skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Na zdrowie

Skutki picia wódki Marek Ignaczak, psychoterapeuta

Alkohol szkodzi wszystkim, przy czym niektórym szkodzi bardziej. Jest środkiem psychoaktywnym, na który reaguje się (nie piszę – „reaguje organizm“, choć to prawda) całym sobą. Bardzo istotny jest tu subiektywny, psychiczny odbiór tych indywidualnie odczuwanych zmian, które towarzyszą spożywaniu alkoholu. Precyzyjnie mówiąc: piciu wina, piwa, drinków, wódki i każdego innego napoju zawierającego alkohol. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś pijący napój z procentami nie chciał, czy choćby nie oczekiwał przeżycia tych zmian. A co jest w ofercie?
Najpierw, już po niewielkiej dawce, zmiana nastroju, odczuwalny spadek napięcia i zmniejszenie przeżywanych lęków. Stan, który się pojawia to lekkie, przyjemne odurzenie, jasne myśli i błyskotliwe, jak na siebie, skojarzenia. Sielski obrazek – i czego się tu czepiać? Istotne ryzyko tkwi w tym, że ten stan oszukuje! Jest chwilowy i sztuczny. Stwarza iluzję, że jeśli po chwili wypije się następną porcję piwa, wina czy wódki, to się go podtrzyma na dłużej. I tu jest już pierwsza pułapka – alkohol zaczyna wchłaniać się prawie od razu po wypiciu, ale robi to systematycznie i długo. Nie przez przypadek określa się miarodajnie zawartość alkoholu we krwi lub wydychanym powietrzu po godzinie od wypicia. A że przyjemna zmiana „przygasa“, to staramy się ją podtrzymywać następnymi porcjami. Tych w ciągu owej godziny może być kilka, a nawet więcej. Gdy przesadzimy, stan przyjemnego odurzenia przejdzie w nieprzyjemny, nastrój się pogorszy, spowolni się wszystko, co może się spowolnić. W myśleniu będzie coraz więcej przybliżeń i stereotypów, w interpretacjach podejrzliwości, a w stosunku do ludzi niechęci i agresji. I jeszcze (jeśli nie wstrzymamy się z piciem i nie „przetrzeźwiejemy“) otrzymamy obniżenie koncentracji, koordynacji, zaburzenia w odbiorze bodźców i kontroli nad swoją całością. Jeśli wbrew logice nadal będziemy podnosić zawartość alkoholu we krwi, to grozi nam jutro wstyd z powodu plamy danej wczoraj czyli przekroczenia norm, szczęśliwie jeśli tylko obyczajowych. Potem jest już upicie, odurzenie, zanik odruchów fizjologicznych, nawet śpiączka – to już patologiczny stan chorobowy stanowiący zagrożenie życia. Da się go osiągnąć w ciągu kilku godzin.
Tekst napisany dotąd czyta się głośno ponad dwie minuty. I pewnie niejeden z czytelników będzie mieć pytanie, o co w tym chodzi i na ile go to dotyczy? Przecież nic tam nie ma o specyfice problemu alkoholowego w środowisku osób niewidomych lub niedowidzących, czego dotyczyło zamówienie. Kiedy je otrzymałem, uświadomiłem sobie, że przez ponad trzydziestoletni okres prowadzenia terapii uzależnienia i współuzależnienia nie pracowałem z żadną osobą niewidomą, która byłaby uzależniona od alkoholu lub innych substancji. Wśród moich pacjentów były dwie osoby niedowidzące w stopniu znacznym i również dwie niewidome, współuzależnione żony alkoholików. Mam w swoim otoczeniu kilkoro niewidomych lub mocno niedowidzących kolegów, którzy nie stronią od alkoholu, pijają szkodliwie, bez wątpienia nadużywają. Można mieć więc wątpliwości czy takie doświadczenie zawodowe daje prawo do zabierania głosu na ten temat. Śladów opracowań dotyczących specyfiki uzależnienia osób niewidomych w necie też nie znalazłem.
Owoce poszukiwań i praca z tymi kilkoma osobami i tysiącem innych pozwalają mi zatem uznać, że takiej specyfiki praktycznie nie ma. Problemy i mechanizmy są te same, tylko skutki używania, nadużywania i uzależnienia mają szanse być bardziej dolegliwe niż u osób widzących.
