skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Skazani na getto Grzegorz Dudziński

Oskarżam polskie rządy o dyskryminowanie osób niepełnosprawnych oraz świadome marnotrawienie zarówno unijnych, jak i naszych rodzimych funduszy na aktywizację zawodową niepełnosprawnych. Są to zarzuty nie tylko wobec ekipy Donalda Tuska – dotyczą wszystkich kolejnych rządów po roku 1997. Mimo frazesów o opiece państwa nad niepełnosprawnymi nikomu z rządzących nie udało się wypracować logicznego i sprawiedliwego systemu rent.
Z chwilą nastania transformacji ustrojowej przyznanie renty było traktowane nader swobodnie. Z tego mechanizmu na początku lat 90. skorzystało wielu 50-latków, którzy nie potrafili się odnaleźć w gospodarce rynkowej. Było to zgodne z ówczesną polityką społeczną. Na papierze ładniej przecież wyglądało, że ktoś jest rencistą, a w związku z tym nie powiększa lawinowo rosnącej liczby bezrobotnych. Najlżejsza dysfunkcja stawała się wtedy powodem do renty.
Nie brakowało (i nadal nie brakuje) zwykłych cwaniaczków, którzy w zamian za łapówkę zaczynali nagle chorować na koszt państwa. Rencistami byli co bardziej obrotni przedsiębiorcy, w tym także wyglądający jak okazy zdrowia gangsterzy.
W ten sposób doszliśmy do rekordowej w Europie liczby rencistów – pod koniec lat 90. było ich niemal 3 mln. Przy stale powiększającej się dziurze budżetowej należało uszczelnić i zweryfikować system świadczeń przyznawanych przez ZUS. Wybrano drogę masowego uzdrawiania i pełnię władzy oddano w ręce orzecznika ZUS – czyli lekarza, który za pieniądze ZUS określał, kto według ZUS może na siebie zarobić, kto nie. Rozpoczął się czas cudownych uzdrowień…
W gazetach zaczęły pojawiać się historie o bardzo schorowanych ludziach, którzy z gabinetu orzecznika ZUS wyszli w pełni sił i zdolni do pracy. W prasowych historiach na pierwszy plan wysuwali się ludzie, którzy odzyskiwali nagle wzrok, którym wyrastały utracone wcześniej kończyny, młodniało serce po kilku zawałach itd. Miało to swój wymiar ekonomiczny – liczba rencistów w ciągu 10 lat spadła o ponad połowę. Sam system takiego rozdzielania „dobrodziejstwa” renty jest jednak niesprawiedliwy z punktu widzenia solidaryzmu społecznego i daleki od profesjonalizmu.
O stopniu rozwoju cywilizacyjnego narodu świadczy przecież świadomość współistnienia i solidarności zdrowych i niepełnosprawnych. Jeżeli choroba przeszkadza danej osobie normalnie funkcjonować, pracować, działać społecznie, to właśnie w imię solidaryzmu społecznego takiego chorego pod opiekę powinni wziąć inni podatnicy. Przecież choroba może pojawić się u każdego z nas. I każdy z nas chciałby mieć gwarancję pomocy od reszty społeczeństwa.
Drugą kwestią pozostaje sprawa fachowości w tego typu orzekaniu. Lekarz orzecznik ZUS (jak każdy inny medyk) jest specjalistą z zakresu oceny stanu zdrowia, z zakresu leczenia. W całym toku studiów medycznych nie ma przedmiotów z zakresu doradztwa zawodowego – a tym w istocie zajmuje się obecnie lekarz orzecznik ZUS. Od 1997 ocenia nie stan zdrowia osoby starającej się o rentę, tylko zdolność do pracy. Trudno zatem mówić tu o profesjonalizmie takiej oceny. To tak, jakby kazać hydraulikowi układać płytki w łazience. Jakieś pojęcie o płytkach pewnie ma – ale czy na pewno dobrze je ułoży?
