Wyszukiwarka
Kultura
Teatr mostem do świata Dominika Putyra
Są niewidomi i słabowidzący, którzy nie mogąc odczytywać obrazów, obrazy malują. Lecz nie pędzlem czy piórkiem, ale słowem i ruchem, na deskach teatru „Scena Moliere” w piwnicy krakowskiej kawiarni przy ul. Szewskiej. Są bowiem aktorami, a na swym koncie mają już trzy tytuły. Ostatnie z wystawionych przedstawień to „Brat naszego Boga”, powstałe w oparciu o dramat Karola Wojtyły.
Historia teatru „Scena Moliere” rusza 10 lat temu. Właśnie wtedy jedna z krakowskich piwnic zaczyna przeobrażać się w scenę i widownię. Dzieje się to za sprawą Artura Dziurmana, który nie dość, że tworzy teatr, to dodatkowo robi to z myślą o osobach niepełnosprawnych. - Miałem z nimi kontakt - opowiada Artur Dziurman, reżyser i aktor. - Prowadziłem warsztaty, konkursy recytatorskie, teatrzyki. Chciałem więcej z nimi pracować. 4 lata temu, dzięki grantowi z EFS podjęliśmy wyzwanie wystawienia „Dzikich łabędzi” Andersena. Pracowaliśmy w oparciu o 18 aktorów niewidomych i słabowidzących. Przedstawienie było multimedialne, a mimo amatorskiego składu, wypadło profesjonalnie. W ciągu 2,5 roku teatr wystąpił ponad 70 razy na terenie Małopolski i 2 razy w Warszawie (w tym na Międzynarodowych Dniach Teatru Osób Niepełnosprawnych).
Brat naszego Boga
Drugim przedstawieniem na koncie „Sceny Moliere” była 45-minutowa opowieść o przygodach Koziołka Matołka. – Spektakl został zagrany brawurowo. A bezpośrednio po premierze wpadłem na pomysł, że następnym tytułem będzie właśnie „Brat naszego Boga” – wspomina Artur Dziurman.
Scenariusz rodził się 4 miesiące w bólach i niepokojach. Po jego powstaniu przyszła kolej na żmudną pracę na próbach. Wybrani w castingu aktorzy przez 3 miesiące spotykali się na zajęciach z psychologiem, na warsztatach emisji głosu, ruchu scenicznego, by w styczniu rozpocząć pracę nad rolą. Jacek Szydłowski, reżyser i aktor, ćwiczył rolę z każdym aktorem z osobna. Na ostatnie 1,5 miesiąca przed premierą pałeczkę przejął Artur Dziurman.
Nie kryje, że z niewidomymi i słabowidzącymi aktorami pracowało mu się bardzo dobrze. - Im się chce chcieć. Wielu profesjonalistom się po prostu nie chce. A oni są genialni, zdyscyplinowani. Ja ich pokochałem, chcę z nimi pracować -zapewnia.
Prace, wraz z próbami na scenie, trwały jednocześnie na terenie klasztoru Ojców Benedyktynów. Tam opracowywano sceny filmowe, spektakl jest bowiem widowiskiem multimedialnym. W jego trakcie równie ważne jest to, co dzieje się na scenie i to, co wyświetlane jest jako film.
Na prośbę Dziurmana w sztuce występuje troje profesjonalnych aktorów Teatru Słowackiego. – Dzięki temu poszczególnym grupom udało się nadać większego kolorytu. Zawodowcy „podciągali” amatorów do swojego poziomu. I wszystkim wyszło to na dobre - tłumaczy reżyser i dodaje: - Chciałem, by wyszło profesjonalnie. Oni doszli do fenomenalnego poziomu! Publiczność, którą wpuściliśmy na próbę generalną, płakała ze wzruszenia.
Niezwykle istotnym elementem przedstawienia jest dźwięk. Tu na pierwszy plan wysuwa się piosenka Jacka Skubikowskiego „Nim przerzucisz most”. Utwór, powstały przed ponad 10 laty, nabiera uniwersalnego wymiaru, idealnie pasuje do sztuki, a ta, jakby w magiczny sposób staje się jego inscenizacją.