Proces uzależniania się trwa. Wymaga używania alkoholu, picia coraz częstszego, masywniejszego, coraz częstszego przeholowania skutkującego upiciem, a potem niesprawnością następnego dnia. Pojawia się kac, czyli oficjalnie: objawy abstynencyjne. Już sam ten zestaw zdarzeń pociąga za sobą liczne skutki. Człowiek pijąc rezygnuje w tym czasie z innych spraw, aktywność w różnych zakresach ulega ograniczeniu, z czasem prymitywnieje. Dla kogoś, kto nie potrzebuje do samodzielnego życia nikogo innego oznacza to po prostu izolowanie się. Dla osób potrzebujących bliskiej obecności innych, pomagających ludzi znaczy to także zgodę na to, że poczują ode mnie alkohol, zobaczą niepewne ruchy. To konieczność karkołomnych usprawiedliwień bolącą nogą, temperaturą czy poszukiwanie silnych masek zapachowych – bywa, że to mieszanina zapachu czosnku z agresywnymi perfumami. Alternatywą jest rzeczywiste odizolowanie – zamknięcie w domu, prezentowanie na zewnątrz dziwaczności, by uchronić się przed kontaktami. Samotność w swoim miejscu. To miejsce jest oswojone, znane, ale niesprawność powodowana upojeniem podwaja niepełnosprawność. Stąd szkody, zniszczenia czy zabrudzenia wynikające z utraty kontroli nad sobą w pozornie znanym i bezpiecznym środowisku. Potem wstyd, poczucie winy i pogłębiająca się z picia na picie prawdziwa samotność. To heroiczny model rozwoju choroby.
Częściej alkoholizm rozwija się w rodzinie lub partnerskim związku, w obecności dzieci, których rozwojowi towarzyszy rozwój choroby. To sytuacja pozornie trudniejsza, a wcześniej powstałe więzy skutkują powstaniem modelu „alkoholika z niewolnikiem/niewolnikami“. W takiej roli – ludzi silnie przywiązanych, zniewolonych miłością, litością, odpowiedzialnością - funkcjonują dorośli współuzależnieni. Dzieci też są uwikłane i niejednokrotnie zdejmują odpowiedzialność z uzależnionego ojca czy matki, starając się zaadaptować do warunków i przetrwać tę nienormalność swojego rozwoju. Tym, co powoduje, że taki opresyjny, w sumie przemocowy układ trwa - jest wyuczona bezradność i niezgoda na koncentrację na sobie, własnym interesie psychicznym, ochronie dzieci przed destrukcją emocjonalną. Tym, co wzmacnia trwanie we współuzależnieniu jest niepodlegająca refleksji nadzieja: na zmianę, na wpływ siły swojej miłości, na sprzyjający los. W przypadku widzącej osoby współuzależnionej również niemożność oderwania się od stereotypowego przekonania o bezwzględnej konieczności pomocy człowiekowi niepełnosprawnemu. W ten sposób rodzina uczestniczy w chorobie swojego alkoholika i cierpiąc przy tym autentycznie – wspiera alkoholizm.
Nieco inaczej wygląda sytuacja, w której w alkoholowej rodzinie osoba niewidoma jest osobą współuzależnioną. Najczęściej jest to żona, choć współuzależnieni mężowie także się zdarzają. Alkoholizm zawiera w sobie co do zasady kłamstwo, zaprzeczanie i brak przewidywalności w zachowaniu alkoholika. Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że te objawy określają zachowanie alkoholika zarówno wtedy, gdy jest „w ciągu“ (bardziej lub mniej widocznym dla otoczenia), jak i wtedy, kiedy alkoholik ma w trakcie choroby okres krótszej lub dłuższej abstynencji. Niepewność w obu przypadkach jest równie wysoka, więc jedna z podstawowych potrzeb niewidomej osoby współuzależnionej, potrzeba bezpieczeństwa jest stale frustrowana.
Te wszystkie modele nie są systematycznym wykładem mechanizmów uzależnienia. Są natomiast przykładami skutków i konsekwencji używania alkoholu i wtórnych, przetrwałych skutków tego używania u osób niewidomych lub niedowidzących. służą też tezie, że osoby niewidome i niedowidzące podlegają dokładnie tym samym mechanizmom alkoholowej destrukcji, co inni.