I, niestety, nie układa. Chorzy załatwieni odmownie przez orzecznika odwoływali się do sądu i mniej więcej połowie tych ludzi sąd przyznawał rację. Niewiele się zmieniło, kiedy nad orzecznikiem pojawiła się jeszcze instancja pośrednia – komisja ZUS. Sama istota orzecznictwa pozostała niezmienna. Lekarze oceniali, czy dany człowiek nadaje się do pracy, czy nie.
Takiej oceny nie można zawrzeć w żadnych tabelkach, wyliczeniach, schematach. Każdy człowiek jest inny, ma inną konstrukcję psychofizyczną. Nie ma dwóch ludzi reagujących tak samo w identycznych okolicznościach. Oczywistym jest zatem fakt, że ocena przydatności do pracy jest czymś niezwykle subiektywnym. Lekarz orzecznik ZUS w oparciu o własne doświadczenie życiowe i zalecenia ZUS arbitralnie wypowiada się, co dany człowiek może robić ze swoim życiem. Na tym stanowisku już chyba wróżka bardziej by się spełniła.
Napisałem już, że niemal połowa odrzuconych przez ZUS wygrywa w sądzie. Należy spojrzeć na ten fakt z innego punktu widzenia. Nie wygranej, czy przegranej – bo w zasadzie przegrywamy wszyscy. Należy przyjąć, że co druga osoba w gabinecie orzecznika ZUS może spotkać się z krzywdzącym i niesprawiedliwym społecznie werdyktem. W co drugim przypadku lekarz się pomylił! Żaden szanujący się szpital nie zatrudniałby takiego partacza. ZUS zatrudnia – a zatem postępowanie orzeczników jest zgodne z przyjętymi tam zasadami.
Od kilku lat coraz więcej robi się w zakresie aktywizacji zawodowej osób niepełnosprawnych. Bardzo dobry kierunek, bardzo poprawny politycznie. Dla niepełnosprawnego praca oznacza nie tylko parę złotych – to możliwość wyjścia z domu, porozmawiania z ludźmi. To szansa na rozwój lub chociażby przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu.
Za tymi szczytnymi założeniami płyną rzeki pieniędzy – zarówno z Brukseli, jak i z naszego budżetu. Dla niepełnosprawnych organizuje się kursy zawodowe, szkolenia. Tworzy się dla nich (oczywiście nie za darmo) nowe miejsca pracy w zakładach pracy chronionej. Powstają spółdzielnie socjalne niepełnosprawnych. Wszystko w imię szczytnych zasad solidaryzmu społecznego.
Pracujący niepełnosprawny to naprawdę wielka sprawa. U takiej osoby podnosi się samoocena, jest bardziej otwarta na innych ludzi. Czuje się częścią społeczeństwa, bo ono właśnie poprzez różnego typu działania pomocowe stworzyło dla niej miejsce pracy. Ta osoba bez takich działań specjalnych nie znalazłaby pracy. Inaczej mówiąc – siedziałaby zamknięta w swoich czterech ścianach wraz ze swoimi problemami.
Jak się ma do tego orzecznictwo ZUS? Niepełnosprawni, którzy podjęli pracę, bywają uzdrawiani. W opinii orzeczników są zdolni do pracy, bo ją przecież znaleźli… Mało kogo obchodzi, że przy specjalnie tworzonym miejscu pracy rząd czy Unia Europejska włożyły ogromne pieniądze, jakich nie wyłożyłby żaden prywatny inwestor. Rachunek zysków i strat oznacza, że w przypadku niepełnosprawnego podjęta praca to w zasadzie bardziej rehabilitacja zawodowa, niż cokolwiek innego.
Dziś sytuacja wygląda tak – na zewnątrz mamy piękne hasła, zgodne z unijnymi dyrektywami, a jak ktoś w nie uwierzy i zacznie pracować nad sobą, to może liczyć na kopniaka. Czyżby chodziło o to, aby formalnie dbać o prawa niepełnosprawnych, a faktycznie zamykać ich w getcie czterech ścian?