerskim. Trudne do zrozumienia są także pełne niepokoju stosunki panujące pomiędzy narodami zamieszkującymi pogranicze gruzińsko-armeńskie.
Szacuje się, że naród ormiański liczy około 10 milionów, jednakże w kraju mieszka zaledwie 3 miliony ludzi, z czego połowa – w stolicy Erywaniu. Pozostałe 7 milionów Ormian żyje w diasporze rozproszonej po całym świecie. Wielu z nich bardzo interesuje się sytuacją w kraju ojczystym i wspiera materialnie rodaków tam mieszkających.
Po rozpadzie Związku Radzieckiego gospodarka Armenii uległa praktycznie całkowitemu załamaniu. Do dziś Ormianie wspominają dramatyczne cztery lata od 1992 do 1995, w których pozbawieni byli dostaw elektryczności, gazu i wody. Przetrwali dzięki solidarności całego narodu, każdy każdemu udzielał wtedy pomocy. Niestety skutki tamtych lat społeczeństwo odczuwa do dziś. Szczególnie trudna jest nadal sytuacja osób niewidomych. Większość z nich nie ma pracy i jest całkowicie zależna od rodzin lub sąsiadów. Do tego dochodzi bardzo niski poziom świadczeń, brak działalności integrującej i aktywizującej środowisko. Bierność i poczucie beznadziei – to dzisiejsza rzeczywistość w postradzieckiej Armenii. Stowarzyszenia pracujące, tak jak PZN, na rzecz niewidomych i słabowidzących zaczynają tam dopiero powstawać. W tej chwili są jeszcze bardzo słabiutkie.
W szkoleniu Ormian brali udział: Antonina Adamowicz-Hummel – Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, Elżbieta Oleksiak - Centrum rehabilitacji biura ZG PZN, Henryk Wereda – nauczyciel muzyki w SOSW w Owińskach oraz autorka artykułu Małgorzata Pacholec – dyrektor ZG PZN. W drugim tygodniu pobytu do grupy dołączył Andrzej Kłosiński – psi behawiorysta. Wyprawa przynosi wymierne efekty. Już po powrocie polskiej grupy z Erewania została podpisana trójstronna umowa o współpracy i prowadzeniu szkoleń pomiędzy Akademią Pedagogiki Specjalnej, Uniwersytetem Pedagogicznym i Stowarzyszeniem Kirklanda.