Ponosząc skutki picia, osłabiają działanie wypracowanej wcześniej sprawności, odzyskanych lub uzyskanych mechanizmów przystosowawczych. W ten sposób stają się bardziej niesprawne niż bez wpływu alkoholu (picia własnego lub bliskiej osoby). I dzieje się tak niezależnie od tego, jakie miejsce osoby dysfunkcyjne wzrokowo zajmują w tym zalkoholizowanym systemie.
Marek Ignaczak – psychoterapeuta

Uzależnienia w środowisku osób niewidomych
Celowo napisałam w środowisku, ponieważ nałogi nie dotyczą tylko osób niewidomych/słabowidzących. Nadużywający alkoholu (najbardziej popularnej używki) to niepełnosprawni, ale także ich rodziny. W pracy psychologa spotkałam pijących mężczyzn i kobiety, matki i ojców niewidomych dzieci. Uwikłani w mechanizmy choroby alkoholowej członkowie rodziny zmuszani są donosić alkohol, a potem znosić to, co się wiąże z jego nadużywaniem: przemoc psychiczną i fizyczną, manipulacje, kłamstwa, upokorzenie, obwinianie, wstyd. Kiedy ktoś pije nadmiernie, cierpi cała rodzina. W przypadku schorzeń oczu na problem inwalidztwa, które samo w sobie generuje trudy życia, nakłada się stopniowe staczanie po równi pochyłej. Trudno pomóc takiej rodzinie, gdzie wszyscy członkowie „zarażeni” są współuzależnieniem. Pytanie żony alkoholika zwykle brzmi: „skoro mąż pije, to dlaczego ja mam się leczyć?” Zmotywowanie rodziny do skorzystania z pomocy poradni odwykowej jest pierwszym krokiem ku pokonywaniu nałogu. Ale wyzwaniem dla służb socjalnych jest zorganizowanie przewodnika, czy opieki nad dziećmi, kiedy chory podejmuje decyzję o leczeniu.
Inną wszechobecną używką jest nikotyna. Z tym nałogiem borykają się np. cukrzycy, którzy nie potrafią ograniczyć palenia mimo wskazań lekarskich. Do współczesnego świata przypisany został też komputer. Jego wielorakie funkcje potrafią zawładnąć ciałem i duszą, odcinając użytkownika od realnego życia.
Człowiek nie znosi pustki. Kiedy nie ma wokół siebie życzliwych ludzi, albo nie czuje się dostatecznie kochany, dostarcza sobie „rozrywek”, które cywilizacja mnoży w zastraszającym tempie. Od każdego z nas zależy, czy otaczający nas ludzie zdrowi/niepełnosprawni będą się pogrążać w nałogach, czy dążyć do rozwoju i godnego życia. Aby pomagać, potrzebna jest wiedza i umiejętności.
Maria J. Bielecka
tyflopsycholog
***
Był taki czas w moim życiu kiedy czułam że spadam w otchłań rozpaczy i beznadziei. Traciłam wzrok i jednocześnie rozpadała się moja rodzina z powodu alkoholizmu męża. Nie umiałam sobie poradzić z problemami, a wstydziłam się prosić kogoś o pomoc. Było gorzej i gorzej. Aż wreszcie przyszedł czas, że trafiłam do poradni uzależnień, gdzie dowiedziałam się, że alkoholizm to choroba i są sposoby, aby ją leczyć. Sama poddałam się terapii jako osoba współuzależniona. Odtąd wszystko zaczęło zmieniać się na lepsze.
Dziś jestem całkiem inną osobą, po prostu jestem szczęśliwa.

***
Kiedy brałam ślub, prawie już nie widziałam. Wyszłam za mąż za mężczyznę uzależnionego od alkoholu, choć wtedy nie zdawałam sobie z tego sprawy. Owszem, ilości wypijanego piwa już wtedy mnie niepokoiły. Zakochana, naiwnie jednak wierzyłam: przy mnie się zmieni, dla mnie zrezygnuje z picia. Nic takiego się nie stało, bo nic bardziej mylnego. Dopiero po wielu latach trafiliśmy na psychoterapię – mąż jako uzależniony, ja zaś jako tzw. osoba współuzależniona, a potem jako tzw. dorosłe dziecko alkoholika. To zaś z tej przyczyny, że mój ojciec też był alkoholikiem. W moim przypadku sprawdziła się bowiem ta prawidłowość, że córki alkoholików często wiążą się z mężczyznami również uzależnionymi.