Aktorstwo z całego serca
Niewidome i słabowidzące osoby grające w spektaklu zanim stanęły „oko w oko” z publicznością ciężko pracowały, by przygotować się do występu. – Ja absolutnie nie traktowałem ich jak aktorów, którzy nie widzą. Układałem ich, jak mają patrzeć, gdzie położyć rękę. Traktowałem ich jak profesjonalnych aktorów i tak od nich wymagałem. Tu nie było żadnej taryfy ulgowej. Często mówiłem na przykład: nic mnie nie obchodzi, że Pan nie widzi, Panie Krzysiu. Pan ma takie wnętrze! – opowiada Artur Dziurman. Chodziło o to, by stworzyć na scenie odpowiedni klimat, by zbliżyć się do teatralnej prawdy. Dysfunkcji wzroku nie uwzględniono w kategoriach usprawiedliwienia, nie jest przeszkodą w odpowiednim odegraniu roli. Niewidomi i słabowidzący aktorzy przełamując lęk, opór, przezwyciężając bariery, pokazują, że człowiek może osiągnąć wszystko, jeśli bardzo tego pragnie – podkreśla twórca „Sceny Moliere”. Przyznaje od razu, że takie myślenie nie jest popularne w obecnych czasach. - Żyjemy w brutalnym kapitalizmie, gdzie liczy się piękno i blichtr kamer telewizyjnych. Trudno jest pokazać człowieka, który nie widzi, jeździ na wózku, bo, zdaniem szefów, stacja straci na oglądalności – podsumowuje Artur Dziurman. Takie podejście do sprawy jest niezrozumiałe także dla Agnieszki Koterby, koordynatorki projektu prawny-niepełnosprawny w Stowarzyszeniu Scena Moliere. – Aktorstwo i brak wzroku nie stoją ze sobą w sprzeczności. Na castingach poszukujemy osób potrzebujących wyrażać się poprzez sztukę aktorską – podkreśla. - Nie zauważam trudności wynikających z braku kontaktu wzrokowego z niewidomymi aktorami – mówi Maciej Jackowski, grający na co dzień w teatrze Słowackiego. - Ja mam wrażenie, że oni mnie widzą. Fakt, iż to właśnie oni grają ludzi z ogrzewalni stał się jednym z filarów, siłą tego przedstawienia – mówi aktor, który w „Bracie naszego Boga” wcielił się w postać Adama Chmielowskiego.
Teatr to również życie
„Scena Moliere”, odkąd powstała, dostarczyła wzruszeń bardzo wielu widzom. Dla samych zaś niewidomych i słabowidzących aktorów nabrała ogromnego znaczenia rehabilitacyjnego. – Osoby wcześniej niewychodzące z domu uspołeczniły się i podjęły pracę, zaczęły samodzielnie poruszać się po mieście, realizować swoje marzenia – podkreśla Agnieszka Koterba. Dla wielu z nich kontakt ze „Sceną Moliere” jest pierwszym zetknięciem z aktorstwem. - Nigdy wcześniej nie miałam styczności z teatrem, to są moje pierwsze kroki. Cieszę się, że mogę występować w tej sztuce. Gram rolę żebraczki, osoby szukającej pracy. Wszystko jest absolutnie niezwykłe – opowiada Małgorzata Wangorz, która przyznaje, że cieszy się, iż zdobyła się na odwagę i wzięła udział w castingu. Mieczysław Baczyński ma większe doświadczenie na scenie. - To jest moje trzecie przedstawienie na deskach „Sceny Moliere”. Traktuję to częściowo jak zabawę. Gram Wiktora, przywódcę żebraków. Myślę, że robię to dobrze, jak na moje wykształcenie. Najtrudniej było na pierwszym przedstawieniu, pamiętałem tylko kilka pierwszych słów tekstu, ale jak już wyszedłem na scenę... jeden dialog pociąga drugi i sztuka płynie – wspomina.
Krakowska scena wybiera się teraz na konkurs teatrów osób niepełnosprawnych w Zagrzebiu. Wszyscy po cichu liczą na zwycięstwo. A jeśli chodzi o „Brata naszego Boga” wielkim marzeniem reżysera jest nagranie spektaklu w formie teatru telewizji z audiodeskrypcją.
