skocz do treści

Pochodnia - Miesięcznik społeczny Polskiego Związku Niewidomych

Felieton

Koncentracja „na luz” Alicja Nyziak

Cudowny letni czas, czyli słoneczna plaża, relaks, błogie lenistwo. Jednym słowem urlop! Co powinniśmy robić? Odpoczywać i śmiać się jak najwięcej, szczerze i - to naprawdę ważne - także z samych siebie. Okazji do śmiechu nie brakuje chyba nigdy, trafiają się one nawet w momentach bardzo trudnych, uważanych przez wielu za „koniec świata”, takich jak np. utrata wzroku.
Jestem o tym przekonana, ponieważ nim nauczyłam się funkcjonować w społeczeństwie jako osoba niewidoma, najpierw przydarzały mi się różne, „dziwne” sytuacje, które spowodowały weryfikację mojego „spojrzenia” na samą siebie.
Wiadomo, początkowy etap rehabilitacji osoby nowo ociemniałej jest trudny. Kiedy jednak taki delikwent (czyli ja - autorka tego tekstu) złapie wiatr w żagle, to staje się pewny siebie i zapomina o podstawowych zasadach, które jeszcze kilka minut temu instruktor pakował mu do głowy. Wchodząc do ośrodka po skończonych zajęciach z orientacji przestrzennej, złożyłam laskę, gdyż na terenie obiektu czułam się bardzo pewnie. Wyszłam z założenia, że skoro wszędzie są barierki, to laska jest zbędna. Maszerowałam ostro do przodu, cały czas delikatnie muskając dłonią barierkę. Koncentrację wrzuciłam na luzik, bo dochodziłam do końca trasy i nagle... Ślizgowym ruchem dłoni przejechałam po człowieku i to gdzie... Na sekundę zamarłam, a potem, nim zaskoczony i równie osłupiały facet zdążył wyrazić jakąkolwiek opinię, uciekłam.
Inna sytuacja z życia wzięta związana jest z czymś tak pospolitym jak zakupy. Uwielbiam robić je w marketach. Oczywiście zawsze wybieram się na nie w towarzystwie kogoś widzącego. Wiem, że w przeciwnym razie, koncertowo mogę dokonać dewastacji np. delikatnie trącając misternie ułożoną piramidę z puszek. „Podczepiam” się do łokcia przewodnika i heja między półki! Zagwarantowany mam werbalny opis towarów, a poza tym prawie wszystkiego mogę dotknąć - co uwielbiam. Od pewnego czasu wiem jednak, że i tu nie wolno „dać na luz”. Brajlując bombonierki, sprawdzałam ich urozmaicenie w kształtach i wielkości opakowań, doszłam do koszyka z promocyjnymi towarami. Chcąc sprawdzić, co w nim jest skrupulatnie go obszukałam. Okazał się pusty. Zaintrygowana, co tak ludziska wymietli, zagadnęłam koleżankę, która w tym momencie rozmawiała przez telefon komórkowy. Nim dokończyłam zdanie, złapała mnie za rękaw kurtki i stanowczo odciągnęła od koszyka. Zdumiona jej zachowaniem nie stawiałam oporu. Po chwili jednak zaczęłam dociekać, o co chodzi. Okazało się, że właśnie obszukiwałam wózek jakiegoś klienta, który stał na baczność i z przerażeniem mi się przyglądał. Zdaje się, że wyrwało mi się jakieś nieparlamentarne podsumowanie zaistniałej sytuacji. Nawet chciałam pana przeprosić, ale przezornie uwolniony od mojego wścibstwa nawiał.
Nim zaczęłam się posługiwać telefonem komórkowym z programem udźwiękawiającym, miałam standardową komórkę. Nauczyłam się obsługi pamięciowo i z wieloma funkcjami radziłam sobie całkiem nieźle. Niestety wybieranie numeru z książki, czy odczytywanie SMS-ów było nie do przeskoczenia. Skrobnęłam romantycznego SMS-a do męża i wlazłszy w książkę nacisnęłam Q, pod tą literką przypisany był jego numer. Zadowolona z siebie nacisnęłam wyślij i poszło. Okazało się, że przyjemność zrobiłam i owszem mężowi, ale nie własnemu. Facet poczuł się dowartościowany. Pech chciał, że w tym SMS-ie nie było imienia obiektu moich westchnień. Natomiast żona owego pana nie była już tak zachwycona, czemu wcale się nie dziwię. Zadziałała energicznie. Co się natłumaczyłam, naprzepraszałam, mieniąc się od kredowej bieli po biskupią purpurę, to moje. W końcu kobieta uwierzyła, że mam własnego męża i na cudzego „nie lecę”. W konsekwencji na pewien czas zaprzestałam romantyczności w SMS-ach.
Nim zrozumiałam, że muszę się nauczyć podstawowych zasad, jakich powinna przestrzegać osoba niewidoma, musiałam najpierw na własnej skórze odczuć ich brak. Podczas zwiedzania ekskluzywnego ośrodka wczasowego, zawędrowałam z koleżanką do baru. Jak bar, to wiadomo, musi być „świątynia dumania”. Koleżanka postanowiła obejrzeć dokładniej ten przybytek. Ja zostałam na sali w totalnej próżni. Chwilę postałam, a potem dyskretnie zaczęłam „macać” powietrze wokół siebie. W pewnym momencie na coś natrafiłam przeświadczona, że to parapet klapnęłam na nim. Powrót koleżanki zburzył mój błogostan, bo okazało się, że siedzę na stoliku i wzbudzam niezłą konsternację i zdziwienie. Uciekłam stamtąd w tempie godnym podziwu. Nawet do głowy mi nie przyszło, żeby sprawę wyjaśnić i przeprosić.
Na koniec mały rodzynek. Często zdarza się, że ludzie nie są w stanie pojąć, jak można nie widzieć! W takich sytuacjach staram się wykazać dużą dozą cierpliwości i tłumaczę, że można nie widzieć i funkcjonować całkiem, całkiem. Czasami jednak i ja muszę się wyluzować, i dać wolną drogę chochlikowi, który we mnie siedzi. Uczestnicy czterodniowej wycieczki po Trójmieście byli uświadomieni, że jestem niewidoma. Reakcje na tę informację były różne, od współczucia po dyskretne przyglądanie się temu „dziwadłu”. Spoko, normalnych postaw też nie brakowało.
Czekaliśmy w hotelowym holu, aż wszyscy się zbiorą. Koleżanka wykorzystała ten czas na sprawdzenie, czy makijaż jest OK. Ja też postanowiłam zerknąć, jak prezentuje się moja fizys. Stanęłam twarzą do lustra, zdjęłam przeciwsłoneczne okulary i dawaj głośno komentować, co widzę: - Cholerka, „kurza łapka” mi tu wylazła. Jasna niepodległa, tu mam następne. Przy tym opuszkami palców dotykałam oglądanych miejsc. Nagle wokół nas zapadła cisza, a ja dalej komentowałam, co widzę. - Oj, tu mi pryszcz wyłazi. A tu zbyt dużo pudru nałożyłam.
Do końca wycieczki część osób przyglądała mi się bardzo podejrzliwie, nie mogąc stwierdzić - widzi czy nie!
Życzę udanego wypoczynku.