Terapia uświadomiła mi, że alkoholizm to choroba i warto ją leczyć. Jednak leczyć musi się nie tylko osoba uzależniona, lecz również ich małżonkowie i dzieci. Moja terapia trwała łącznie ok. 4 lat i była zarówno indywidualna, jak i grupowa. Choć była dla mnie bardzo trudna i stresująca, choć wielokrotnie czułam brak sił do jej kontynuowania, to jednak wytrwałam.
Dla mnie - osoby niewidomej – udział w terapii wiązał się z dodatkowym obciążeniem, jakim było dotarcie na zajęcia. Wielką pomoc okazały jednak koleżanki z terapii, a potem inni znajomi wtajemniczeni w moją sytuację. Już nie wstydziłam się mówić im o tym i prosić o pomoc. Tam, gdzie dawałam radę jeździłam sama, po przeszkoleniu przez instruktora orientacji przestrzennej. Również psychoterapeuci zaopiekowali się mną, ułatwiając udział w tych zajęciach, które dla niewidomych mogły być trudne.
Dzisiaj, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć o swoim zadowoleniu z udziału w terapii. Dużo mi bowiem dała, wiele nauczyła. Nareszcie nie byłam sama ze swoim problemem, z moimi dylematami i pytaniami. To właśnie na terapii, wśród osób o problemie podobnym do mojego, mogłam się tak naprawdę otworzyć, prawie o wszystkim opowiedzieć, posłuchać jak widzą to inni, zobaczyć zachowania moje i męża, przeanalizować nasze relacje, zobaczyć również moje błędy. Dowiedziałam się też o takich sprawach, które początkowo były dla mnie niezrozumiałe, wręcz zaskakujące, np. że mam zmieniać siebie, nie zaś męża. Uczyłam się m.in. jak żyć w takim związku i chronić siebie, jak nie ułatwiać mężowi picia, jak nie wstydzić się jego nałogu, jak nie chronić go przed skutkami jego uzależnienia. Na terapii zdobyłam umiejętności, które do tej pory są mi bardzo przydatne jako osobie niewidomej. Dla przykładu, nauczyłam się, jak asertywnie prosić o pomoc, jak przyjmować kiedy ktoś tej pomocy odmawia i nie obrażać się na niego.
Dzięki terapii zaczęłam się zmieniać, m.in. wierzyć w siebie. Stałam się silniejsza i w końcu po kilku latach podjęłam decyzję o rozwodzie. Już nie chciałam dłużej żyć w małżeństwie, w którym nie widziałam perspektyw na zmianę. Zostałam sama i niewidząc poradziłam sobie i radzę nadal. Jest mi ciężko, często bardzo ciężko, ale już z innych powodów. W moim otoczeniu znalazły się bliższe i dalsze osoby, które od kilku lat bardzo mi pomagają. Bez nich nie dałabym rady żyć sama.
Wśród nich jest kilka koleżanek poznanych na terapii, z którymi do tej pory utrzymuję bliskie kontakty. Nadal spotykamy się na tzw. „babeczkowych rozmowach”. Opowiadamy o swoich smutkach i radościach, o kłopotach i sukcesach, niekoniecznie związanych z problemem alkoholowym. Słuchamy siebie nawzajem, niekiedy radzimy. Dla mnie są to ważne rozmowy. Spotykamy się również towarzysko, dzięki czemu częściej bywam w teatrze, a ostatnio na „Niewidzialnej Wystawie”. Koleżanki pomagają też w innych sprawach, począwszy od zakupu żywności, przez przegląd i zakup odzieży, aż do urządzania mieszkania. Naprawdę mam w tym względzie dużo szczęścia!
Jestem zatem wyczulona na problem alkoholizmu. Jako członek Polskiego Związku Niewidomych znam nieco nasze środowisko, a w nim osoby uzależnione od alkoholu. Przypuszczam, że nie są to pojedyncze przypadki, lecz problem jest bardziej rozpowszechniony. Niestety, w naszym środowisku jest przyzwolenie na nadużywanie alkoholu. Jak bowiem nazwać częstowanie alkoholem osób uzależnionych, wspólne z nimi picie czy obdarowywanie ich alkoholem w dowód tzw. wdzięczności, a także tolerowanie pijaństwa na wielu spotkaniach i wyjazdach.